środa, 23 września 2015

Flądrywciemnościachbijąsięzwerwą.

Swój urlop zacząłem od włączenia Tindera, wjeżdżając pociągiem do centrum Wrocławia. Jak wygląda Wrocław- się zapytałem. Wszystkie pedały wyglądają tak samo. Ale w dwóch wariantach. Albo szczupli szpakowaci z długimi zaczesanymi włosami, a Ci drudzy to bardziej pucowaci z wąskimi oczami w wieku 25-30. Koniecznie z brodą. W ogóle większość ma tu brodę. Kasia 26 też. Drugą rzeczą jaka mi wpadła w oko to to, że ludzie na dworcu są ze stowarzyszenia dziwnych kroków. Przynajmniej dziesięć ewenementów mi przecięło drogę na trasie peron-Starbucks. Wypiłem kawę. Zjadłem crossainta. Posłuchałem mojego ukochanego Skubasa. Wypiłem Chai Tea. Poszedłem na spacer. O siódmej  rano. Wrocław taki do Gdańska podobny. Pierwsze co mi się w oczy rzuciło to NOT, i pełno budynków architektonicznie podobnych analogicznie do Gdańskich. Nawet jest PGE w wersji biurowej. I żółty zamek zamiast dworca. He. A! I Polish Lody mają. Takie różnice. I widziałem stacje kontroli pojazdów która była chyba restauracją bo od razu pod plastikowymi literami z info o tym co to za miejsce była gablota z wielkim menu. Swoją drogą było by miło z ich strony. Wpadasz na coroczne badania diagnostyczne autka i przy okazji zjadasz coś, co cały rok za Tobą chodziło. Ja na diagnostykę auta nigdy jakoś specjalnie nie czekałem, a w takim wypadku czekałbym jak na świąteczny barszczyk babuni. Brak światła? No problemo. Idź Pan utłucz trzy schabowe to Panu podbijemy. Albo kilo kartofli jako łapówkę. Wszędzie mogło by tak być. Na egzamin prawa jazdy jechalibyśmy z czym. Z workiem węgla. Albo z czym tam sobie wyobrazicie. Chętnie poczytam co Wam wpadnie do głowy.  In comments below.
Po spacerku wokół Starego Miasta utwierdzając się w tym, że jest za wcześnie na większość miejsc typu Muzeum Sztuki Nowoczesnej i jego kawiarnia na dachu czy inne parki rozrywki i kluby gdzie puszczają dobre techno przy którym dałoby się potańczyć, koniec końców wróciłem się drugi raz na ulicę Świętego Antoniego do lokalu, który nazywał się Szynkarnia. Tam też zeżarłem omlet a jak kelnerka zaproponowała mi do picia koktajl o nazwie Detox stwierdziłem, że to znak, że tak miało być, oraz że obsługa jest tak jak i ja wyczulona na krzywdę ludzką. No i poznają osoby zmęczone weekendem na przykład. No nie wiem. To tylko domysły. Dwanaście nalewaków z piwkami rzemieślniczymi kusiło ale nie chciałem zepsuć tak zdrowego śniadania. Zjadłem, wypiłem, poszedłem na autobus. Jadąc na lotnisko zasnąłem. Autobus potrącił jakąś babcię. Obudziłem się. Zastanowiłem się nad sobą. Odrzuciłem czarnowidztwo i wsiadłem do samolotu razem z resztą cebulaków i makaroniarzy. Sfrustrowany dantejskimi scenami z kolejki do bramki oczywiście. Krzyk, żal i łzy.
I się zaczęło. Bolonia. Miasto, do którego, jak się domyślacie zjeżdżają wszyscy z lotniska, i z którego na to lotnisko się wesoło wybierają. Ledwo dotarłem- przypomniałem sobie, że Włosi mają dużo wolnego. Naprawdę dużo. Ilość ludzi tutaj przyjeżdżających na liczbę miejsc otwartych, gdzie ludzie Ci mogliby się podziać jest... Mała. Ledwo usiadłem i zamówiłem sobie kawę a już byłem się stałem świadkiem samowolki na ulicach (i piesi i kierowcy) oraz kradzieży - weszło takich czterech ubranych w pstrokate lniane czy nie lniane szaty kontrastujące z ich kolorem skóry- if you know what I mean- wzięło cztery małe Heinekeny z lodówki, pokręciło się po lokalu, koszystając z kolejki przy barze w sposób konsumpcyjny, uprzednio otworzywszy sobie złotymi zębami owe browareczki przy okazji pozbywajając się kapselków na zasadzie- tu se plune, tam se kopne, onga onga salamalejkum- i co... I co? Usiedli. A potem? Zmarnowali trochę tegoż trunku bo się- oj- spieniło- jak się o stoliczek oparłem. Spieniło się, na stolik. A potem? No wyszli. Razem z jeszcze nie dopitymi Heńkami. Gdyby nigdy nic. Mogło chodzić o łapówkę. Zaraz jak tamci wyszli wlazło dwóch Carabiniero. Leniwym krokiem. I żadnych krzyków, gonitw. Nic. Chociaż nie. Bo jakby to chodziło o łapówki to by jeden z kradnących- ten najbardziej pstrokaty (widać, papa del mafia) nie chodził z browarkiem i dla zmyłki piędziesiąteczkom eurasków w papiereczku. A może ja po prostu czegoś nie chwytam? Nie czuję klimatu? Tak czy inaczej. Nie ingerując w tamtejsze relacje poszedłem szukać swojego pociągu da Bolonia, a Ancona. Zagadując raz na jakiś czas, do równie co ja zdezorientowanych włochów i nie-włochów- czyli, taka analogia, łysych. Tak czy inaczej. Mój tęgi umysł i niezawodny zmysł podróżnika poradziły sobie bez nich wszystkich i wcisnąłem swoją szanowną do odpowiedniego pociągu. Trudno nie było, bo- jak to się mówi- z(a) tłumem! I na pochybel.
Tak więc tkwię między Republikaninem Południowej Afryki, starym Francuzem, obywatelką Londynu oraz Włochem chińskiego i/lub koreańskiego - jak podejrzewam- pochodzenia na wzór tych czterech pięknych stron świata, no i tak siedzę i piszę. I chyba na tym na dziś skończę bo na korytarzu ciężko się bić jedną ręką. Poza tym powinienem dawkować Wam takie rzeczy bo no... bo mogę. Poza tym nie chcę redaktorki zmęczyć zbyt dużą ilością tekstu na raz. Ciao! Do następnego.

sobota, 8 listopada 2014

Stinkyfeetfeelthebeatnonsensnonses.

Jesteś tam gdzie jesteś i stoisz tam gdzie stoisz, chyba, że leżysz - albo siedzisz. Możesz też wisieć lub spadać, niejako zawieszony w mniej lub bardziej określonej przestrzeni. Tak czy owak, nie zmienisz tego. Zmienić się może sytuacja, a Ty bedziesz nadal w tym samym położeniu. Nie jestem do końca pewien tego co czuję to pisząc. Co dokładnie mam na myśli. Chyba, że dokładnie to co piszę.
Straszna noc w pracy minęła tak skrajnie jak dawno tego nie doświadczyłem. Ułamki sekund dzieliły momenty podskoków z nie opisanej radości i przypierdolenie komuś w ryj. Taka praca. Ludzie tacy. I złośliwości rzeczy nieżywych. Po pracy wracam do domu i pierwsze co, kładę się na łóżku a jedyne co może mi przeszkadzać, to śmierdzące skarpetki po całej nocy spędzonej w tanich butach z haemu czy innej wyspy. Rolety w wykuszu kołyszą się na ciepłym powietrzu z grzejnika. Falują równomiernie wpędzając mnie w ślepy zaułek zaciekawienia niczym ciekawym. Chociaż, jeśli chwilę dłużej nad tym pomyśl,  to fizyka wydaj ssię być ciekawa. Leżę i zadaję sobie pytanie, czy dam radę przedrapać się przez, jak wydawać by się mogło, średniowieczne tapety i tynk - oczywiście, że zdaję sobie sprawę, że w średniowieczu mogli w ten sposób nie wykańczać wnętrz - do pięknie rdzawych cegieł, mojego ulubionego w nowym domu - ryzalitu. Czy w moim łóżku mieszkają nieznane dotąd gatunki, gryzących mnie po nocach, owadów. Czy moje pranie już wyschło i czy gdy zasnę, obudzi mnie pierdolnięcie lustra o ziemię, bo rzem je pod tak dużym kątem pod ścianą oparł. Czy obudzę się na czas - czyli nie zaśpię do pracy dziś na czternastą. Pierdoły i wiewiórki. Przegrałem z dywizami [i z analfabetyzmem przyp. red.] . Pora spać. Miłego dnia.

niedziela, 2 listopada 2014

Oobejakjaniemoge.

Obudziłem się z głową pełną pomysłów. Chociaż mam wrażenie, że jednak trochę jeszcze spałem, bo aż nie możliwe. Miałem zamknięte oczy a przed nimi pojawiały się obrazy, które rozumiałem - mimo, że już prawie nic nie pamietam. Widziałem dwie drewniane albo ratanowe miski wypełnione bonami promocyjnymi. Na rzeczy. Nie pytajcie jakie. Pamiętam tylko duże 'co do kurwy nędzy?!' w moich myślach bo to nie były rzeczy, na które robi się bony promocyjne. Iks de. Widziałem też obraz z dużym plastikowym pudełkiem na płatki śniadaniowe, jak z amerykańskich filmów. Rzecz w tym, że było w lodówce - kto u licha trzyma płatki w lodówce?! Na dolnej półce, w prawym, tylnym rogu za czerwonymi, plastikowymi tubkami z ketchupem i sosem barbecue. Na pudełku była duża czarno-czerwona etykieta z wielkim napisem GAY CORN. Podobnym do logo strony Gazprom - o to też nie pytajcie - po prostu wiem. Myślę, że gdybym pospał jeszcze trochę to miałbym szansę na jakąś nagrodę. W dzidzinie. Rzeczowej. Nie wiem. Chyba jednak nie do końca się wyspałem. Odkreślam właśnie szóstą kreskę na ścianie więziennej celi. Szósta noc pod rząd w pracy i już zaczynam świrować. Starzeje się. To znaczy, że Ty też. Że kiedyś się spotkamy i będziemy sobie zmarszki wyliczać. Lubię zmarszczki, więc możesz do końca życia liczyć na mój uśmiech. I'm just saying. Albo selling. Myself.

poniedziałek, 27 października 2014

Killmetvkillmereality.

Doświadczyłem wczoraj niesamowitej retrospekcji z mojego ćwierćwiecznego żywota. Przeleciałem jakieś siedemset kanałów telewizyjnych. Przypomniałem sobie jak to jest robić coś, co kiedyś było dla mnie jak dzisiejszy odpowiednik przewijania facebookowej ściany. Tylko trochę lepsze. Przynajmniej się nie oklamywalem. Świat też mniej mnie chyba oklamywal. Wyborem szczęśliwych momentów z życia innych ludzi i masą wiedzy bezużytecznej, która w większości wypadków bywa wyssana z palca. Sprałem sobie mózg przy polskim, zrobionym dla jaj, serialu Bartka Kędzierskiego- La Maviuta- udającym latynoską telenowelę- polecam. Uroniłem łzę w trakcie dokumentu o Eboli, a wcześniej- stojąc w oknie z mentalna fajka w ustach. Leżałem na sofie, wpieprzalem popcorn i głaskałem koty. Przesiedzialem kilka godzin, jak ta cma barowa, tym razem z herbatą, podpierajac o łokieć ciężką głowę zawieszona nad drewnianym blatem jednego z gdańskich lokali. Wróciłem do domu obzerajac się hot dogami ze stacji benzynowej, którą mam zawsze po drodze. Obejrzałem stary odcinek mojego ulubionego serialu i katujac jedną piosenkę z tej serii- na koniec tego pięknego dnia, przesiedzialem kilka minut w oknie paląc ostatniego dziś papierosa. Gapiac się przy tym w głuchą przestrzeń niebosklonu rozposcierajacego się między koronami drzew i blokami z na przeciwka, a dachem kamienicy, w której mieszkam. To był spokojny i miły dzień. Dużo myślałem o tym jak teraz wyglądają moje dni. O tym, że troszkę chyba uciekam w alkoholizm blokując procesy myślowe. Lubię pić. Napierdolic się i następnego dnia obudzić się z efektem uczucia zerwanego filmu. Nie lubię wymiotowac. Ale to chyba dobry objaw. Przekonałem się, że nie jestem sam na tym świecie, że są jeszcze ludzie, których interesuję i którymi sam potrafię się zainteresować. Dzisiaj pakuję toboły do wyprowadzki i zastanawiam się czy nowe miejsce cokolwiek we mnie zmieni. Zazwyczaj chyba tak powinno to działać. Przynajmniej jeśli chodzi o jakieś wewnętrzne poczucia. A nóż zacznę w końcu częściej Wam tu płodzic czasozabijacze do czytania. Już czuję, że zacząłem troszkę lepiej się dogadywać ze swoim pustym od pewnego czasu łbem. Wish me luck!

poniedziałek, 22 września 2014

Shaveyourbrain.

Ogoliłem sobie jaja a świadomość tego, że faktycznie jest tak, że przepadam za młodymi i pięknymi chłopcami ciągnie mnie do podejrzeń, że skończę jak Hank Moody w Californication, z jedną ręką w gaciach szesnastolatka i drugą, w sądzie- ze sprawą o gwałt na nieletnich- oczywiście nie świadomy. Na pewno jest trochę takich, którzy polują. Ale co ja mogę poradzić, że się boję dużych, owłosionych panów po trzydziestce. A inni mnie nie chcą. W każdym razie, każdemu nie doświadczonemu polecam golenie a potem starania puszczenia tego w niepamięć. I jakoś nie chce mi się wierzyć, że potem jest lepiej, że się skóra przyzwyczaja. Moje włosy mają twardość kwarcu i wiem jak to wygląda na twarzy. Nie, nie i nie. Jeszcze raz. Aczkolwiek nie powiem. Przez chwilkę nawet się sobie podobałem. Tak. Ogoliłem się, zdałem sobie sprawę z wielu istotnych rzeczy w moim życiu. Nie wyciągnąłem wniosków. Upiłem się kolejnych kilkanaście razy. Kilka razy urwał mi się film, kilka razy skończyło sie na rzyganiu pod blokiem, a pozostałe kilka zapijałem smutki w towarzystwie innych smutnych. Stworzyłem kilka przyzwoitych ścieżek dla MONO i dla siebie. Potem się troszkę przyczyniłem do rozpadu projektu. Nie zrobiłem nic więcej. Zacząłem lepiej sprzątać w pracy. I więcej oszukiwać samego siebie. Ale tak jest 'fajnie'. Oglądam Przyjaciół i filmy akcji drugiej kategorii. Słucham techno. Jem bez glutenu. Czasem. Oraz namiętnie strzelam selfie na insta i tonę w radości, że w końcu udało mi się coś napisać. Pomimo, że to w większości żale. Do zobaczyska!

I bym zapomniał- #niedlaciechana

piątek, 7 lutego 2014

Wetbreastcrashtest.

Sezon, ciągłej, wzajemnej masturbacji oralnej, nadrabiania rocznych zaległości filmowych, leżenia i grzania dupy w domu pod kocem wciąż jakby trwa. Doskonale świadczy o tym utrzymujący się śnieg- łamane na, lód- na ulicach. Zwierzyna wychodzi na polowanie tylko nocą, że to niby w ciemności na białym gorzej się w oczy rzuca. Liczydła sępów z energii i wodociągów ścigają się na klatce spółdzielni mieszkaniowej o pobijanie rekordów, co z kolei odbija się na naszych i tak już nadszczerbionych kontach bankowych przez zakupy rozgrzewających atmosferę specyfików- gdzie oczywiście mam świeczki na myśli. Oraz ciepłe i cieplejsze koce między innymi. Tymczasem mi, z nocnym trybem życia, w dodatku na gdańskiej starówce, cisną się na synapsy wielkie rozkminy, co za tym idzie- kilka konkluzji z wczorajszej nocy w pracy. Papier do dupy jest dobrym zagłówkiem, Pan Filip gra głośno, a homoseksualiści szybko się upijają i wygadują niestosowne rzeczy. Ale to pewnie nie wszystko. I nie wszyscy. Mróz spowalnia lub wręcz uwstecznia pracę moich szarych komórek, więc na większe powiązania, płynne przejścia między wątkami tu poruszanymi nie macie co liczyć. Kontynuując, chciałbym poruszyć kolejnych kilka mało istotnych aspektów egzystencji w korycie brodzika niedorozwojów ewolucji. Ostatnio jest tak zimno, że jak robię to co wiadome, opuszczam spodnie tylko do połowy ud. Na szczęście takiej skrajności doznałem jak na razie tylko w pracy jak nam klimatyzacja się wzięła i się zepsuła. Najgorsze mrozy podobno już minęły, co uważam, że dzielnie przetrwałem, więc jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej- jak to mawia Pan Grzegorz. Zima sprowokowała mnie do ryzykowania życia ukracając sobie podróż, na przełaj drogi szerokości pasa startowego dla modelu Airbus 380, przemierzając niejednokrotnie zaspy jak na Uralu. Kojarzycie film Coyote Ugly, co w oczywisty sposób tłumaczy się na polskie jako Wygrane marzenia? Epickie imprezy z tańcem na barze, tłuczeniem szkła i ogólną rozpierduchą na sali? Tak mi mniej więcej mija każdy weekend, czy to w pracy czy poza nią, ale w tym samym miejscu. Tyle tylko, że za barem nie robimy sobie zbyt często zawodów miss mokrego podkoszulka. Częściej na zapleczu. Ale pisząc więcej, musiałbym Was wytropić i zabić. Taka sytuacja. Dni uciekają jak woda między palcami, noce się dłużą, a ja już mylę beton suchy z jeziorem okalającym moje auto ze stron wszelakich. Na szczęście po ciemku. Także zwierzyno, bierz przykład z natury i chowaj się gdzie? W kałużach.

środa, 8 stycznia 2014

DIY.

Otworzyłem oczy. Przypomniałem sobie o Czajkowskim, oraz o tym, że wczoraj wracając samochodem do domu nie zmieniłem przez całą drogę, o ani jedną w przód czy w tył, stacji radiowej. Czemu? Bo leciało chiliZET. I chyba zaczynam rozumieć Stiga z TopGear. Muzyka klasyczna jest jedyną słuszną i pasującą zawsze nie zważając na okoliczności. Podniosłem się, wziąłem prysznic, pojechałem na kawę. Chodząc po dość szarym w tych dniach Gdańsku stwierdziłem, że nigdy nie zwracałem chyba uwagi na detale. Może tylko te najbardziej rzucające się w oczy jak dziewczyny z klubu GoGo, czy zaczepiający żule. Tyle wygrać. Tyle mieć pod ręką piękna. Na prawdę, nie wiem czy, którekolwiek z Was ma podobne odczucia, ale przechodząc na ten przykład nad Motławą, i obserwując dokładnie fasady budynków restauracji i saloników z bursztynem można zabłądzić wzrokiem na tyle, żeby ocknąć się przy Hiltonie- idąc od Długiej. W międzyczasie przegapić i dużo się spóźnić na odwiedziny Józefa K. w nowej lokalizacji. Polecam. Ej. Na prawdę. Polecam. Zarówno Józka jak i Fliska (Cafe Flisak 76). Wracając do płodności Uakari i ich czerwonych ryjców. Znowu zrobiłem przemeblowanie w pokoju. Ewolucja mojego umysłu nie zna granic. Przemeblowanie - ze słownika języka polskiego - to, uwaga- "zmiana ustawienia mebli", nie rozkręcanie ich i chowanie pod łóżkiem bo psują odczucia estetyczne mojego zboczonego mózgu. Niedługo moje przemeblowanie sięgnie przestawiania ścian. Chociaż to już remont. Także przearanżowałem moją wrzeszczową przestrzeń, zacząłem trochę więcej pisać, jeszcze nie zacząłem grać i utrudniać życia sąsiadom ale do tego też dążę i nie jestem już czynnym pedałem w związku. Tyle u mnie. Napisze przy kolejnym kacu. À propos! Usłyszałem przy barze ostatnio bardzo mądre zdanie. Czekaj, czekaj, jak to szło. Coś o piciu i pisaniu.

czwartek, 17 października 2013

Knockknockwhosthere.

Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo mi tu Ciebie brakuje. Skłamałbym pisząc, że jest wszystko w porządku. Skłamałbym też gdybyś o to zapytał. Wiedząc jak bardzo Ci zależy na tym, żeby zaspokoić swoje potrzeby, wiedzy o tym, że jest dobrze. A może piszę o sobie. Nigdy nie wiesz. Zadaje sobie pytanie, czemu nigdy nie myślę o takich rzeczach poza domem. Może myślę. Ale czemu nie tak gruntownie. Chodzi o rozproszenie? Zamiast spędzać czas na jakimś wzgórzu za miastem, siedząc na trawie, popijając jakiś dobry trunek, siedzę na dupie, mając pod nią twarde krzesło i wpierdzielam suszone śliwki wykopane z czeluści szuflady z tak zwanymi pierdołami- typu ryż, makaron, mąka. Została tylko resztka tego ostatniego. Zadaje sobie też pytanie, czemu nigdy nie myślę o pozytywnych rzeczach i nie podsumowuję sobie ich w tej zgorzkniałej niedorzecznymi i absurdalnie irracjonalnymi wyobrażeniami, lub bardziej marzeniami jak to świat nie powinien funkcjonować i wyglądać, głowie. Wspominałem już o rybce? Albo psie? Jest pies. Rybka zdechła. Coś za coś, bo tak to chyba działa. Nie to, żebym chodził o szukał. Sam się przypałętał. Nazwałem go Trefl jak zawsze chciałem, chociaż i tak zazwyczaj moje bardziej lub mniej artykułowane "Eeeeee" działa i przychodzi jak na zawołanie po imieniu. Może to dlatego, że tu nigdy nikogo innego nie ma, chociaż sam do siebie przecież też gadam. Może po prostu jest wścibski. Albo ciekawy. Często mi się tu wydaje, że słyszę pukanie do drzwi, albo przekręcanie kluczykiem w zamku. Mam tu kilka starych rur przy suficie, a ściany nie są najgrubsze więc może to to. Podbiegłbym do drzwi, otworzyłbym je energicznie po czym zacząłbym wołać, tak jak w momencie kiedy byś wyszedł nagle bez słowa. Ale chyba już się przyzwyczaiłem. Tak jak do tłuczonych talerzy. Czasem mam jakiś taki dziwny niedowład lewej dłoni, biorący się totalnie z dupy, lub znikąd. Z "Nudów, takich wysp" - jak to kiedyś mój kumpel trafnie stwierdził. Co by było gdyby rzeczy martwe lub bardziej zależne od Nas niż od woli własnej miały takową i nudziłyby się czasem ciągle wykonywanymi tymi samymi czynnościami. Nogi odmawiałyby posłuszeństwa, woda przestawała by lecieć w połowie namydlania się, a samoloty spadałyby z nieba. Cóż. Mogłoby to być całkiem zabawne.

czwartek, 10 października 2013

Anotherdayinparadise.

Nigdy się tak nie wyspałem jak dziś - pomyślałem, i zasnąłem na nowo zakupionej pościeli. Po kilku miesiącach w końcu zebrałem się do tego, żeby wybrać się do sklepu z artykułami sypialnymi. Niby to tylko kilka ulic dalej a tak ciężko było się zebrać. Kac. Kolejnego poranka obudziłem się jak zwykle, z lekko zmierzwionym umysłem przez alkoholizację wieczora poprzedzającego dzień, na który mam zaplanowane miliardy rzeczy. Jak zwykle, nie w porę. Chciałbym w końcu się obudzić, jak we snach, które mnie nawiedzają. Spokojny o przyszłość, przy kimś kogo oddech daje powietrze na cały dzień. Tymczasem gniję w tym cudownym aczkolwiek pogłębiającym moją samotność mieszkaniu, któregoś tam piętra któregoś budynku na którejś z ulic miasta snów. Dziś przynajmniej pogoda zapowiada się obiecująco. Boleśnie obudziły mnie promienie słońca wpadające przez sczerniały od dymu szare z natury zasłony. Kawa, papieros. Półtorej godziny rozmyślania i wypatrywania nie wiadomo czego w oknie, kolejny papieros, kawa, i papieros przed wyruszeniem w pogoni za amerykańskim snem podbijając galerie miasta sukcesu. Niech to szlag. Muszę zacząć później wstawać, przynajmniej na spotkaniach o prace nie będę może tak walić knurem. Galerie to tylko marzenia. Tak na prawdę snuję się od pośrednictwa do pośrednictwa starając się znaleźć sobie jakąś wygodniejszą od stania na ulicy w przebraniu jakiegoś głupiego pluszaka i namawiania ludzi, nawet nie wiem na co posadę. Za biurkiem chociaż. Nie mówię, że chce od razu wystawiać swoje prace w największych galeriach kolekcjonujących prace pokazujące największe osiągnięcia, największych artystów. Chciałbym przestać moknąć i móc pokazać komukolwiek twarz. Czy to wiele. Pewnie wiele. Szczególnie z taką facjatą. Powinienem iść do fryzjera. Mój, u którego zwykle bywałem, swoją drogą jeden z najcenniejszych ludzi z tych, których kiedykolwiek miałem okazję poznać, strzygący mnie nielegalną w owych czasach brzytwą, pewnie już dawno temu zapomniał moja twarz. Nic dziwnego. Wygląda jakby starsza o jakieś dwadzieścia. Dziwne, że trzeźwiejący młodociani poznają mnie o poranku wymykając się z mieszkania. Wymykając się. To chyba mówi samo za siebie. Może nie poznają. Może dlatego uciekają zamiast zostać na śniadanie. Gdybym chociaż miał cokolwiek na śniadanie w lodówce poza energetykiem i słoikiem suszonych pomidorów w zalewie.

sobota, 13 kwietnia 2013

Thepainting.

Nowy Jork. Godzina dwudziesta z minutami. Ósme piętro zarzyganej kamienicy przy Melsrow Street 487 . Dochodzę do wniosku, że chyba tylko te smutne zdarzenia dają mi wenę twórczą, która wylewa się przez ruchy moimi rękoma trzymającymi pędzel i deskę z rozlanymi i wymieszanymi farbami. Całe płótno pokryte różnymi odcieniami szarości przekładającymi się warstwami jak wzburzone deszczowe chmury nad szczytami wielkich pomników współczesnej cywilizacji. W lewym dolnym rogu brudna, rozmazana żółta mgła pokazująca chyba miejsce, do którego po latach walki o swoje dotarłem i nie wiem gdzie ruszyć dalej. Jeżeli za sto lat dzieciaki w szkołach plastycznych będą się zastanawiać "co autor miał na myśli" to przyrzekam, że jeśli się tylko o tym dowiem, będąc w urnie zmaterializuję siłą woli z prochów gnat i strzelę sobie nim w wyimaginowany łeb. Choćbym nie wiem ile się zastanawiał, tyle miałbym swoich własnych interpretacji obrazów, które namalowałem. Czy gdzieś dzięki temu doszedłem? Tak. Do kolejnego rozdroża. Siedzę w wymarzonym stylistycznie mieszkaniu z zimnymi betonowymi ścianami i wsłuchuję się w syreny radiowozów i szum tysiąca innych aut za oknem, wpatrując się w gęstą zawiesinę dymu papierosowego przesłaniającego widok na okno i na to co za nim. Powietrze jest gęste. Na zewnątrz pada deszcz. Mimo to jest ciepło. W mieszkaniu jeszcze cieplej. Duszno. Aż dziwne, że w takim powietrzu moje synapsy przekazują sobie jakiekolwiek impulsy produkujące myśli w mózgu.
Godzina dwudziesta trzecia. Dalej wpatrzony w szary obraz wypalam kolejnego papierosa popijając ohydną i mdłą coca-colą kupioną dziesięć metrów od wejścia do tego bloku. Swoją drogą to chyba najokrutniejszy sklep w jakim miałem w życiu okazję cokolwiek kupować. A mimo to jakoś uzależniłem się od niego. To chyba kwestia bliskości. Wydaje mi się, że mamy coś takiego, że uzależniamy się od bliskości.
Godzina trzecia nad ranem. Dźwięki na zewnątrz jakby ciągle identyczne. Czy na prawdę aż tyle ludzi cierpi, choruje, umiera , popełnia zbrodnie i podpala meble we własnym mieszkaniu, żeby non-stop było można słyszeć syreny? Musiałem wyjść. Do sklepu po kolejną paczkę papierosów. Nie żebym spalił całą przez siedem godzin. Była w połowie pełna. Albo pusta. Zależy kim jesteś Ty. Obraz powinien wisieć na ścianie. Tam gdzie jego miejsce. Dopiero tam powinienem na niego patrzeć. Pytanie, czy jest w tym mieszkaniu miejsce na deszczowe chmury. Jakby za oknem ich było mało. Nigdy wcześniej nie wyobrażałem sobie, że w Nowym Yorku pada deszcz. Wszystko. Ale nie deszcz. Nie wiem czemu.