sobota, 11 grudnia 2010

Some people and a bed.





Wciągające intro, ciekawa jedna piosenka gdzieś w połowie i jedna z ostatnich, może ze dwie piosenki, które mogłyby zrobić zamieszanie na większej scenie z większą publicznością, gdyby coś w nich jeszcze dopracować. Natomiast te pierwsze wyżej wymienione trzy elementy były z ogromną dawką potencjału co uratowało chyba całość w moim mniemaniu. O czym mowa? Wczorajszy koncert The Calls w Gdańskim Flisaku. Spodziewałem się więcej po tak ambitnym składzie- potem był after- dj'ka. Nie było mi dane zostać. Przesiedziałem koncert jak jakiś krytyk muzyczny, posłuchałem, powiedziałem co wiedziałem i zwinąłem się do Bufetu, jako, że wcześniej spotkałem starego bardzo dobrego znajomego we Flisaku, ale on szybciej wyszedł i dał znać, że tam siedzi. Bufet jest wspaniałym miejscem pod wieloma względami, ale wczoraj to było już przegięcie.
Tak więc. Flisak, Bufet, Absynt, mieszkanie znajomego znajomego. Piwo, wódka, rum, fajki, blanty, feta. Ludzie, ludzie, dużo ludzi, dużo tańca, dużo znajomych i nieznajomych, z którymi się zaznajamiałem. W trakcie nocy doszedłem do wniosku, że czuję się jakbym odgrywał kadry z filmu Unmade Beds. Było świetnie i dzięki Adi, że mnie namówiłeś. Dziś- umieram- tak do wieczora, bo później już nie. Później klub Hollywood z treścią niby to odpowiadającą wielkiej rozróbie mojej uczelni- we will see.

2 komentarze:

A. pisze...

chyba Ty mi polecales ten film...

Piotr Rabit Fiuk pisze...

mhm, dokładnie

Prześlij komentarz