
Gdyby tak w jednym dniu zawrzeć cały ten okres od kiedy napisałem ostatnią notę zabrzmiałoby to mniej więcej w ten sposób. Zacząłbym dzień od spojrzenia w najpiękniejsze oczy jakie kiedykolwiek w życiu miałem okazję widzieć, potem na uśmiech, który powoduje, że każdy dzień rozpoczęty od takowego zyskuje kwalifikator wyjątkowo dobrego dnia. Potem spakowałbym się do pracy prasując sobie kolejną wyjętą świeżo z prania białą koszulę- nigdy nie miałem w zwyczaju często prać a tym bardziej prasować białych koszul. Co do prasowania- to nie tylko koszul. Raczej wolałem pozostawiać koszule w stanie nienaruszonym- zaraz po wyjęciu wymiętolonej, zwiniętej w kulkę, wcześniej wrzuconej w takiej postaci koszuli do szafy- ubierałem ją na siebie. Wracając do meritum. W trakcie prasowania pochłonąłbym pół tosta lub małą kanapkę popijając łykiem kawy z gęstą śmietanką w rogu ust trzymając odpaloną fajkę, którą wcześniej odpaliłbym z braku wolnych rąk prawą stopą albo o gazowy palnik kuchenki, odpalony łokciem. To coś na wzór sięgania po coś z drugiego końca łazienki w czasie grubszej sprawy na kibelku. Pełna konspiracja. Potem usiadłbym przy laptopie, włączył kilka energetycznych piosenek na tyle głośno, co by ktoś z domowników zwrócił uwagę na to, że już wstałem (przy okazji- miałem epizod grania na perkusji o dziesiątej rano, pewnego ranka, kilka dni temu- też zdało egzamin jeśli chodzi o przyciąganie uwagi). Następnie zszedłbym na dół do samochodu, wsiadłbym nie do końca wyspany wcześniej rzucając na tylnią kanapę plecak i skórę, której nie zdążyłem bardziej założyć niż tylko na jedną rękę. Po kilku próbach odpalenia tygrysa zwieńczonych sukcesem po rytualnym wyprzedzającym przekręcenie kluczyka wyłączeniem radia, nawiewu i świateł- czyli odcięciu wszelkich zasysaczy prądu z akumulatora- ruszyłbym w drogę do pracy. Skoczyłbym po drodze do sklepu po butelkę wody, jogurt i jakiegoś wypieka a 'la pączek, którego potem skonsumowałbym w czasie sprintu obwodnicą pobijając kolejne rekordy prędkości mojego samochodu. Wychodząc ze sklepu z gracją zjechałbym w dół schodów podjazdem dla inwalidów. Pierwszych kilka minut trasy od sklepu do pracy poświęciłbym ustawianiu częstotliwości odpowiadających radiach Trójce albo Czwórce. Potem w czasie drogi śmiałbym się sam do siebie słuchając audycji Wojciecha Manna wyobrażając sobie jego kocie i zgrabne ruchy w rytm od metalowych aż do rodem z epoki disko piosenek. Dojechałbym do pracy w czasie mieszczącym się między piętnastoma a dwudziestoma minutami. Dzień w pracy spędziłbym na skręcaniu mebli, przenoszeniu tapicerki i projektowaniu w międzyczasie kuchni dla mojej babci. Wracając do domu zgarnąłbym Madzię z jej pracy z ulgą, że znów mogę patrzeć na jej uśmiech i dawać jej swój własny uśmiech, żeby się uśmiechnęła. Dojechałbym do domu, wpadłbym do pokoju zdejmując jedynie kurtkę, odpaliłbym piecyk gitarowy, włączył muzykę i zacząłbym grać na gitarze nagrywając kolejne pomysły na ścieżki dla zespołu. Potem bym wyłączył wszystkie światła, i zapaliłbym fajkę przy oknie słuchając jakiejś melancholijnej muzyki odkrywając przed sobą to swoje bardziej wytłumione ja. Spod okna bardzo szybko wylądowałbym na placach na łóżku patrząc w ciemny sufit i myśląc o tym jak piękny potrafi być świat i jakim szczęściarzem jestem, że otaczają mnie tacy ludzie jakich mam przy sobie na co dzień. Z butelką Jack'a Daniels'a w jednej ręce, książką Wojciecha Manna w drugiej i papierosem w pysku powoli pozwalałbym rozluźniać się każdemu mięśniu po kolei. Pstryk. Gaszę papierosa i idę spać.