sobota, 25 grudnia 2010

Bóg nas nienawidzi.



Zaliczam wieczór wigilijny do nie tak tragicznych jak się mógł wydawać. Wizyta kuzyna poruszyła we mnie jakieś poczucie obowiązku utrzymania choćby w minimum tradycji rodzinnych świąt, i razem stroiliśmy choinkę co było dość stresujące- ale dobrze wyszło. Później po dobrze wykonanej pracy nadeszła chwila relaksu. Chwila, dla której warto było się denerwować cały tydzień wstecz. Zgasiliśmy światło, zapalone były tylko niebieskie lampki na łysej- postawiliśmy na minimalizm- choince, ja siedziałem rozwalony na jednym fotelu, Łukasz na drugim. Siedzieliśmy tak w ciszy i kontemplowaliśmy wspaniałą chwilę. Takie chwilę są najpiękniejsze, ponieważ są całkowicie nasze, nikt nam nie może ich zabrać, i na zawsze zapadają głęboko w sercu. Wspaniałe jest też to, że są osoby, z którymi rozumiemy się bez słów, wystarczy cisza, nastrój, a myśli zaczynają wypełniać całe pomieszczenie, w którym się aktualnie znajdujemy. Co mnie jeszcze bardziej ucieszyło, zarówno ja, jak i on, w chwili kiedy dostawaliśmy jakieś sms'y siedząc w tej oazie melancholii i słuchając Rocket Man My Morning Jacket- żaden z nas nie sięgnął po telefon pozwalając, żeby ta chwila trwała. Potem był ten cały cyrk z kolacją i tak dalej. Jedynym pozytywem była radość dzieciaków i ich beztroska niewiedza na widok prezentów pod choinką, gdzie znalazło się też miejsce dla żywego stworzenia- małego, białego króliczka. Najedzony i napity poszedłem na spacer z Magdą. Na spacer na który czekałem cały tydzień. Dla tej chwili tak samo jak dla tej, o której już wcześniej pisałem, warto było tracić resztki szacunku do domowników, resztki cierpliwości i opanowania. Chodziliśmy chyba z półtorej godziny, czego kompletnie nie odczułem. Padał mały grad, bo na deszcz to to było za suche i za twarde, a my z otwartym winem chodziliśmy po pięknym, nocnym, w cholerę oblodzonym mieście. W czasie spaceru dowiedziałem się też o numerze jaki wykręcił mi Łukasz na facebook'u- jakoś w godzinach popołudniowych, zalogowany na moje konto, opublikował na tablicy wyznanie o tym, że jestem homoseksualny- wspomnę- po raz kolejny, bo już kiedyś zrobił rzecz podobną. Nic to wszystko w porównaniu z prezentami jakie dla mnie przyszykował. Pierwszy- dla jaj- to plakat z bandą półnagich, poubieranych w jakieś skórzane stroje do wrestling'u mięśniaków- znowu akcent homoseksualny, natomiast drugi to książka, o której istnieniu słyszałem tylko z mojego uwielbionego serialu Californication z Davidem Duchovnym- natomiast nie miałem pojęcia, że istnieje realne wydanie- Bóg nas nienawidzi autorstwa Hank'a Moody'ego- głównego bohatera Californication. Nie mógłbym tu też nie wspomnieć o wspaniałym plakacie, który podarowała mi Madzia- tydzień wg Garfielda. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego prezentu na święta. Fakt, że zobaczyłem się z kuzynem i z Magdą były już wspaniałym prezentem po ciężkim tygodniu przygotowań, a książka i plakat to tylko dopełnienie, zwieńczenie cudownych momentów, dla których warto było się trochę pomęczyć. Dziękuję.

środa, 22 grudnia 2010

Cherry Christmass.




Tydzień poprzedzający święta to chyba najgorszy tydzień mojego życia. Nie to, żebym nie lubił tłumów ludzi- to wspaniałe- móc poskakać wśród tysięcy ludzi z pozytywnym nastawieniem, ale na festiwalu, na koncercie- nie w sklepie, z ludźmi, którzy jak czasem odnoszę wrażenie, zamieniają się na ten cudowny czas świąt Bożego Narodzenia w dzikie bestie, kierujące się jedynie instynktem zabójcy i drapieżnika. Jakby tego było mało, święta to idealna pora na spełnienie swoich niespełnionych preferencji aktorskich graniczących z chorymi ambicjami na tym punkcie. Niektórzy sprawiają wrażenie jakby całe życie, co roku w kresie świąt, mścili się za to, że nie mogli nigdy zająć się zawodowym aktorstwem. Osiąga to taki poziom, że jak tylko ktoś próbuje im zniszczyć tę wizję- natychmiast reagują w taki sposób, że ma się wrażenie spędzania czasu na wycieczce po szpitalu psychiatrycznym. Plan- cudowne, rodzinne święta. Wytyczne- po trupach do celu.

Dwudziestego czwartego grudnia w godzinach wieczornych, chwytam już zakupione i gotowe do spożycia wino pod pachę i idę w piękne okoliczności przyrody się kulturalnie napić z gwinta- i tak oto przeistoczę najgorszy okres w roku na chwilę, dla której warto żyć.

czwartek, 16 grudnia 2010

Family guy.



Pomimo świadomości, że już nigdy nie będę miał okazji, a raczej szansy, na wspólny wyjazd z całą rodziną, widzę, że jednak wartości rodzinne w tym zdegenerowanym świecie jeszcze nie umarły, nawet we mnie. Pisząc o całej rodzinie mam na myśli ojca, matkę i brata. Zaledwie kilka minut temu miałem wizję wspólnego wyjazdu w góry czy gdziekolwiek. Przed oczami widziałem kalejdoskop wspólnych zdjęć z przeszłości i możliwości na przyszłość, gdyby nie to, że ta rodzina już nie istnieje. Przynajmniej po części. Czemu mnie tak nagle wzięło na myślenie o tym? Chyba kumulacja wszystkiego co widziałem i dowiadywałem się na przestrzeni ostatnich kilku lat. Wczoraj mój ojciec dostał zdjęcie od mojego brata, który wyjechał do Norwegii do pracy. Pożyczyłem mu mój samochód- co początkowo było jedyną rzeczą, która mnie wiązała z jego wyjazdem i tak na prawdę jedyną rzeczą, która mnie obchodziła. Zdjęcie zrobił z nabrzeża Danii gdzie wczoraj dojechał ów samochodem, którego to ochrzciłem imieniem George. W treści wpisał:
"Wlaśnie dojechalem ale jakos promu nie widze :) "
co mnie serdecznie rozśmieszyło. Poza tym, to świetne zdjęcie. I mimo tego, że szczerze go nienawidzę to jednak go kocham.
Wracając do meritum. Rodziny się rozpadają, ojcowie zostawiają matki z dziećmi i wieloma sprawami dotyczącymi życia w rodzinnym domu, i na odwrót. Ci pierwsi wg mnie utracili charakter, albo inaczej- stereotyp- prawdziwych ojców. Opiekunów rodziny. Teraz większość z nich to cioty i obiboki, nie dające sobie rady z życiem. Nie ubliżając normalnym ojcom, którzy sobie dają radę. Ten świat potrzebuje jakiegoś guru-psychologa. I co ważne- nie tylko mój świat. Ważne, bo nie wyobrażam sobie jak to będzie wyglądać za parę lat. Skoro już teraz trzynastolatkowie potrafią sobie lepiej radzić i być większymi skurwielami od ich ojców i matek razem w kupę wziętych- osobowo i duchowo. Przeraża i bawi. Moje dobrze przeze mnie wychowane w przyszłości dzieci będą miały rówieśników, których sam się będę bał. No chyba, że zapiszę się zawczasu na kurs samoobrony, albo poznam tajniki rdzennego kung-fu prosto z Klasztoru Szaolin- gdyby jeszcze takowy istniał. Bo to co z niego zostało to (...) Nie istotne. Temat tabu na inną debatę monologu moich płynnych myśli. Swoją drogą a 'propos trzynastolatków- społeczeństwo- nie tylko to młode, zaczęło popadać w skrajności. Młodzi stają się największym skurwysyństwem, zastraszając starszych. Ci z kolei stają się rozklejeni i wrażliwi na ledwo muśnięcie z przeciwieństwami losu. Co się porobiło?
Wieczory coraz zimniejsze, śniegu na razie nie przybywa, i dobrze, bo już nie byłoby gdzie odsypywać nadmiar z chodników i parkingów. Drogowcy zaskoczyli zimę, postanowili nie odśnieżać. Jak- nie dosłownie, ale- stwierdził mój dobry znajomy. Dobranoc.

sobota, 11 grudnia 2010

Some people and a bed.





Wciągające intro, ciekawa jedna piosenka gdzieś w połowie i jedna z ostatnich, może ze dwie piosenki, które mogłyby zrobić zamieszanie na większej scenie z większą publicznością, gdyby coś w nich jeszcze dopracować. Natomiast te pierwsze wyżej wymienione trzy elementy były z ogromną dawką potencjału co uratowało chyba całość w moim mniemaniu. O czym mowa? Wczorajszy koncert The Calls w Gdańskim Flisaku. Spodziewałem się więcej po tak ambitnym składzie- potem był after- dj'ka. Nie było mi dane zostać. Przesiedziałem koncert jak jakiś krytyk muzyczny, posłuchałem, powiedziałem co wiedziałem i zwinąłem się do Bufetu, jako, że wcześniej spotkałem starego bardzo dobrego znajomego we Flisaku, ale on szybciej wyszedł i dał znać, że tam siedzi. Bufet jest wspaniałym miejscem pod wieloma względami, ale wczoraj to było już przegięcie.
Tak więc. Flisak, Bufet, Absynt, mieszkanie znajomego znajomego. Piwo, wódka, rum, fajki, blanty, feta. Ludzie, ludzie, dużo ludzi, dużo tańca, dużo znajomych i nieznajomych, z którymi się zaznajamiałem. W trakcie nocy doszedłem do wniosku, że czuję się jakbym odgrywał kadry z filmu Unmade Beds. Było świetnie i dzięki Adi, że mnie namówiłeś. Dziś- umieram- tak do wieczora, bo później już nie. Później klub Hollywood z treścią niby to odpowiadającą wielkiej rozróbie mojej uczelni- we will see.

środa, 8 grudnia 2010

Sen Zimowy.


Da się! Jednak się da- zaspać na uczelnię na godzinę 18. Z resztą, w co ja wątpię? Przecież to ja- mistrz- jeśli chodzi o zasypianie- szkoda, że ze spaniem to nie wygląda już tak kolorowo.
Tak, miałem się dziś pojawić wyjątkowo na zajęciach wychowania fizycznego na uczelni, które to z kolei summa summarum bardziej zbliżają się do anonimowego spotkania niedorozwojów- mogliby nam jeszcze jakieś odszkodowanie płacić, skoro już nas tak traktują. Czemu wychowanie fizyczne nie mogłoby być czymś ciekawym. Przygodą, wyzwaniem! Wyzwaniem jest- samo dotarcie tam.
Zapadam w sen zimowy od jakiegoś czasu. Cały czas. Bez przerwy chodzę zaspany a mój mózg utracił zdolność konfrontacji rzeczywistości ze snem- te dwie niegdyś tak inne warstwy, teraz jakby zlewają się w jedną. To nie za dobrze, bo czasem potrafią się przyśnić fajne sny, a jak wyskoczę z pocałunkiem do fajnej dziewczyny, z którą w czasie snu łączyło mnie więcej, w czasie rzeczywistym dostanę siarczystego liścia- co w gruncie rzeczy byłoby i tak warte zachodu chyba. Nie jest tak źle jak myślałem dotychczas, chyba przestanę się martwić. W końcu grunt do dobra zabawa. Bez dobrej zabawy nie ma uśmiechu, a bez uśmiechu wszystko traci barwy, ciepło i w ogóle- wszystko co fajne. Tak więc uszy do góry, czas się wziąć za rysunki- ale mi się koszmarnie nie chce- wrócił, stary, dobry, troszeczkę czasem leniwy Królik.

Morning rocket.



6:30 rano.
Głośniki - włączone.

wtorek, 7 grudnia 2010

Fotograficzny wzrok.



Często siedząc i patrząc na to co mnie otacza mam tak, że widzę świetne zdjęcia, albo raczej ujęcia chwili, które powodują, że życie jest piękne. Wygląda pięknie.
Znowu mnie łapie jakaś chandra. Znowu zaczynam od początku oglądać namiętnie serial Californication. Może stąd ten nastrój. No i zima, daje w kość i w głowę. Dzisiaj po raz kolejny przekonałem się jaki świat jest mały. Znajomi znajomych znają znajomych innych znajomych, którzy są też moimi znajomymi i w ogóle. Ale to dobrze. Akurat w tej sytuacji bardzo dobrze. Jest nadzieja na spędzanie większej ilości czasu w większym gronie. Jutro na uczelnię po długim weekendzie- trochę wymuszonym, w poniedziałek się zaspało- bywa. Teraz siedzę, słucham ścieżki dźwiękowej z ww. serialu i dobrze jest. "Dobrze jest"- nigdy nie sądziłem, że taką radę usłyszę od Ciebie Adis. A jednak- i dzięki. To pomaga. Tonę w morzu wspomnień- muszę przejść na tryb bierny. Za dużo przeszłości, za mało teraźniejszości.