wtorek, 20 grudnia 2011

Roadrage.


Dacie wiarę? Znalazłem sposób na uliczny gniew. Wyobraźcie sobie. Stoicie w korku, zajmujecie wygodną pozycję w swoim aucie, stoją oczywiście na lewym, tym szybszym, lepszym, mniej dziurawym pasie, nagle po waszej prawicy pojawia się identyczny samochód z identycznym gościem za kierownicą. Robi te same miny, warczy silnikiem w tym samym momencie co wy, i nie tworzy niebezpieczeństwa pod postacią zobaczenia środkowego palca mówiącego grzeczne pieprz się palancie. Nie robi głupich min, nie udaje kozaka, w jego oczach widać ten sam płomień rywalizacji z w waszych. Nie ustępuje wam na krok. Podjeżdżacie metr, on z wami. Po jakimś czasie oboje zajmujecie już bardziej sportową pozycję za kierownicą, każdy z was zamienia się w Stiga. Fotel ustawiony trochę bardziej pod skosem, wyżej, kierownica ląduje bliżej, wyostrzają się wszystkie zmysły. Podjeżdżacie do semaforów, pod samą linię, jak na torze Ferrari. Czekacie na zielone, teraz będzie okazja zmierzenia się. Nadeszła chwila prawdy. Czerwone światło gaśnie w waszych oczach z każdym mignięciem zielonego symbolu ruchu pieszego. Zielone piesze gaśnie, ryk silnika robi się coraz głośniejszy, wrzucasz pierwszy bieg, zapala się pomarańczowe, adrenalina rośnie, zielone! Start! Idzie łeb w łeb przez pierwsze dwa metry... Po czym samochód rywala znika i pojawia się kabina rozweselonych kierowców samochodu dostawczego rozwożącego lustra w pozycji pionowej na przyczepie ciągnącej się za kabiną... Nie było by ciekawiej? :D

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Fishmarket.


Dzień jak co dzień, wstałem za późno, cały obolały, spóźniony na pierwszy mało ciekawy wykład z socjologii. Mam straszliwie nie wygodne łóżko, którego jak najszybciej muszę się pozbyć. Całe niedospanie, spóźnienia i tym podobne zwalam na łóżko jakby co. Standardowo przez spóźnienie zdążyłem wypić świętą rodzinną kawę o świętej godzinie jedenastej przegryzając pewnie święcone za sprawą mojej babci z rana w kościele drożdżówki. Potem sprint na autobus. Cóż za miła niespodzianka zobaczyć po latach znajomą twarz płci żeńskiej. I teraz kwestia standardowa- co słychać? Macie jakieś ciekawsze zwroty na przywitanie znajomej sprzed lat, o której de facto nie wiele w ogóle wiecie? Problem polega na tym, że w Polsce w większości wypadków po zadaniu pytania co słychać pada odpowiedź, a nic w sumie, albo po staremu, albo wszystko w porządku. I co dalej. Jak tam, gdzie jedziesz? (;P) Wiadomo, poniedziałek, godzina przed południowa, praca albo uczelnia. Jak praca to się jeszcze rozmowa jakoś dalej kula. Gorzej z uczelnią. Bo co, o oceny mam pytać? Sam ambicjami nie grzeszę i szczerze przyznając nie mam wielkiego pola do popisu w tej kwestii chyba, że zacząłbym wymieniać dziesiątki wygranych bardziej lub mniej pomyślnie walk i pojedynczych bitew z wykładowcami. Nigdy nie zapomnę jak kiedyś jak jeszcze studiowałem ten sam kierunek tyle, że na studiach zaocznych walczyłem o zaliczenie i wpis w McDonaldzie na dworcu w Gdańsku Głównym, przy kawie i gazecie z Panią doktor specjalizującą się w naukach ekologicznych i przyrodniczych. O dziwo nie musiałem wchodzić pod stół ani nic takiego. Może jednak nie jestem tak przystojny jak to sobie na kacu przed lustrem wmawiam na podstawie wiary w autosugestię (;]). Wracając do autobusu. Rozmowa skończyła się po obgadaniu pracy i uczelni. Resztę drogi każde z Nas zajęło się odpisywaniem prezydentowi na sms'a albo analizowaniem planów urbanistycznych miasta spoglądając przez okno autobusu. Na koniec magiczne pa pa, powodzenia i do zobaczenia za dziesięć lat w tym samym miejscu i czasie, słuchawki na uszy i jadym dalej. Czasem się poważnie zastanawiam nad sensem zawracania dupy komuś znajomemu, podkreślam znajomemu, z którym w gruncie rzeczy nie wiele się miało do czynienia zamiast poświęcenia się kontemplacji wizji lokalnej i analizy zapachów kanibalistycznej kuchni świata, kończącej się zazwyczaj wnioskami rzędu- nie, nie, nikt tu jednak nie wiezie nic dobrego na świąteczny obiad, to ten za Tobą, pochodzi z miejscowości gdzie trzy lata temu odcięli wodę. Oczywiście. Aha, i z autopsji- siadajcie juz do kogoś siedzącego jak jest wolne miejsce. Nigdy nie wiadomo kto się obok dosiądzie. Dzisiaj miałem szczęście dać okazję korzystania z siedzenia obok mnie chińskiemu, europejskiego pochodzenia, sprzedawcy ośmiornic na targu rybnym. Takie było moje pierwsze wrażenie. Potem sprzedawca ryb zmienił się w rzeźnika, pracownika kwiaciarni- ale nie wiem, czy to nie za sprawą wysiadającej młodej kobiety nas mijającej, potem było już tylko coraz ciekawiej. Wracając niejako do świątecznego szaleństwa, a raczej do samych zakupów. Zauważyliście, że w tym roku męska część społeczeństwa jest strasznie dyskryminowana? Włóczyłem się po kilku galeriach handlowych i do takiego właśnie wniosku doszedłem. Dział męskiej odzieży zazwyczaj zamyka się na obszarze dziesięciu metrów kwadratowych w którymś ze ślepych zaułków sklepu a cała reszta- czytaj najczęściej półtora piętra to dział kobiecy. Chyba zacznę się ubierać w damskie ciuchy. Większy wybór, lepszy design i większa praktyczność. Nie rozumiem czemu projektanci mody bardziej rozczulają się nad kobietami, szczególnie w czasach kiedy mężczyźni bardzo często lubią się dobrze ubrać. Szczyt ignorancji i niesprawiedliwości. Tak na prawdę to nawet na allegro już nie ma takiego wyboru. Ostatnio próbowałem znaleźć ciepły gruby sweter. Zastrzelcie tych, którzy dodają aukcję z tytułem Japan Style. Kiedyś pod tym hasłem, nie daleko jak rok temu można było znaleźć coś oryginalniejszego od narzucanego na siebie worka po kartoflach, teraz jest wszystko, i wszystko jest takie samo. Teraz prosta para skarpetek potrafi mieć takowy dopisek. Niektóre rzeczy mają po 40 identycznych aukcji tego samego sprzedawcy. Na jaki grzyb ja pytam? Mówię wam, jak tylko się dokształcę to zrewolucjonizuje sprzedaż internetową. I nie tylko. O! Jakieś pomysły co można było jeszcze ulepszyć i zmienić? Knock, knock, any body out there?

niedziela, 18 grudnia 2011

Somegoodtitle.


Tak omijam okazje i omijam i końca a raczej początku kolejnej notki z cyklu jak to Rabit śmieje się światu w oczy nie widać. Zbliżają się święta. Takiej okazji już nie mogę przegapić, w szczególności, że jak co roku jest o czym pisać. Chociażby świąteczne szaleństwo w sklepach wszelkiej maści, galeriach handlowych i tym podobnych. Nawet u mechaników specjalizujących się w wulkanizacji, ale to chyba ma jednak związek bardziej z nieuniknionym acz rychłym ''zima zaskoczyła kierowców''. Żartuję, żal mi by tyłek ściskał jakbym miał o tym pisać. Z racji, że długi czas nie zwracałem za bardzo na siebie uwagi swoją twórczą spuścizną to może najpierw co u królika. Nic ciekawego, tak w sumie. To teraz do sedna. Wprowadzenie miliardów emotikonek do komunikatorów, poczty e-mail, czy nawet na forach internetowych okazuje się naturalną reakcją obronną naszego organizmu. Od zawsze komunikacja niewerbalna jest najważniejszym elementem kontaktów społecznych. W czasach nowoczesnych, kiedy to komunikacja przechodzi w wirtualność doskonałym pomysłem było wprowadzenie ikonek symbolizujących gesty mimiczne. Zawsze uważałem, ze wysyłanie tego typu symboli w każdym jednym sms'ie i mailu czy wiadomości na gadu-gadu czy innym komuni-katem-spokoju i ciszy to istne zło, ale okazuje się, że jest wręcz przeciwnie. Czuje się kompletnie zmieszany, bo często byłem nie ugięty pod tym względem, ale taka jest prawda, ponieważ, jak się dowiedziałem, ponad pięćdziesiąt procent skutecznej komunikacji między ludźmi stanowi właśnie mimika i mowa ciała. Reszta to intonacja, sytuacja, a same słowa stanowią zaledwie marne, ostatnie z tych stu, kilka procent. Macie jakieś odczucia co do emotikonek? Ktoś może zmienia podejście razem ze mną? ;)
Kolejną i zupełnie odrębną kwestią stanowi skrajność. Czyli wysyłanie czegoś w stylu ;):);*:D[lol][sex][zygi] - tu chciałbym złożyć pokłony mojej mamusi, która to, powinna dostać w tej dziedzinie tytuł mistrzowski. Wiadomo. Nadgorliwość bywa gorsza od faszyzmu. Pomimo to myślę, że byłoby tryliard razy mniej kłótni i niedomówień, gdyby każdy po każdym zdaniu w sms'ie czy innego rodzaju wiadomości dodawał emotikonę. Naprawdę tak uważam. Poza tym, nie piszę tego bezpodstawnie. Ile razy było tak, że dostałem porządnie w ryj za to, że coś nie „zabrzmiało” tak jak powinno w zdaniu napisanym zamiast wypowiedzianego. Wesołego bigosu przy- w miarę możliwości- rodzinnym stole.