środa, 22 grudnia 2010

Cherry Christmass.




Tydzień poprzedzający święta to chyba najgorszy tydzień mojego życia. Nie to, żebym nie lubił tłumów ludzi- to wspaniałe- móc poskakać wśród tysięcy ludzi z pozytywnym nastawieniem, ale na festiwalu, na koncercie- nie w sklepie, z ludźmi, którzy jak czasem odnoszę wrażenie, zamieniają się na ten cudowny czas świąt Bożego Narodzenia w dzikie bestie, kierujące się jedynie instynktem zabójcy i drapieżnika. Jakby tego było mało, święta to idealna pora na spełnienie swoich niespełnionych preferencji aktorskich graniczących z chorymi ambicjami na tym punkcie. Niektórzy sprawiają wrażenie jakby całe życie, co roku w kresie świąt, mścili się za to, że nie mogli nigdy zająć się zawodowym aktorstwem. Osiąga to taki poziom, że jak tylko ktoś próbuje im zniszczyć tę wizję- natychmiast reagują w taki sposób, że ma się wrażenie spędzania czasu na wycieczce po szpitalu psychiatrycznym. Plan- cudowne, rodzinne święta. Wytyczne- po trupach do celu.

Dwudziestego czwartego grudnia w godzinach wieczornych, chwytam już zakupione i gotowe do spożycia wino pod pachę i idę w piękne okoliczności przyrody się kulturalnie napić z gwinta- i tak oto przeistoczę najgorszy okres w roku na chwilę, dla której warto żyć.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Dobry pomysł z tym winem!

Mnie chyba dziś jeszcze czeka spotkanie z tym tłumem, ale tak bardzo mam to gdzieś... Chciałbym gdzieś uciec na święta.

Prześlij komentarz