poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Sru.


Lany poniedziałek. Pobudka zimnym strumieniem wody skierowanym straight into my face. Ludzie idący do kościoła powinni iść i z każdej strony mieć poprzyczepiane kartki "kościół", a nie, że się awanturują, jak się na nich wyleci nagle z zaskoczenia z wiadrem wody. Dzień w czasie którego domofon do drzwi oznaczał najwyższy stopień gotowości obrony frontu i po otwarciu drzwi wylaniu hektolitrów wody w kierunku na-zewnątrznym, prosto w osobę, która to, właśnie zamierzała wejść. Piękne święto, tylko szkoda, że już tak mało ludzi w to się bawi. Tak na prawdę się bawi. Chciałbym się spotkać na ulicy ze starymi znajomymi mieszkającymi w s asiedztwie, biegając z woreczkami, wiadrami, garnkami, butelkami i wszystkim w co tylko dało się nalać choć trochę wody.
Dzisiaj wojna skończyła się jedynie stworzeniem małego wodospadu z klatki schodowej i zalaniem wszystkich potrzebnych materiałów na uczelnię. Mały Har Magedōn. Czuję niedosyt.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz