środa, 30 marca 2011

Among the others.


Ostatnio przy okazji włamania się kogoś z numerem ip pochodzącym z Chin na mojego maila znalazłem coś takiego jak profil konta google. Profil osobowy rzecz jasna. Teraz chyba wszystko krąży wokół kreowania swojego wirtualnego Ja. Swoją drogą dobrym pomysłem byłoby napisanie programu, który zebrałby wszystkie informacje, które umieściliśmy o sobie w sieci i stworzyłby na tej podstawie postać nas określającą. Z drugiej zaś strony mogłoby to przerażać. Wracając do meritum. Tworząc profil znalazłem rubrykę zatytułowaną "na tym się znam". Natchnęło mnie, dało trochę do myślenia i w jakiś sposób otworzyło. Na czym się znam- pojęcie względne. W jakimś sensie znam się na wszystkim z czym miałem do czynienia- bardzo ogólnikowo podchodząc do sprawy. Skończyłem liceum o profilu biologiczno-chemicznym, udało mi się pójść na studia, gram na gitarze i śpiewam- w zespole, uczę się grać na perkusji, grywałem na basie, jeździłem na deskorolce, szukałem gwiazd na niebie z mapą gwiazdozbiorów, stałem po ciemku przy oknie i analizowałem świat, śmiałem się bez przyczyny- i to nie raz, mówiłem do siebie, trzy razy upiłem się jak świnia do uzyskania stanu tak zwanego zgonu, przeszedłem przez rozwód rodziców, przetrwałem alkoholizm ojca, brałem antydepresanty, zdarzyło mi się dłubać w nosie, bawiłem się w podchody, grałem w krawężniki i korzystałem z dzieciństwa, próbowałem marihuany, próbowałem być z dziewczyną, próbowałem być z chłopakiem, jestem z dziewczyną, tuliłem się do drzewa, pływałem nago w jeziorze, zdarza mi się być głupim i robić głupoty, zaznałem szczęścia, próbowałem napisać książkę, zacząłem pisać książkę. Jestem człowiekiem- wiem, że tu nie wszyscy się zgodzą i powiedzą, że jestem królikiem, ale to bardziej gdzieś w głębi. Myślę, że to dobre streszczenie osobowości do jakiejś analizy psychologicznej. Jest tu jakiś psycholog? Proszę o wyprowadzenie wniosków. Bez ogródek. Krytykę przyjmę na klatę.

piątek, 25 marca 2011

Repeat after me: no, no, nooo. Good.


Posrane funkcjonowanie mojego dysku twardego zwanego mózgiem wraz z nagannymi zachwianiami zdrowia spowodowały, że ostatnimi czasy miałem w formie amnezji i nie udawało mi się nic wykrzesać, co by się nadawało na formę pisemną tu przeze mnie przedstawianą. Pamiętam tłusty czwartek- który to swoją drogą powinien przejść do historii, a potem długo długo nic, po drodze jakiś wyjazd do Gdańska z kuzynką, napisanie tekstu piosenki o większość ówczesnych młodych dziewczyn, sporo myśli o otaczającym nas świecie- głownie dotyczącym aury towarzyszącej Przewozom Regionalnym, znowu długo długo nic, bal architektury, który się odbył w Sfinksie w Sopocie, potem (chyba, albo przedtem) całonocne- nie do końca udane- próby z zespołem u mnie w garażu poprzedzające piątkowy koncert w Infinium i to chyba tyle.
Zaczynając od początku. Tłusty czwartek. Uczelnia- pączki. Po uczelni spotkanie ze znajomymi w celu ich dalszej konsumpcji. Gra we wspólne tworzenie śmiesznych historyjek na zasadzie dopisz ciąg dalszy od słowa ostatniego, pączki, oglądanie schizowatych filmów brata Emilii- kumpeli z roku, pączki, oglądanie zmutowanych krów na youtube, więcej pączków.
O wyjeździe do Gdańska z kuzynką nie wiele mogę napisać, poza tym, że po raz kolejny i nie ostatni spotkałem się na drodze ze spadającymi na łeb, na szyję umiejętnościami prowadzenia pojazdów osobowych osób poruszających się nimi po drogach miejskich. Twór w postaci tekstu piosenki powstał w bardzo uproszczonej formie i nic z nim dalej nie robiłem.
Coraz bardziej mnie przeraża i dołuje w jakiś sposób styczność z ludźmi- ogółem. Świat się stacza, albo już dawno się stoczył a ja to dopiero teraz zauważam. Problem alkoholu jest wszechobecny. Rano, wieczór, we dnie, w nocy, jest wszędzie i zawsze. Ja wiem, że ludzie z alkoholem problemów nie mają, a raczej bez niego, ale z drugiej strony czy alkohol jest rzeczą godną absorbowania sfery problemów normalnego człowieka? W komunikacji miejskiej syf, bród, smród i ubóstwo. Ciekaw jestem czy jest takie miejsce na ziemi gdzie to nie występuje. Jeśli tak, proszę o translokację, jeśli nie eksterminację ludu, którego ten problem się tyczy, albo masowe uzdrowienie. Głupocie i bezmyślności też by się coś takiego przydało.
Bal architektury- pierwsza tak liczna integracja osób z roku i nie tylko. Bo bardzo długiej przerwie wizyta w odmienionym niby Sfinksie- osobiście oczojebnych różnic nie zdołałem zauważyć. Po tamtym wieczorze wzięło mnie na słuchanie muzyki z rodzaju SebastiAn.
Powiadomiłem oficjalnie zespół, że od nich odchodzę, zaraz po nagraniu dotychczasowego materiału w przynajmniej zadowalającej mnie jakości. Chyba nie pomogło i dalej niektórym to wisi. Trudno. Decyzja podjęta i najwyraźniej słusznie. Przygotowania poszły tak jak się spodziewałem, i efekt był również taki jaki można było się domyśleć. I mimo tego, że ludu się podobało, ja uważam, że po raz kolejny osiągnęliśmy znakomite- dno. Jedno dobre- przenoszę się na półkę wyżej jeśli chodzi o sprzęt, którego używam. Sprzedaję wzmacniacz i kupuję- wzmacniacz. Lepszy, lżejszy, mniejszy, fajniejszy, bardziej kolorowy i chwalony przez ogół wtajemniczonych w temat osób. Po koncercie- kilka przydatnych mi osobiście wniosków, mały Armagedon w pokoju (przybyło kilka przestrzenio-chłonnych przedmiotów ściśle związanych z zespołem), kilka dobrych pomysłów i mobilizacja do działania i zrobienia czegoś z... Chyba ze sobą. Bo co innego mi pozostało.
Ach tak! Wiosna! Zastała nas wiosna! Hura! Yepee! Yeah! Ale długo to nie potrwało. Piąty dzień wiosny, za oknami śnieg, znowu zmarznięty nos i palce i rąk, gruba, cebulowa warstwa ubrań. Powtórka z rozrywki, a już myślałem, że po raz kolejny takowej nie będzie. No cóż. Co zrobić. Trzeba po raz kolejny jakoś to przetrwać.

wtorek, 1 marca 2011

Refreshing splash.


Woda. Nie wiem czy wam też, ale mi się na maksa kojarzy z dzieciństwem. Pamiętam jak zawsze za bachora, jeździliśmy z rodzicami do ich znajomych nad jezioro, gdzie domek znajdował się jakieś dwadzieścia metrów od jeziora. Zazwyczaj jak już wszyscy rano powstawali robiliśmy sprint do jeziora, żeby się umyć, opłukać czy cokolwiek z tych. Jako, że prawie przez całe życie w porach rannych mojej twarzy towarzyszyło nieziemskie zamulenie, w chwili kiedy się ona zderzała z taflą wody pojawiało się uczucie niesamowitego orzeźwienia. W ogóle, nie kończyło się to wszystko oczywiście tylko umyciem. Zazwyczaj potem była przynajmniej godzina zabawy w wodzie. Opryskiwanie się wodą, stawanie na rękach do góry nogami, rzucanie się w dal, podtapianie się i tego typu przykre rzeczy. Żartuje. To były jedne z najpiękniejszych chwil w życiu, których mi brakuje. Aczkolwiek uczucie orzeźwienia w zetknięciu twarzy z wodą o poranku nadal mi towarzyszy. Zazwyczaj pod prysznicem. W ogóle, dobrze jest zacząć dzień od prysznica, miłego zajęcia- jakim w moim przypadku jest puszczenie głośno skocznej i wesołej muzyki a 'la Plan B - Stay Too Long, czy Arctic Monkeys - From The Ritz To The Rubble. Polecam. Od razu ma się więcej siły na energiczne przeżycie dnia. Zawsze jak chodziłem do pracy w różnych godzinach w ciągu całej doby, strasznie mi się nie chciało, sytuacja się zmieniała jak rano słuchałem tego typu muzyki i zaczynałem skakać po domu. Wtedy to już czułem się na siłach, żeby góry przenosić. I tak jest do dziś. Świat się zmienia. Nie znowu aż tak bardzo.