Swój urlop zacząłem od włączenia Tindera, wjeżdżając pociągiem do centrum Wrocławia. Jak wygląda Wrocław- się zapytałem. Wszystkie pedały wyglądają tak samo. Ale w dwóch wariantach. Albo szczupli szpakowaci z długimi zaczesanymi włosami, a Ci drudzy to bardziej pucowaci z wąskimi oczami w wieku 25-30. Koniecznie z brodą. W ogóle większość ma tu brodę. Kasia 26 też. Drugą rzeczą jaka mi wpadła w oko to to, że ludzie na dworcu są ze stowarzyszenia dziwnych kroków. Przynajmniej dziesięć ewenementów mi przecięło drogę na trasie peron-Starbucks. Wypiłem kawę. Zjadłem crossainta. Posłuchałem mojego ukochanego Skubasa. Wypiłem Chai Tea. Poszedłem na spacer. O siódmej rano. Wrocław taki do Gdańska podobny. Pierwsze co mi się w oczy rzuciło to NOT, i pełno budynków architektonicznie podobnych analogicznie do Gdańskich. Nawet jest PGE w wersji biurowej. I żółty zamek zamiast dworca. He. A! I Polish Lody mają. Takie różnice. I widziałem stacje kontroli pojazdów która była chyba restauracją bo od razu pod plastikowymi literami z info o tym co to za miejsce była gablota z wielkim menu. Swoją drogą było by miło z ich strony. Wpadasz na coroczne badania diagnostyczne autka i przy okazji zjadasz coś, co cały rok za Tobą chodziło. Ja na diagnostykę auta nigdy jakoś specjalnie nie czekałem, a w takim wypadku czekałbym jak na świąteczny barszczyk babuni. Brak światła? No problemo. Idź Pan utłucz trzy schabowe to Panu podbijemy. Albo kilo kartofli jako łapówkę. Wszędzie mogło by tak być. Na egzamin prawa jazdy jechalibyśmy z czym. Z workiem węgla. Albo z czym tam sobie wyobrazicie. Chętnie poczytam co Wam wpadnie do głowy. In comments below.
Po spacerku wokół Starego Miasta utwierdzając się w tym, że jest za wcześnie na większość miejsc typu Muzeum Sztuki Nowoczesnej i jego kawiarnia na dachu czy inne parki rozrywki i kluby gdzie puszczają dobre techno przy którym dałoby się potańczyć, koniec końców wróciłem się drugi raz na ulicę Świętego Antoniego do lokalu, który nazywał się Szynkarnia. Tam też zeżarłem omlet a jak kelnerka zaproponowała mi do picia koktajl o nazwie Detox stwierdziłem, że to znak, że tak miało być, oraz że obsługa jest tak jak i ja wyczulona na krzywdę ludzką. No i poznają osoby zmęczone weekendem na przykład. No nie wiem. To tylko domysły. Dwanaście nalewaków z piwkami rzemieślniczymi kusiło ale nie chciałem zepsuć tak zdrowego śniadania. Zjadłem, wypiłem, poszedłem na autobus. Jadąc na lotnisko zasnąłem. Autobus potrącił jakąś babcię. Obudziłem się. Zastanowiłem się nad sobą. Odrzuciłem czarnowidztwo i wsiadłem do samolotu razem z resztą cebulaków i makaroniarzy. Sfrustrowany dantejskimi scenami z kolejki do bramki oczywiście. Krzyk, żal i łzy.
I się zaczęło. Bolonia. Miasto, do którego, jak się domyślacie zjeżdżają wszyscy z lotniska, i z którego na to lotnisko się wesoło wybierają. Ledwo dotarłem- przypomniałem sobie, że Włosi mają dużo wolnego. Naprawdę dużo. Ilość ludzi tutaj przyjeżdżających na liczbę miejsc otwartych, gdzie ludzie Ci mogliby się podziać jest... Mała. Ledwo usiadłem i zamówiłem sobie kawę a już byłem się stałem świadkiem samowolki na ulicach (i piesi i kierowcy) oraz kradzieży - weszło takich czterech ubranych w pstrokate lniane czy nie lniane szaty kontrastujące z ich kolorem skóry- if you know what I mean- wzięło cztery małe Heinekeny z lodówki, pokręciło się po lokalu, koszystając z kolejki przy barze w sposób konsumpcyjny, uprzednio otworzywszy sobie złotymi zębami owe browareczki przy okazji pozbywajając się kapselków na zasadzie- tu se plune, tam se kopne, onga onga salamalejkum- i co... I co? Usiedli. A potem? Zmarnowali trochę tegoż trunku bo się- oj- spieniło- jak się o stoliczek oparłem. Spieniło się, na stolik. A potem? No wyszli. Razem z jeszcze nie dopitymi Heńkami. Gdyby nigdy nic. Mogło chodzić o łapówkę. Zaraz jak tamci wyszli wlazło dwóch Carabiniero. Leniwym krokiem. I żadnych krzyków, gonitw. Nic. Chociaż nie. Bo jakby to chodziło o łapówki to by jeden z kradnących- ten najbardziej pstrokaty (widać, papa del mafia) nie chodził z browarkiem i dla zmyłki piędziesiąteczkom eurasków w papiereczku. A może ja po prostu czegoś nie chwytam? Nie czuję klimatu? Tak czy inaczej. Nie ingerując w tamtejsze relacje poszedłem szukać swojego pociągu da Bolonia, a Ancona. Zagadując raz na jakiś czas, do równie co ja zdezorientowanych włochów i nie-włochów- czyli, taka analogia, łysych. Tak czy inaczej. Mój tęgi umysł i niezawodny zmysł podróżnika poradziły sobie bez nich wszystkich i wcisnąłem swoją szanowną do odpowiedniego pociągu. Trudno nie było, bo- jak to się mówi- z(a) tłumem! I na pochybel.
Tak więc tkwię między Republikaninem Południowej Afryki, starym Francuzem, obywatelką Londynu oraz Włochem chińskiego i/lub koreańskiego - jak podejrzewam- pochodzenia na wzór tych czterech pięknych stron świata, no i tak siedzę i piszę. I chyba na tym na dziś skończę bo na korytarzu ciężko się bić jedną ręką. Poza tym powinienem dawkować Wam takie rzeczy bo no... bo mogę. Poza tym nie chcę redaktorki zmęczyć zbyt dużą ilością tekstu na raz. Ciao! Do następnego.
środa, 23 września 2015
Flądrywciemnościachbijąsięzwerwą.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)