czwartek, 28 kwietnia 2011

Amble.


Miasto Sopot jaśnieje w oczach. Drzewa przebierają przepiękne odcienie czerwieni, żywej zieleni i promienistego koloru słońca. Że w sensie na żółto. Ciepły letni wiatr kołysze rzucany na ziemię cień miliona mieniących się liści. Wzrok rzadko kiedy wędruje wyżej ponad wysokość twarzy innych ludzi, chyba, że jest się cwaniakiem i ma się okulary przeciwsłoneczne, których od dłuższego już czasu pożądam. Ludzie już chodzą w krótkich rękawkach, przemierzając deptak Monte Cassino i robiąc sobie nawzajem zdjęcia jak wielkie zgromadzenie chińskich turystów w wakacje. Wycieczki dzieciaków, zapewne byle tylko urwać się z lekcji, wychodzą klasowo na lody, gofry, spacery, i wszystko to jedzą upieprzając się od czoła do koniuszka czubka butów. Zaiste. Wiosna bywa piękna. Nareszcie. Chociaż nastrój na zewnątrz zadarł nosa do góry, mój wyrżnął nosem w glebę i przejechał sto pięćdziesiąt metrów po asfalcie, sięgnął najgorszej doliny ever. Chyba tak już musi być. Nie wiem. Może kwestia jakieś równowagi w przyrodzie. Mimo, że uwielbiam zwierzęta, wolałbym, żeby jednak wiosenną chandrę załapał jakiś gołąb na Długiej, z resztą jeden z tryliarda tam krążących i nalatujących na przechodniów. Zamiast mnie tu męczyć. Tak serio. Przeżywam kryzys, więc prawdopodobnie nie będzie mnie tu jakiś czas- albo wręcz przeciwnie. Bądź co bądź, co by nie było i na jakie gówno bym jeszcze nie natrafił gdzieś po drodze- odrywającej od szarej rzeczywistości, przepełnionej małymi szczęściami majówki. Na razie. Papa. Au revoir, czy inne ci vediamo. Oddaje głos.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Sru.


Lany poniedziałek. Pobudka zimnym strumieniem wody skierowanym straight into my face. Ludzie idący do kościoła powinni iść i z każdej strony mieć poprzyczepiane kartki "kościół", a nie, że się awanturują, jak się na nich wyleci nagle z zaskoczenia z wiadrem wody. Dzień w czasie którego domofon do drzwi oznaczał najwyższy stopień gotowości obrony frontu i po otwarciu drzwi wylaniu hektolitrów wody w kierunku na-zewnątrznym, prosto w osobę, która to, właśnie zamierzała wejść. Piękne święto, tylko szkoda, że już tak mało ludzi w to się bawi. Tak na prawdę się bawi. Chciałbym się spotkać na ulicy ze starymi znajomymi mieszkającymi w s asiedztwie, biegając z woreczkami, wiadrami, garnkami, butelkami i wszystkim w co tylko dało się nalać choć trochę wody.
Dzisiaj wojna skończyła się jedynie stworzeniem małego wodospadu z klatki schodowej i zalaniem wszystkich potrzebnych materiałów na uczelnię. Mały Har Magedōn. Czuję niedosyt.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Senses


Po przeczytaniu tego zamknijcie oczy i odpłyńcie w krainę zmysłów. Głowa położona na ramieniu. Uczucie stania kogoś za Tobą i przytulającego Cię. Ciepły oddech, który możecie poczuć na szyi. Obejmujące Cię w pasie czule ręce, mówiące: jestem tu. Bliskość kogoś twarzy na odległość nosa wtulonego w kącik oka, ten bliżej nosa. Dłoń otulająca Twoją twarz tak,że kciuk delikatnie opiera się o ucho a reszta dłoni zaraz za i pod uchem na szyi, z wplątanymi końcówkami palców we włosy z tyłu głowy nad karkiem. Wtulona osoba w Twój bok, gdy leżycie razem, leżąca na Twoim ramieniu z położoną dłonią na splocie słonecznym. Splątane nogi pod kołdrą. Splątane palce u dwóch dłoni uniesione ku sufitowi tak jakby chciały sięgnąć gwiazd. Czuły szept do ucha. Delikatny dotyk palców jeżdżących po wewnętrznej stronie ręki między łokciem a nadgarstkiem. Pocałunek w sam środek czoła zaraz nad nosem. Pocałunek w szyję, w obojczyk, w oko, w środek wewnętrznej strony dłoni. Pocałunek w brzuch. Dłonie obejmujące Twoje kolana albo kostki. Wplątane palce obu dłoni we włosy towarzyszące zmysłowemu pocałunkowi gdzieś w cichym kącie pokoju z lecącą w tle ulubioną piosenką. A teraz odlot w chmury, w ciepłym wietrze owiewającym całe ciało.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011


Słowa pozostają słowami. Wyobraźcie sobie sytuację. Stoi przed wami tłum ludzi słuchający waszego monologu, do którego przygotowywaliście się przynajmniej tydzień. Produkujecie się, wylewacie przed nimi, starając się dobrać jak najdoskonalsze słowa określające wasz węzeł myśli. Po tym wszystkim, słyszycie w zamian- ciszę. Tak właśnie giną wielcy artyści, poeci, muzycy, twórcy dzieł na ogół podobających się. Nie mam pojęcia czy jest to kwestia wstydu czy jakichś dziwnych barier mających coś wspólnego z aspołecznością. Ale zauważyłem, że ludzie wolą pozostać w większości wypadków anonimowi. Zawsze tak było, że gdy tylko nauczycielka w klasie zapytała o coś, nigdy nie było chętnych do pierwszej odpowiedzi. Dopiero po pierwszych odzewach mogła odezwać się cała klasa. Czemu? Nie do końca rozumiem, pomimo tego, że sam w tym często uczestniczyłem jako milczące ogniwo. Tworząc całe to epickie gówno jakim jest ten blog często oczekuję wielu komentarzy i tym podobnych. Czemu? Wyjaśniłem na samym początku. Nie chodzi o to, że pożądam pewnego rodzaju sławy czy czegokolwiek takiego. Chodzi o sam odzew. Odbicie piłeczki. Czemu to wszystko pisze. Już mówię. Dlatego, żeby was zachęcić. Żyjemy w czasach maksymalnie społecznych. Kontakty międzyludzkie stały się takim łatwym do osiągnięcia elementem życia, że często przechodzi to moje najśmielsze oczekiwania i wyobrażenia. Sterta portali społecznościowych, miliardy zdjęć prywatnych krążących po sieci. Tak sobie myślę, że dzieci mają teraz przejebane. Na prawdę. Gdybym ja miał takie możliwości w wieku dziesięciu lat- przerażałoby to mnie i martwiłbym się o swoje zdrowie psychiczne. Pośrednio oczy, a bezpośrednio mózg człowieka też ma swoje granice. Tyczy się przede wszystkim możliwości na przyswojenie ilości informacji. Nie wiem jak wy, ale ja się wychowałem na tak zwanym podwórku. Biegając z dzieciakami "z ulicy", grając w krawężniki, podchody i skacząc po drzewach. Zupełnie odcięty od całego świata, który jest teraz w zasięgu kilku kliknięć myszką, dzieci ówcześnie rozkwitających życiem na tym przerażającym świecie. Można by było się doszukiwać dozy staroświeckości w moim podejściu, ale na Boga- czy kogośtam- wyobrażacie sobie wasze dzieciństwo z tym wszystkim co jest dostępne teraz? Prawdopodobnie wielu z nas nie dałoby sobie rady. I'm just saying. Tak oto płynnie przeszedłem z żalu do elementu krystalizującego sens istnienia tych wpisów. Zachęcam. Otwórzcie się. Jestem na prawdę ciekaw waszych opinii i przemyśleń.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Things goes sunny.


Niedziela. Trzeci kwietnia, za oknami piękne słońce, ludzie wygrzewający się na ławce przed domem, ptaszki śpiewają, przejechane żaby leżą na ulicach, z głośników płynie Beirut, czyli nic innego jak wiosna pełną gębą, a mnie oczywiście obowiązkowo dopada przeziębienie. Plan na dziś- leżeć w łóżku. Wolne żarty. Trzeba będzie nagiąć trochę narzucone przez fizjologię mojego organizmu powinności. Jeśli już o tym mowa. Drapanie się po tyłku, poprawianie spadających spodni, wyrzucanie kamieni z butów w trakcie spaceru po mieście, swędzące plecy, czyli rzeczy, przy których tak na prawdę często nie wiemy jak się zachować. Często spowodowane tylko i wyłącznie wybrykami funkcjonowania organizmu. Nigdy nie czytałem savoir-vivre'u aczkolwiek szczerze wątpię, że jest tam uwzględnione jak dyskretnie podrapać się po dupie- spowodowane jak choćby źle układającą się bielizną, żeby nie było nam głupio. Czemu nie może być to zaliczane we wszech ogólnej świadomości społecznej, do rzeczy naturalnych i każdemu człowiekowi się przydarzających. Spadające spodnie- niby uwarunkowane doborem rozmiaru spodni- guzik prawda. Osobiście posiadam kilka par spodni, które ledwo na siebie wciskam, a które, tak czy inaczej, ześlizgują mi się z tyłka pod- na przykład- ciężarem takich rzeczy, jak telefon komórkowy i portfel wypchany drobniakami. Może bardziej ogólnie. Jest wiele rzeczy, o których wstyd nam rozmawiać. W tych czasach coraz częściej przez różnorodność jakościową oferowanej przez producentów żywności produktów miewamy problemy żołądkowe. Chciałbym żeby kiedyś nastąpił moment, kiedy bez kozery mógłbym się pożalić na to, że musiałem spędzić godzinę na tronie w celu niby prostej czynności jaką jest defekacja. Potem zamartwiać się ze społecznością miasta w którym żyję o dalsze funkcjonowanie systemu kanalizacji naszej metropolii. Czasami na prawdę mam wrażenie, że wybryki mojego układu pokarmowego są w stanie zagrozić istnieniu planety. Myślę, że tego nawet słynna Godzilla by się nie powstydziła. Wiem, wiem. Ta notka jest kolejną, której nie musiałem publikować bo nie jest niczym ponadprzeciętnym. Tak tylko chciałem ponarzekać i jakoś przywitać ten wiosenny dzień. Pozdrawiam żaby. Te jeżdżące na kółkach też.