
Miasto Sopot jaśnieje w oczach. Drzewa przebierają przepiękne odcienie czerwieni, żywej zieleni i promienistego koloru słońca. Że w sensie na żółto. Ciepły letni wiatr kołysze rzucany na ziemię cień miliona mieniących się liści. Wzrok rzadko kiedy wędruje wyżej ponad wysokość twarzy innych ludzi, chyba, że jest się cwaniakiem i ma się okulary przeciwsłoneczne, których od dłuższego już czasu pożądam. Ludzie już chodzą w krótkich rękawkach, przemierzając deptak Monte Cassino i robiąc sobie nawzajem zdjęcia jak wielkie zgromadzenie chińskich turystów w wakacje. Wycieczki dzieciaków, zapewne byle tylko urwać się z lekcji, wychodzą klasowo na lody, gofry, spacery, i wszystko to jedzą upieprzając się od czoła do koniuszka czubka butów. Zaiste. Wiosna bywa piękna. Nareszcie. Chociaż nastrój na zewnątrz zadarł nosa do góry, mój wyrżnął nosem w glebę i przejechał sto pięćdziesiąt metrów po asfalcie, sięgnął najgorszej doliny ever. Chyba tak już musi być. Nie wiem. Może kwestia jakieś równowagi w przyrodzie. Mimo, że uwielbiam zwierzęta, wolałbym, żeby jednak wiosenną chandrę załapał jakiś gołąb na Długiej, z resztą jeden z tryliarda tam krążących i nalatujących na przechodniów. Zamiast mnie tu męczyć. Tak serio. Przeżywam kryzys, więc prawdopodobnie nie będzie mnie tu jakiś czas- albo wręcz przeciwnie. Bądź co bądź, co by nie było i na jakie gówno bym jeszcze nie natrafił gdzieś po drodze- odrywającej od szarej rzeczywistości, przepełnionej małymi szczęściami majówki. Na razie. Papa. Au revoir, czy inne ci vediamo. Oddaje głos.



