
Zaliczam wieczór wigilijny do nie tak tragicznych jak się mógł wydawać. Wizyta kuzyna poruszyła we mnie jakieś poczucie obowiązku utrzymania choćby w minimum tradycji rodzinnych świąt, i razem stroiliśmy choinkę co było dość stresujące- ale dobrze wyszło. Później po dobrze wykonanej pracy nadeszła chwila relaksu. Chwila, dla której warto było się denerwować cały tydzień wstecz. Zgasiliśmy światło, zapalone były tylko niebieskie lampki na łysej- postawiliśmy na minimalizm- choince, ja siedziałem rozwalony na jednym fotelu, Łukasz na drugim. Siedzieliśmy tak w ciszy i kontemplowaliśmy wspaniałą chwilę. Takie chwilę są najpiękniejsze, ponieważ są całkowicie nasze, nikt nam nie może ich zabrać, i na zawsze zapadają głęboko w sercu. Wspaniałe jest też to, że są osoby, z którymi rozumiemy się bez słów, wystarczy cisza, nastrój, a myśli zaczynają wypełniać całe pomieszczenie, w którym się aktualnie znajdujemy. Co mnie jeszcze bardziej ucieszyło, zarówno ja, jak i on, w chwili kiedy dostawaliśmy jakieś sms'y siedząc w tej oazie melancholii i słuchając Rocket Man My Morning Jacket- żaden z nas nie sięgnął po telefon pozwalając, żeby ta chwila trwała. Potem był ten cały cyrk z kolacją i tak dalej. Jedynym pozytywem była radość dzieciaków i ich beztroska niewiedza na widok prezentów pod choinką, gdzie znalazło się też miejsce dla żywego stworzenia- małego, białego króliczka. Najedzony i napity poszedłem na spacer z Magdą. Na spacer na który czekałem cały tydzień. Dla tej chwili tak samo jak dla tej, o której już wcześniej pisałem, warto było tracić resztki szacunku do domowników, resztki cierpliwości i opanowania. Chodziliśmy chyba z półtorej godziny, czego kompletnie nie odczułem. Padał mały grad, bo na deszcz to to było za suche i za twarde, a my z otwartym winem chodziliśmy po pięknym, nocnym, w cholerę oblodzonym mieście. W czasie spaceru dowiedziałem się też o numerze jaki wykręcił mi Łukasz na facebook'u- jakoś w godzinach popołudniowych, zalogowany na moje konto, opublikował na tablicy wyznanie o tym, że jestem homoseksualny- wspomnę- po raz kolejny, bo już kiedyś zrobił rzecz podobną. Nic to wszystko w porównaniu z prezentami jakie dla mnie przyszykował. Pierwszy- dla jaj- to plakat z bandą półnagich, poubieranych w jakieś skórzane stroje do wrestling'u mięśniaków- znowu akcent homoseksualny, natomiast drugi to książka, o której istnieniu słyszałem tylko z mojego uwielbionego serialu Californication z Davidem Duchovnym- natomiast nie miałem pojęcia, że istnieje realne wydanie- Bóg nas nienawidzi autorstwa Hank'a Moody'ego- głównego bohatera Californication. Nie mógłbym tu też nie wspomnieć o wspaniałym plakacie, który podarowała mi Madzia- tydzień wg Garfielda. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego prezentu na święta. Fakt, że zobaczyłem się z kuzynem i z Magdą były już wspaniałym prezentem po ciężkim tygodniu przygotowań, a książka i plakat to tylko dopełnienie, zwieńczenie cudownych momentów, dla których warto było się trochę pomęczyć. Dziękuję.




