sobota, 13 kwietnia 2013

Thepainting.

Nowy Jork. Godzina dwudziesta z minutami. Ósme piętro zarzyganej kamienicy przy Melsrow Street 487 . Dochodzę do wniosku, że chyba tylko te smutne zdarzenia dają mi wenę twórczą, która wylewa się przez ruchy moimi rękoma trzymającymi pędzel i deskę z rozlanymi i wymieszanymi farbami. Całe płótno pokryte różnymi odcieniami szarości przekładającymi się warstwami jak wzburzone deszczowe chmury nad szczytami wielkich pomników współczesnej cywilizacji. W lewym dolnym rogu brudna, rozmazana żółta mgła pokazująca chyba miejsce, do którego po latach walki o swoje dotarłem i nie wiem gdzie ruszyć dalej. Jeżeli za sto lat dzieciaki w szkołach plastycznych będą się zastanawiać "co autor miał na myśli" to przyrzekam, że jeśli się tylko o tym dowiem, będąc w urnie zmaterializuję siłą woli z prochów gnat i strzelę sobie nim w wyimaginowany łeb. Choćbym nie wiem ile się zastanawiał, tyle miałbym swoich własnych interpretacji obrazów, które namalowałem. Czy gdzieś dzięki temu doszedłem? Tak. Do kolejnego rozdroża. Siedzę w wymarzonym stylistycznie mieszkaniu z zimnymi betonowymi ścianami i wsłuchuję się w syreny radiowozów i szum tysiąca innych aut za oknem, wpatrując się w gęstą zawiesinę dymu papierosowego przesłaniającego widok na okno i na to co za nim. Powietrze jest gęste. Na zewnątrz pada deszcz. Mimo to jest ciepło. W mieszkaniu jeszcze cieplej. Duszno. Aż dziwne, że w takim powietrzu moje synapsy przekazują sobie jakiekolwiek impulsy produkujące myśli w mózgu.
Godzina dwudziesta trzecia. Dalej wpatrzony w szary obraz wypalam kolejnego papierosa popijając ohydną i mdłą coca-colą kupioną dziesięć metrów od wejścia do tego bloku. Swoją drogą to chyba najokrutniejszy sklep w jakim miałem w życiu okazję cokolwiek kupować. A mimo to jakoś uzależniłem się od niego. To chyba kwestia bliskości. Wydaje mi się, że mamy coś takiego, że uzależniamy się od bliskości.
Godzina trzecia nad ranem. Dźwięki na zewnątrz jakby ciągle identyczne. Czy na prawdę aż tyle ludzi cierpi, choruje, umiera , popełnia zbrodnie i podpala meble we własnym mieszkaniu, żeby non-stop było można słyszeć syreny? Musiałem wyjść. Do sklepu po kolejną paczkę papierosów. Nie żebym spalił całą przez siedem godzin. Była w połowie pełna. Albo pusta. Zależy kim jesteś Ty. Obraz powinien wisieć na ścianie. Tam gdzie jego miejsce. Dopiero tam powinienem na niego patrzeć. Pytanie, czy jest w tym mieszkaniu miejsce na deszczowe chmury. Jakby za oknem ich było mało. Nigdy wcześniej nie wyobrażałem sobie, że w Nowym Yorku pada deszcz. Wszystko. Ale nie deszcz. Nie wiem czemu.

1 komentarz:

Unknown pisze...

Fiuku. Bardzo dobry tekst. Bardzo dobrze się czytało. Chcę więcej.

Prześlij komentarz