czwartek, 17 października 2013
Knockknockwhosthere.
Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo mi tu Ciebie brakuje. Skłamałbym pisząc, że jest wszystko w porządku. Skłamałbym też gdybyś o to zapytał. Wiedząc jak bardzo Ci zależy na tym, żeby zaspokoić swoje potrzeby, wiedzy o tym, że jest dobrze. A może piszę o sobie. Nigdy nie wiesz.
Zadaje sobie pytanie, czemu nigdy nie myślę o takich rzeczach poza domem. Może myślę. Ale czemu nie tak gruntownie. Chodzi o rozproszenie? Zamiast spędzać czas na jakimś wzgórzu za miastem, siedząc na trawie, popijając jakiś dobry trunek, siedzę na dupie, mając pod nią twarde krzesło i wpierdzielam suszone śliwki wykopane z czeluści szuflady z tak zwanymi pierdołami- typu ryż, makaron, mąka. Została tylko resztka tego ostatniego. Zadaje sobie też pytanie, czemu nigdy nie myślę o pozytywnych rzeczach i nie podsumowuję sobie ich w tej zgorzkniałej niedorzecznymi i absurdalnie irracjonalnymi wyobrażeniami, lub bardziej marzeniami jak to świat nie powinien funkcjonować i wyglądać, głowie.
Wspominałem już o rybce? Albo psie? Jest pies. Rybka zdechła. Coś za coś, bo tak to chyba działa. Nie to, żebym chodził o szukał. Sam się przypałętał. Nazwałem go Trefl jak zawsze chciałem, chociaż i tak zazwyczaj moje bardziej lub mniej artykułowane "Eeeeee" działa i przychodzi jak na zawołanie po imieniu. Może to dlatego, że tu nigdy nikogo innego nie ma, chociaż sam do siebie przecież też gadam. Może po prostu jest wścibski. Albo ciekawy.
Często mi się tu wydaje, że słyszę pukanie do drzwi, albo przekręcanie kluczykiem w zamku. Mam tu kilka starych rur przy suficie, a ściany nie są najgrubsze więc może to to. Podbiegłbym do drzwi, otworzyłbym je energicznie po czym zacząłbym wołać, tak jak w momencie kiedy byś wyszedł nagle bez słowa. Ale chyba już się przyzwyczaiłem. Tak jak do tłuczonych talerzy. Czasem mam jakiś taki dziwny niedowład lewej dłoni, biorący się totalnie z dupy, lub znikąd. Z "Nudów, takich wysp" - jak to kiedyś mój kumpel trafnie stwierdził. Co by było gdyby rzeczy martwe lub bardziej zależne od Nas niż od woli własnej miały takową i nudziłyby się czasem ciągle wykonywanymi tymi samymi czynnościami. Nogi odmawiałyby posłuszeństwa, woda przestawała by lecieć w połowie namydlania się, a samoloty spadałyby z nieba. Cóż. Mogłoby to być całkiem zabawne.
czwartek, 10 października 2013
Anotherdayinparadise.
Nigdy się tak nie wyspałem jak dziś - pomyślałem, i zasnąłem na nowo zakupionej pościeli. Po kilku miesiącach w końcu zebrałem się do tego, żeby wybrać się do sklepu z artykułami sypialnymi. Niby to tylko kilka ulic dalej a tak ciężko było się zebrać.
Kac. Kolejnego poranka obudziłem się jak zwykle, z lekko zmierzwionym umysłem przez alkoholizację wieczora poprzedzającego dzień, na który mam zaplanowane miliardy rzeczy. Jak zwykle, nie w porę. Chciałbym w końcu się obudzić, jak we snach, które mnie nawiedzają. Spokojny o przyszłość, przy kimś kogo oddech daje powietrze na cały dzień. Tymczasem gniję w tym cudownym aczkolwiek pogłębiającym moją samotność mieszkaniu, któregoś tam piętra któregoś budynku na którejś z ulic miasta snów. Dziś przynajmniej pogoda zapowiada się obiecująco. Boleśnie obudziły mnie promienie słońca wpadające przez sczerniały od dymu szare z natury zasłony. Kawa, papieros. Półtorej godziny rozmyślania i wypatrywania nie wiadomo czego w oknie, kolejny papieros, kawa, i papieros przed wyruszeniem w pogoni za amerykańskim snem podbijając galerie miasta sukcesu. Niech to szlag. Muszę zacząć później wstawać, przynajmniej na spotkaniach o prace nie będę może tak walić knurem. Galerie to tylko marzenia. Tak na prawdę snuję się od pośrednictwa do pośrednictwa starając się znaleźć sobie jakąś wygodniejszą od stania na ulicy w przebraniu jakiegoś głupiego pluszaka i namawiania ludzi, nawet nie wiem na co posadę. Za biurkiem chociaż. Nie mówię, że chce od razu wystawiać swoje prace w największych galeriach kolekcjonujących prace pokazujące największe osiągnięcia, największych artystów. Chciałbym przestać moknąć i móc pokazać komukolwiek twarz. Czy to wiele. Pewnie wiele. Szczególnie z taką facjatą. Powinienem iść do fryzjera. Mój, u którego zwykle bywałem, swoją drogą jeden z najcenniejszych ludzi z tych, których kiedykolwiek miałem okazję poznać, strzygący mnie nielegalną w owych czasach brzytwą, pewnie już dawno temu zapomniał moja twarz. Nic dziwnego. Wygląda jakby starsza o jakieś dwadzieścia. Dziwne, że trzeźwiejący młodociani poznają mnie o poranku wymykając się z mieszkania. Wymykając się. To chyba mówi samo za siebie. Może nie poznają. Może dlatego uciekają zamiast zostać na śniadanie. Gdybym chociaż miał cokolwiek na śniadanie w lodówce poza energetykiem i słoikiem suszonych pomidorów w zalewie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

