niedziela, 7 sierpnia 2011

Trampolinos part I.


Czas na trip. Planowany przyjazd mojego kuzyna do trójmiasta okazał się poważnym logistycznym przedsięwzięciem. Rzecz imałaby się zupełnie inaczej gdyby nie fakt, że zdecydował przyjechać trabantem. Jako, że dobry ze mnie człowiek, zdecydowałem się jakoś go wspomóc. Plan wyjazdu. siódma czterdzieści trzy- autobus z Pruszcza do Gdańska. Ósma trzydzieści osiem- pociąg z Gdańska Głównego do Poznania. Dwudniowy pobyt na miejscu i powrót istnym wehikułem czasu w historii motoryzacji- albo modelarstwa. Zwieńczenie wyprawy w postaci dotarcia z punktu a, do punktu b, znajdujących się od siebie w odległości przekraczającej trzysta kilometrów. Już sam początek zapowiedział, że będzie ciekawie. Kupując bilet na autobus z kabiny kierowcy dobiegała skoczna melodia disco polo. Na tym nie koniec. Ów kierowca w połowie drogi zdecydował, że się z pasażerami podzieli tą wesołą muzyką i włączył głośniki wzdłuż całego autobusu. Mało tego. W refrenach postanowił podzielić się swoim niewątpliwie wielkim talentem wokalnym podśpiewując sobie do mikrofonu. W ciekawo. Szczęśliwy i rozbawiony dojechałem do Gdańska. Wyszedłem z autobusu, doszedłem do dworca, wcisnąłem się przez drzwi do budynku i stanąłem słupem. Co prawda mogłem, mimo zapewnień kuzyna, że będzie mało ludzi, przygotować się psychicznie na widok długich wężyków prowadzących do kas, ale jakoś tego nie brałem pod uwagę. Zanim zdecydowałem się rzucić w ten wir rozwścieczonych pasażerów pożądających biletu na swój własny, prywatny pociąg, zauważyłem pewną niejasność na tablicy z rozkładem. Siódma trzydzieści cztery- Gdynia, siódma pięćdziesiąt sześć- Kołobrzeg, ósma dwadzieścia trzy, ósma trzydzieści osiem, ósma trzydzieści osiem po raz drugi, ósma pięćdziesiąt sześć- gdzie do jasnej cholery jest mój Bachus? Przy żadnej godzinie nie mogłem się dopatrzyć znanego mi kierunku na Zieloną Górę- przez- Poznań, pociąg tanich linii kolejowych, odjeżdżający z peronu pierwszego. Podszedłem do informacji, dowiedziałem się, że nastąpiły zmiany, podszedłem do kolejki po bilet, i tu zaświeciła się mała jasna żaróweczka nad moją wielką łepetynom. Bogu dzięki, w Gdańsku Głównym są dwa miejsca gdzie można nabyć bilet. Na głównej hali, oraz (!)- o czym mało kto wie w klimatyzowanym pomieszczeniu na końcu dworca po lewej stronie, gdzie dwie, przemiłe panie przyjmują zainteresowanych na wygodnym krzesełku w miłej bezstresowej atmosferze- od godziny ósmej rano. Polecam. Byłem na dworcu o ósmej piętnaście, kupując bilet byłem ich pierwszym klientem. Mówimy o tej samej w chwili, w której przy kasach na hali były długie, na prawdę długie kolejki do kas. Zakupiłem bilet, udałem się do sklepu po butelkę wody żywiec, zapaliłem papierosa, wszedłem na peron- i znów to samo- zniechęcenie i zmęczenie podróżą na widok przeładowanego- jeśli można tak powiedzieć- peronu. Poszedłem na sam koniec- skąd miałem później możliwość wskoczyć do interesujących mnie wagonów. Spotkałem dobrego kumpla i po przyjeździe pociągu zająłem z nim wygodne miejsca w w miarę miłej atmosferze, w ostatnim przedziale ostatniego wagonu. Sześć osobnych foteli z podłokietnikami na przedział- wagony intercity. To będzie dobry weekend.