niedziela, 2 września 2012
Tranquility.
Dwa domy, perkusja w garażu, azyl w samochodzie z radiem ustawionym na fali Eska Rock, na antenie Kazik z dwunastoma groszami, a zaraz za nim nowy Red Hot Chilli Peppers z Brendan's Death Song, słoneczne popołudnie, nogi w górze na otwartych na oścież drzwiach auta, fajka w pysku i pies leżący zaraz obok. Pomijając jego smród, smród tlących się petów i przepoconych butów- żyć nie umierać. No i w końcu zrobiłem te cholerne zdjęcia turkusowego kredensu. Jeszcze tylko ogarnąć uczelnię i dobrą płacę i można by było z czystym sumieniem tak siedzieć olewając całą resztę świata wraz z doborowym towarzystwem brata z Poznania, rozmyślając o otwarciu wymarzonej knajpy na którymś ze starych rynków. Albo nowych. Licho Ci to wie czy kiedyś nie będzie tak, że zostaną tylko te nowe. Po kilku miesiącach pracy w samym centrum Gdańska na starówce zacząłem cholernie doceniać piękno tego miasta. Zacząłem też doceniać delikatność dłoni, własnych i tych, które im najczęściej towarzyszą. Myśli uciekają, czas goni, a słońce zachodzi. Trzeba się kurwa ruszyć.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz