czwartek, 9 lutego 2012

Imeenlove.


Zasnąłem w fotelu. Obudziłem się, zobaczyłem pusty pokój, usłyszałem chrapanie psa. Zdałem sobie sprawę z tej pauzy. Życie stanęło. Za oknem cicha noc. Zdałem sobie sprawę, że jestem częścią tego zabieganego świata, i tego co mnie otacza. Zdałem sobie sprawę z tego, że mimo tego wszystkiego czym żyjemy na co dzień musimy pamiętać i zdawać sobie sprawę z tego, że są małe z pozoru rzeczy, ale piękne, które napędzają to życie. I że każdego z nas w końcu czeka chwila, w której czujemy spełnienie. Każdy z nas ma swoje pasje, większe lub mniejsze. Ich wzloty i upadki. Znalazłem odzwierciedlenie swojego życia szmat czasu temu. Mam swoją ukochaną dziewczynę, dla której wiem, że gdybym tylko był w stanie poświęciłbym wszystko. Tak, tak, wiem, wzięło mnie na rozkminy nocne, ale to prawda. Święta prawda. Siedzę w środku nocy tak na prawdę, i piszę to co wy kiedyś przeczytacie. Dla niektórych taka godzina to środek dnia w pracy, w natłoku obowiązków. Dla mnie, tak na prawdę nie najlepsza środa kończy się dopiero teraz. Szybki poranek, utrata dokumentów od auta, zapierdziel w pracy, świadomość nagromadzenia wydatków, z czystej głupoty i zaniedbania. Powrót do domu, nie spełniony wieczór, który tak na prawdę miałem spędzić z rodziną- gdzie mam a myśli Madzię, moją kuzynkę, jej chłopaka i psa, przy filmach, odrobinie alkoholu i kilku filmach. Środa, udana z myślą o tym, że jest coś, dla czego żyję i dla czego warto się budzić kolejnego poranka. Chciałbym napisać coś więcej, coś co byście czytali dłużej i wyciągnęli z tego jeszcze więcej, ale chyba tyle starczy, żeby odzwierciedlić to co we mnie dzisiejszej nocy siedzi. I kumuluje się od jakiegoś czasu. Mam nadzieję, że trafi to do was prędzej czy później i pojawi się w pewnej chwili na waszej twarzy szczery uśmiech, dla którego żyję. Nie tylko ja. Dobranoc! I do kolejnego wpisu. Greets! A teraz, niech ja znajdę obrazek odpowiedni to tego. Eh ;)

wtorek, 24 stycznia 2012

sspeedaway.


Myślę, że nastały niesamowicie szybkie czasy. Osobiście mam tak, że wolę napisać notkę na laptopie niż na telefonie albo na kartce papieru przeciągając ten moment na za dzień lub za parę godzin, tłumacząc to sobie oszczędnością czasu. I nawet jeśli moment, w którym pomysł na pisanie wpadnie mi do głowy, jest wtedy kiedy jadę pociągiem albo siedzę na kiblu, odruchowo myślę- nie, teraz nie, na laptopie, później, będzie szybciej. Wszyscy się teraz wkurwiają na opóźnienia, na spóźniającego się kumpla czy chłopaka, na spóźniający się pociąg czy autobus, spóźniający się przelew z wypłatą co z drugiej strony przelewa się na spóźnionego płatnika względem zaciągniętego długu. Opóźniające się terminy oddania mieszkać do użytku, coraz dalej opóźniające się finalizacje inwestycji w infrastrukturę komunikacyjną, spóźniający się śnieg, czy to drugie, fala ciepłego letniego powietrza. Ostatnio doszedłem do wniosku, że jak już sobie na to zapracuję, to będę niezwykle tego świadomym, ale bardzo szybko żyjącym człowiekiem. Połączenie życia koncertującego muzyka z projektowaniem ogrodów i ostatnie a najważniejsze z utrzymaniem zdrowych relacji rodzinnych i interpersonalnych graniczyłoby z cudem dwadzieścia lat temu, ale myślę, że teraz za kwestią ewolucji połączenia oczy-uszy-mózg to nie będzie problemem. Grunt to świadomość. Mam nadzieję. A jeśli nie to niech ktoś mnie w pewnym momencie porządnie- przez ostatnie kilka lat chyba już każdego o to prosiłem- kopnie w dupę, żebym wrócił do rzeczywistości- zakładając oczywiście, że z niej wypadnę, bo jeśli nie to wara od mojego tyłeczka. W ryj dać możecie dać, ale nie w tyłek. Ziszczeniem moich marzeń byłoby się wyspać, a z obolałbym zadem ciężko się zasypia. To kolejna kwestia, zaliczana do opóźnień. Chyba nie znam już osoby, która by się normalnie kładła spać i na co dzień by się wysypiała. Jedyną rzeczą, która się teraz spóźnia i jest to naturalne, chociaż nadgorliwi i tak się denerwują, jest okres naszych kobiet. W tych czasach regularna miesiączka to mit, perpetuum mobile i zaginiona Atlantyda- w jednym.

wtorek, 3 stycznia 2012

Headsup.


Nie wiem czy jest to zależne od mojego łóżka, które mam w domu czy nie, ale wydaje mi się, że tu w Poznaniu gdzie obecnie przebywam, wystarczają mi trzy godziny snu. Codziennie budzę się chwilę po godzinie czwartej rano, potem dosypiam do godziny szóstej, żeby mi czas zleciał, witam się z ciocią i kuzynem wychodzącymi do pracy, potem jeszcze dogorywam co by za długo się nie nudzić, i jestem pełen sił i energii wstając. Faktem jest, że moje przebudzenia mogą mieć wiele wspólnego z większą intensywnością syren policyjnych i karetek, które tu słychać przez całą noc, albo z dziećmi mieszkającymi- jak się spodziewam- piętro nad nami, które to od godziny szóstej zaczynają wyrównywać posadzkę, biegając i tupiąc co sił w piętach, ale to tylko podejrzenia. Mamy nowy rok, jak pewnie większość też mam kilka poważnych postanowień noworocznych. Chciałbym napisać o dwóch, które potwierdziło obejrzenie wypowiedzi Will'a Smith'a dzisiaj na kanale youtube. Na pewno zacznę biegać, i czytać książki- co planowałem już pod koniec minionego roku. Polecam każdemu. Nawet największemu leniowi wszechświata. Dzisiaj pękło niebo. Mamy śliczną pogodę z racji świecącego w pełni słońca i prawie bezchmurnego nieba. Co jeszcze bardziej mnie nastawia do trzymania się postanowień. Z racji wszystkiego co się ostatnimi dniami działo- chciałbym Wam wszystkim życzyć wytrwałości, uśmiechu i beztroskiego szaleństwa w granicach rozsądku. To chyba najlepsze co mogę życzyć tak w kierunku ogółu społeczeństwa. Głowa do góry i do przodu! Nota może nie najlepsza, ale w pełni szczera. Pozdrawiam, i do następnego ;)

wtorek, 20 grudnia 2011

Roadrage.


Dacie wiarę? Znalazłem sposób na uliczny gniew. Wyobraźcie sobie. Stoicie w korku, zajmujecie wygodną pozycję w swoim aucie, stoją oczywiście na lewym, tym szybszym, lepszym, mniej dziurawym pasie, nagle po waszej prawicy pojawia się identyczny samochód z identycznym gościem za kierownicą. Robi te same miny, warczy silnikiem w tym samym momencie co wy, i nie tworzy niebezpieczeństwa pod postacią zobaczenia środkowego palca mówiącego grzeczne pieprz się palancie. Nie robi głupich min, nie udaje kozaka, w jego oczach widać ten sam płomień rywalizacji z w waszych. Nie ustępuje wam na krok. Podjeżdżacie metr, on z wami. Po jakimś czasie oboje zajmujecie już bardziej sportową pozycję za kierownicą, każdy z was zamienia się w Stiga. Fotel ustawiony trochę bardziej pod skosem, wyżej, kierownica ląduje bliżej, wyostrzają się wszystkie zmysły. Podjeżdżacie do semaforów, pod samą linię, jak na torze Ferrari. Czekacie na zielone, teraz będzie okazja zmierzenia się. Nadeszła chwila prawdy. Czerwone światło gaśnie w waszych oczach z każdym mignięciem zielonego symbolu ruchu pieszego. Zielone piesze gaśnie, ryk silnika robi się coraz głośniejszy, wrzucasz pierwszy bieg, zapala się pomarańczowe, adrenalina rośnie, zielone! Start! Idzie łeb w łeb przez pierwsze dwa metry... Po czym samochód rywala znika i pojawia się kabina rozweselonych kierowców samochodu dostawczego rozwożącego lustra w pozycji pionowej na przyczepie ciągnącej się za kabiną... Nie było by ciekawiej? :D

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Fishmarket.


Dzień jak co dzień, wstałem za późno, cały obolały, spóźniony na pierwszy mało ciekawy wykład z socjologii. Mam straszliwie nie wygodne łóżko, którego jak najszybciej muszę się pozbyć. Całe niedospanie, spóźnienia i tym podobne zwalam na łóżko jakby co. Standardowo przez spóźnienie zdążyłem wypić świętą rodzinną kawę o świętej godzinie jedenastej przegryzając pewnie święcone za sprawą mojej babci z rana w kościele drożdżówki. Potem sprint na autobus. Cóż za miła niespodzianka zobaczyć po latach znajomą twarz płci żeńskiej. I teraz kwestia standardowa- co słychać? Macie jakieś ciekawsze zwroty na przywitanie znajomej sprzed lat, o której de facto nie wiele w ogóle wiecie? Problem polega na tym, że w Polsce w większości wypadków po zadaniu pytania co słychać pada odpowiedź, a nic w sumie, albo po staremu, albo wszystko w porządku. I co dalej. Jak tam, gdzie jedziesz? (;P) Wiadomo, poniedziałek, godzina przed południowa, praca albo uczelnia. Jak praca to się jeszcze rozmowa jakoś dalej kula. Gorzej z uczelnią. Bo co, o oceny mam pytać? Sam ambicjami nie grzeszę i szczerze przyznając nie mam wielkiego pola do popisu w tej kwestii chyba, że zacząłbym wymieniać dziesiątki wygranych bardziej lub mniej pomyślnie walk i pojedynczych bitew z wykładowcami. Nigdy nie zapomnę jak kiedyś jak jeszcze studiowałem ten sam kierunek tyle, że na studiach zaocznych walczyłem o zaliczenie i wpis w McDonaldzie na dworcu w Gdańsku Głównym, przy kawie i gazecie z Panią doktor specjalizującą się w naukach ekologicznych i przyrodniczych. O dziwo nie musiałem wchodzić pod stół ani nic takiego. Może jednak nie jestem tak przystojny jak to sobie na kacu przed lustrem wmawiam na podstawie wiary w autosugestię (;]). Wracając do autobusu. Rozmowa skończyła się po obgadaniu pracy i uczelni. Resztę drogi każde z Nas zajęło się odpisywaniem prezydentowi na sms'a albo analizowaniem planów urbanistycznych miasta spoglądając przez okno autobusu. Na koniec magiczne pa pa, powodzenia i do zobaczenia za dziesięć lat w tym samym miejscu i czasie, słuchawki na uszy i jadym dalej. Czasem się poważnie zastanawiam nad sensem zawracania dupy komuś znajomemu, podkreślam znajomemu, z którym w gruncie rzeczy nie wiele się miało do czynienia zamiast poświęcenia się kontemplacji wizji lokalnej i analizy zapachów kanibalistycznej kuchni świata, kończącej się zazwyczaj wnioskami rzędu- nie, nie, nikt tu jednak nie wiezie nic dobrego na świąteczny obiad, to ten za Tobą, pochodzi z miejscowości gdzie trzy lata temu odcięli wodę. Oczywiście. Aha, i z autopsji- siadajcie juz do kogoś siedzącego jak jest wolne miejsce. Nigdy nie wiadomo kto się obok dosiądzie. Dzisiaj miałem szczęście dać okazję korzystania z siedzenia obok mnie chińskiemu, europejskiego pochodzenia, sprzedawcy ośmiornic na targu rybnym. Takie było moje pierwsze wrażenie. Potem sprzedawca ryb zmienił się w rzeźnika, pracownika kwiaciarni- ale nie wiem, czy to nie za sprawą wysiadającej młodej kobiety nas mijającej, potem było już tylko coraz ciekawiej. Wracając niejako do świątecznego szaleństwa, a raczej do samych zakupów. Zauważyliście, że w tym roku męska część społeczeństwa jest strasznie dyskryminowana? Włóczyłem się po kilku galeriach handlowych i do takiego właśnie wniosku doszedłem. Dział męskiej odzieży zazwyczaj zamyka się na obszarze dziesięciu metrów kwadratowych w którymś ze ślepych zaułków sklepu a cała reszta- czytaj najczęściej półtora piętra to dział kobiecy. Chyba zacznę się ubierać w damskie ciuchy. Większy wybór, lepszy design i większa praktyczność. Nie rozumiem czemu projektanci mody bardziej rozczulają się nad kobietami, szczególnie w czasach kiedy mężczyźni bardzo często lubią się dobrze ubrać. Szczyt ignorancji i niesprawiedliwości. Tak na prawdę to nawet na allegro już nie ma takiego wyboru. Ostatnio próbowałem znaleźć ciepły gruby sweter. Zastrzelcie tych, którzy dodają aukcję z tytułem Japan Style. Kiedyś pod tym hasłem, nie daleko jak rok temu można było znaleźć coś oryginalniejszego od narzucanego na siebie worka po kartoflach, teraz jest wszystko, i wszystko jest takie samo. Teraz prosta para skarpetek potrafi mieć takowy dopisek. Niektóre rzeczy mają po 40 identycznych aukcji tego samego sprzedawcy. Na jaki grzyb ja pytam? Mówię wam, jak tylko się dokształcę to zrewolucjonizuje sprzedaż internetową. I nie tylko. O! Jakieś pomysły co można było jeszcze ulepszyć i zmienić? Knock, knock, any body out there?

niedziela, 18 grudnia 2011

Somegoodtitle.


Tak omijam okazje i omijam i końca a raczej początku kolejnej notki z cyklu jak to Rabit śmieje się światu w oczy nie widać. Zbliżają się święta. Takiej okazji już nie mogę przegapić, w szczególności, że jak co roku jest o czym pisać. Chociażby świąteczne szaleństwo w sklepach wszelkiej maści, galeriach handlowych i tym podobnych. Nawet u mechaników specjalizujących się w wulkanizacji, ale to chyba ma jednak związek bardziej z nieuniknionym acz rychłym ''zima zaskoczyła kierowców''. Żartuję, żal mi by tyłek ściskał jakbym miał o tym pisać. Z racji, że długi czas nie zwracałem za bardzo na siebie uwagi swoją twórczą spuścizną to może najpierw co u królika. Nic ciekawego, tak w sumie. To teraz do sedna. Wprowadzenie miliardów emotikonek do komunikatorów, poczty e-mail, czy nawet na forach internetowych okazuje się naturalną reakcją obronną naszego organizmu. Od zawsze komunikacja niewerbalna jest najważniejszym elementem kontaktów społecznych. W czasach nowoczesnych, kiedy to komunikacja przechodzi w wirtualność doskonałym pomysłem było wprowadzenie ikonek symbolizujących gesty mimiczne. Zawsze uważałem, ze wysyłanie tego typu symboli w każdym jednym sms'ie i mailu czy wiadomości na gadu-gadu czy innym komuni-katem-spokoju i ciszy to istne zło, ale okazuje się, że jest wręcz przeciwnie. Czuje się kompletnie zmieszany, bo często byłem nie ugięty pod tym względem, ale taka jest prawda, ponieważ, jak się dowiedziałem, ponad pięćdziesiąt procent skutecznej komunikacji między ludźmi stanowi właśnie mimika i mowa ciała. Reszta to intonacja, sytuacja, a same słowa stanowią zaledwie marne, ostatnie z tych stu, kilka procent. Macie jakieś odczucia co do emotikonek? Ktoś może zmienia podejście razem ze mną? ;)
Kolejną i zupełnie odrębną kwestią stanowi skrajność. Czyli wysyłanie czegoś w stylu ;):);*:D[lol][sex][zygi] - tu chciałbym złożyć pokłony mojej mamusi, która to, powinna dostać w tej dziedzinie tytuł mistrzowski. Wiadomo. Nadgorliwość bywa gorsza od faszyzmu. Pomimo to myślę, że byłoby tryliard razy mniej kłótni i niedomówień, gdyby każdy po każdym zdaniu w sms'ie czy innego rodzaju wiadomości dodawał emotikonę. Naprawdę tak uważam. Poza tym, nie piszę tego bezpodstawnie. Ile razy było tak, że dostałem porządnie w ryj za to, że coś nie „zabrzmiało” tak jak powinno w zdaniu napisanym zamiast wypowiedzianego. Wesołego bigosu przy- w miarę możliwości- rodzinnym stole.

niedziela, 2 października 2011

Jakjedzieszpalancie?!


Wpadło mi do głowy, że nigdy nie trafiłem na treściwy tekst przywołujący skojarzenia osób z samochodami, lub wręcz na odwrót, samochodów z ich właścicielami. Spędzając popołudnie na mieście, chodziłem i się przyglądałem. Ot co mi w oczodoły powpadało. Zaczynając od tych sławniejszych i bardziej oczywistych. Audi i Bayerische Motoren Werke- zarówno pierwsze jak i drugie raczej kojarzone jest z przypakowanymi, łysymi dresami, z tym, że w przypadku audi mam wrażenie, że nieco lepiej ubrani kosztem ujemnych zdolności intelektualnych a w BMW te przypakowane to wersja miniaturka tych większych uzyskana sposobami domowymi- wiadro z betonem, ciężki tapczan i noszenie worków z kartoflami.
Z Audi rzadko kiedy coś słychać zza opuszczonych szyb, jak już, to są to tak zwane manieczki. Z BMW podobnie, ale głośniej, z nutką bardziej popularnego techno. W modelach z szyberdachem częstą przypadłością jest komin lokomotywy, tak jakby chcieli dać wszystkim na około do zrozumienia, że w środku siedzi Snoop Dog z ekipą po odbiorze dostawy towaru.
Volkswagen- w tym wypadku w większości wypadków spotykam się z Golfami od pierwszej do czwartej generacji, często bardzo, ale to bardzo odpicowane wiejskimi sposobami podobnymi do tych, które stosowały osoby nazywane w latach dziewięćdziesiątych mianem ''panie majster'' w celach konserwacyjnych budynków i mieszkań. Zza szyb bardzo często tłusty bas polskiego hip hopu z wybrykami tego co w dwóch poprzednich przykładach. W środku na siedzeniu kierowcy raczej skromnie ubrane dresidła z klapkami na nogach i daszkami letnich czapek ustawionymi równolegle do osi pionowej ciała. Dym papierosowy ulatnia się zarówno przez dyskretnie- mniej lub bardziej lub w ogóle nie dyskretnie- uchylone szyby jak i z wystającej z tyłu rury wydechowej wraz z donośnym dźwiękiem wskazującym na stosowanie durszlaka zamiast tłumika.
Honda- auta dla mózgojebów- pomijając Ciebie Bartosz- wtajemniczeni zrozumieją. Zza szyb trance, psychodelic trance, alternatywny trance i acid-uplifting-goa-dupa [czyt. dwa ostatnie: goła dupa] trance. Szybcy i wściekli. I głośni. Zawsze. Jak nie za sprawą tłumika to za sprawą zestawu audio znajdującego się wewnątrz. Zakup lepszego audio i tak nie wiele daje, z racji troszeczkę gorzej spasowanych elementów... Hm. Wszystkich elementów- gorzej niż w bawarskich z pochodzenia samozwańczych władców świata motoryzacji wyżej wymienionych. W czego efekcie często nie jestem w stanie określić jakiej muzyki słuchają w środku. Jedno wiem na pewno. W rytm każdej z piosenek karoseria pulsuje w równym w miarę tempie.
Nissan Micra- młode damulki lubiące zawrotną prędkość, zawrotne manewry, zawrotną zawrotność nieprzewidywalności zachowań płci pięknej, oraz raczej młodzi, dobrze ubrani, często w garniturku, zadbani, ładnie uczesani kandydaci na wielkich biznesmenów.
Wszelakie małe tańsze od Micry- Fiaty i inne fiaty- zazwyczaj należą do studentów płci zarówno męskiej jak i damskiej, ale jak mam tylko okazję i szczęście odnotować to, że w środku siedzi to drugie to staram się trzymać z daleka. Sam gdybym kupował córce pierwsze auto- kupiłbym nie potrafiące za szybko jeździć auto, wywołujące wśród innych kierowców strach i obawy o własny lakier. Nie wiem jak was, ale małe usterki najbardziej mnie bolą jeśli chodzi o mojego pół-terenowego i ćwierć-wyścigowego Peugeota sto sześć. Przy czym- tym bardziej mi szkoda tak zwanej szkody całkowitej aut zestresowanych młodych padawanów w ruchu ulicznym. Z drugiej strony- tak czy inaczej trzymałbym się z daleka od tych małych szakali drogowych. Często widzę w nich za kierownicą starszych, przyślepawych i niedowidzących z umiejętnością szybkiej reakcji na poziomie dorównującym reakcji ślimaka- emerytów. Zauważyliście, że jak się podnosi ślimaka w górę to robi coś takiego co można by było przełożyć powolnie, a nawet bardzo powolnie wymówione sformułowanie:
"Czekaj, czy ja kurwa lubię poziomki..?"
A dopiero po dłużej chwili coś w stylu- ej, postaw mnie z powrotem na ziemię bo... Bo... Bo, bo pójdę do domu.
Kolejną tym razem- grupą samochodów jaka mi się rzuciła w światło reflektorów gdzieś po drodze jest banda aut służbowych. Sic! Istni szaleńcy. Mają w dupie Ciebie, siebie, swoje pojazdy i to czy droga jest prosta, kręta, dziurawa czy pod górkę, z górki i czy w ogóle nią powinni jechać czy nie. Auta są oszczędne, ale jednocześnie szybkie ale nie zawsze nadają się do sprytnych manewrów rzędu slalomu na podobieństwo najlepszych scen z Tokio Drift. Można? Można. Nawet, wielkim jak dupa słonia, dostawczakiem.
Ostatnia banda. oldschool'owe oldsmobile z oldtimer'owymi kierowcami. Samochody wyciągnięte z czasów walki ze smokami i szukania skarbów na bezludnych wyspach, niektóre doprowadzone do stanu- w miarę ok- niektóre nie- ale wszystkie jeżdżą. W środku albo zamiłowani w swoim pierwszym zakupie tryliard lat temu długowieczni dziadkowie, nie zamierzający umrzeć w naturalny sposób, albo studenci, którzy:
a- znaleźli i ukradli oldsmobila na skupie złomu,
b- wydali bezpodstawnie majątek za nie w stanie grata,
c- jak wyżej, ale z uzasadnieniem- bo doprowadzono go wcześniej do dobrego stanu albo jest dobrze zachowanym wykopaliskiem archeologicznym,
d- dostali w spadku po dziadku pradziadka,
e- stwierdzili nieświadomi zła ekonomicznego, które z czasem miałoby nadejść dla ich portfela, że oldschool'owe auto będzie w pytę,
f- są zwariowanymi wariatami z zamiłowaniami do klasyki archeomotoryzacji.
Jeszcze motocykliści i Ci na małych popierdółkach zwanych skuterami. Ci pierwsi to dobra i zgrana ekipa sprawiająca wrażenie cwaniaczków między samochodami- z całym do tego prawem. Dwa. Dwa! Nie cztery- koła. Trzykrotnie więcej mocy od standardowego auta przeciętnego Kowalskiego, trzykrotnie większe przyśpieszenie, i trzykrotnie większy lans w odniesieniu do oczu zarówno kobiet jak i mężczyzn. Co do tych drugich- krótki komentarz. Na przeciwko mojego podwórka na szycie słupka od ogrodzenia wisi kask jednego z nich- jak się domyślam, osrany przez ptactwo i podrapany przez koty. Bez odseparowanej od reszty ciała głowy w środku- sprawdziłem- ale wisi.
To chyba tyle. I bez urazy- szczęśliwi właściciele swoich dóbr kultury na czterech kółkach- tych mniej lub w ogóle nie wpasowanych w wyżej przytoczone schematy. Całuski.

piątek, 23 września 2011

Everyday normal guy.


Gdyby tak w jednym dniu zawrzeć cały ten okres od kiedy napisałem ostatnią notę zabrzmiałoby to mniej więcej w ten sposób. Zacząłbym dzień od spojrzenia w najpiękniejsze oczy jakie kiedykolwiek w życiu miałem okazję widzieć, potem na uśmiech, który powoduje, że każdy dzień rozpoczęty od takowego zyskuje kwalifikator wyjątkowo dobrego dnia. Potem spakowałbym się do pracy prasując sobie kolejną wyjętą świeżo z prania białą koszulę- nigdy nie miałem w zwyczaju często prać a tym bardziej prasować białych koszul. Co do prasowania- to nie tylko koszul. Raczej wolałem pozostawiać koszule w stanie nienaruszonym- zaraz po wyjęciu wymiętolonej, zwiniętej w kulkę, wcześniej wrzuconej w takiej postaci koszuli do szafy- ubierałem ją na siebie. Wracając do meritum. W trakcie prasowania pochłonąłbym pół tosta lub małą kanapkę popijając łykiem kawy z gęstą śmietanką w rogu ust trzymając odpaloną fajkę, którą wcześniej odpaliłbym z braku wolnych rąk prawą stopą albo o gazowy palnik kuchenki, odpalony łokciem. To coś na wzór sięgania po coś z drugiego końca łazienki w czasie grubszej sprawy na kibelku. Pełna konspiracja. Potem usiadłbym przy laptopie, włączył kilka energetycznych piosenek na tyle głośno, co by ktoś z domowników zwrócił uwagę na to, że już wstałem (przy okazji- miałem epizod grania na perkusji o dziesiątej rano, pewnego ranka, kilka dni temu- też zdało egzamin jeśli chodzi o przyciąganie uwagi). Następnie zszedłbym na dół do samochodu, wsiadłbym nie do końca wyspany wcześniej rzucając na tylnią kanapę plecak i skórę, której nie zdążyłem bardziej założyć niż tylko na jedną rękę. Po kilku próbach odpalenia tygrysa zwieńczonych sukcesem po rytualnym wyprzedzającym przekręcenie kluczyka wyłączeniem radia, nawiewu i świateł- czyli odcięciu wszelkich zasysaczy prądu z akumulatora- ruszyłbym w drogę do pracy. Skoczyłbym po drodze do sklepu po butelkę wody, jogurt i jakiegoś wypieka a 'la pączek, którego potem skonsumowałbym w czasie sprintu obwodnicą pobijając kolejne rekordy prędkości mojego samochodu. Wychodząc ze sklepu z gracją zjechałbym w dół schodów podjazdem dla inwalidów. Pierwszych kilka minut trasy od sklepu do pracy poświęciłbym ustawianiu częstotliwości odpowiadających radiach Trójce albo Czwórce. Potem w czasie drogi śmiałbym się sam do siebie słuchając audycji Wojciecha Manna wyobrażając sobie jego kocie i zgrabne ruchy w rytm od metalowych aż do rodem z epoki disko piosenek. Dojechałbym do pracy w czasie mieszczącym się między piętnastoma a dwudziestoma minutami. Dzień w pracy spędziłbym na skręcaniu mebli, przenoszeniu tapicerki i projektowaniu w międzyczasie kuchni dla mojej babci. Wracając do domu zgarnąłbym Madzię z jej pracy z ulgą, że znów mogę patrzeć na jej uśmiech i dawać jej swój własny uśmiech, żeby się uśmiechnęła. Dojechałbym do domu, wpadłbym do pokoju zdejmując jedynie kurtkę, odpaliłbym piecyk gitarowy, włączył muzykę i zacząłbym grać na gitarze nagrywając kolejne pomysły na ścieżki dla zespołu. Potem bym wyłączył wszystkie światła, i zapaliłbym fajkę przy oknie słuchając jakiejś melancholijnej muzyki odkrywając przed sobą to swoje bardziej wytłumione ja. Spod okna bardzo szybko wylądowałbym na placach na łóżku patrząc w ciemny sufit i myśląc o tym jak piękny potrafi być świat i jakim szczęściarzem jestem, że otaczają mnie tacy ludzie jakich mam przy sobie na co dzień. Z butelką Jack'a Daniels'a w jednej ręce, książką Wojciecha Manna w drugiej i papierosem w pysku powoli pozwalałbym rozluźniać się każdemu mięśniu po kolei. Pstryk. Gaszę papierosa i idę spać.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Trampolinos part I.


Czas na trip. Planowany przyjazd mojego kuzyna do trójmiasta okazał się poważnym logistycznym przedsięwzięciem. Rzecz imałaby się zupełnie inaczej gdyby nie fakt, że zdecydował przyjechać trabantem. Jako, że dobry ze mnie człowiek, zdecydowałem się jakoś go wspomóc. Plan wyjazdu. siódma czterdzieści trzy- autobus z Pruszcza do Gdańska. Ósma trzydzieści osiem- pociąg z Gdańska Głównego do Poznania. Dwudniowy pobyt na miejscu i powrót istnym wehikułem czasu w historii motoryzacji- albo modelarstwa. Zwieńczenie wyprawy w postaci dotarcia z punktu a, do punktu b, znajdujących się od siebie w odległości przekraczającej trzysta kilometrów. Już sam początek zapowiedział, że będzie ciekawie. Kupując bilet na autobus z kabiny kierowcy dobiegała skoczna melodia disco polo. Na tym nie koniec. Ów kierowca w połowie drogi zdecydował, że się z pasażerami podzieli tą wesołą muzyką i włączył głośniki wzdłuż całego autobusu. Mało tego. W refrenach postanowił podzielić się swoim niewątpliwie wielkim talentem wokalnym podśpiewując sobie do mikrofonu. W ciekawo. Szczęśliwy i rozbawiony dojechałem do Gdańska. Wyszedłem z autobusu, doszedłem do dworca, wcisnąłem się przez drzwi do budynku i stanąłem słupem. Co prawda mogłem, mimo zapewnień kuzyna, że będzie mało ludzi, przygotować się psychicznie na widok długich wężyków prowadzących do kas, ale jakoś tego nie brałem pod uwagę. Zanim zdecydowałem się rzucić w ten wir rozwścieczonych pasażerów pożądających biletu na swój własny, prywatny pociąg, zauważyłem pewną niejasność na tablicy z rozkładem. Siódma trzydzieści cztery- Gdynia, siódma pięćdziesiąt sześć- Kołobrzeg, ósma dwadzieścia trzy, ósma trzydzieści osiem, ósma trzydzieści osiem po raz drugi, ósma pięćdziesiąt sześć- gdzie do jasnej cholery jest mój Bachus? Przy żadnej godzinie nie mogłem się dopatrzyć znanego mi kierunku na Zieloną Górę- przez- Poznań, pociąg tanich linii kolejowych, odjeżdżający z peronu pierwszego. Podszedłem do informacji, dowiedziałem się, że nastąpiły zmiany, podszedłem do kolejki po bilet, i tu zaświeciła się mała jasna żaróweczka nad moją wielką łepetynom. Bogu dzięki, w Gdańsku Głównym są dwa miejsca gdzie można nabyć bilet. Na głównej hali, oraz (!)- o czym mało kto wie w klimatyzowanym pomieszczeniu na końcu dworca po lewej stronie, gdzie dwie, przemiłe panie przyjmują zainteresowanych na wygodnym krzesełku w miłej bezstresowej atmosferze- od godziny ósmej rano. Polecam. Byłem na dworcu o ósmej piętnaście, kupując bilet byłem ich pierwszym klientem. Mówimy o tej samej w chwili, w której przy kasach na hali były długie, na prawdę długie kolejki do kas. Zakupiłem bilet, udałem się do sklepu po butelkę wody żywiec, zapaliłem papierosa, wszedłem na peron- i znów to samo- zniechęcenie i zmęczenie podróżą na widok przeładowanego- jeśli można tak powiedzieć- peronu. Poszedłem na sam koniec- skąd miałem później możliwość wskoczyć do interesujących mnie wagonów. Spotkałem dobrego kumpla i po przyjeździe pociągu zająłem z nim wygodne miejsca w w miarę miłej atmosferze, w ostatnim przedziale ostatniego wagonu. Sześć osobnych foteli z podłokietnikami na przedział- wagony intercity. To będzie dobry weekend.

sobota, 25 czerwca 2011

Orange Warsaw Festival.


Orange Warsaw Festiwal. Sam festiwal zapowiadał się od samego początku bardzo ciekawie. Dzięki takim gwiazdom jak Moby, Jamiroquai czy The Streets już można było uznać spędzenie tych dwóch dni w tym miejscu za interesujące, widowiskowe i godne polecenia wydarzenie. Wyobraźcie sobie samo miejsce. Stadion, przestrzeń prawie zamknięta, jak koncert w gigantycznym namiocie- w namiotach zazwyczaj mają miejsce jedne z najbardziej klimatycznych koncertów- doskonałe oświetlenie podświetlające boki sklepienia na około płyty widowni, nagłośnienie- szczególnie bas- odbijające się od ścian, zrównujące murawę z ziemią. Kilka tygodni temu ogłoszono ostatniego z zagranicznych artystów- My Chemical Romance. Do tego czasu można było by myśleć- postawili na ambitnych w jakimś stopniu słuchaczy i dobry smak perfekcjonizmu i w jakimś sensie klasyki. Samo ogłoszenie tego artysty, niczym bas na próbach dźwięku na, których właśnie przebywam, zrównało moje wyobrażenie o tym event'cie z ziemią. Zespół, który spowoduje, że na murawie stadionu Legii w Warszawie pojawi się dodatkowe kilka tysięcy widowni w postaci rozwścieczonych, małych, długowłosych, szałowo wymalowanych istot płci głównie damskiej, przekrzykujących piskiem każdy wspaniały dźwięk dobiegający ze sceny. Miałem nadzieję na ograniczenia wiekowe- jak się dowiedziałem, zniesiono. Od piętnastego roku życia te istoty będą mogły bez dorosłego opiekuna odpowiadającego za ich postradanie umysłowe wejść na teren stadionu i- rozpierdalać całą zabawę nieco dojrzalszym słuchaczom. I nie chodzi mi wcale o to, że nie widzę siebie skaczącego pod samą sceną, o ile nie ograniczają tego barierki, na koncercie takiego zespołu jak My Chemical Romance, ale w takiej sytuacji staje się to po prostu nie racjonalnie głupim zamiarem. To tyle jeśli chodzi o komentarz względem samego wydarzenia i warstwy społeczeństwa, z którym przyszło mi obcować. Teraz do rzeczy. Dzień pierwszy. Vox- potężne tranzystorowe basowe brzmienie połączone ze zgrabnym rapem w wykonaniu niesamowicie zdolnej wokalistki. Trzy utwory, dodaje do listy ''słuchane''. Dalej- Piotr Lisiecki. Zdenerwowany, aczkolwiek zdolny chłopak z gitarą, i zespołem. Zalatuje trochę country, trochę liryką śpiewaną. Życzę im jak najlepiej, po oswojeniu się ze sceną mieliby czym się popisać. potem gwiazda wieczoru, mentalny zwycięzca programu xFactor- Michał Szpak. Gdyby się urodził w latach panowania Guns N’ Roses- byłby w stanie zapisać się na kartach historii tego typu muzyki i stylu bycia. Niesamowita charyzma i oryginalna jak na te czasy prezencja na scenie niestety we współczesnych, dodajmy- polskich, dość ograniczonych pod względem tolerancji realiów niestety nie umknęła wyśmiewczej krytyce. Chciałbym go widzieć na zagranicznej scenie, z inną publiką, najlepiej na początek jako support zespołu pokroju wyżej wymienionych Guns’ów, Aerosmith czy Van Halen. Dalej. My Chemical Romance. Podejrzenia co do tego jaka będzie publika spełniły się w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach. Było troszkę osób, których sylwetki odbiegały od fanatyzmu względem tego zespołu, spokojnych słuchaczy, ale zdecydowana większość niestety pojawiła się taka o jakiej pisałem wcześniej. Do tego wszystkiego doszedł fakt zależny nie wiem czy od samych organizatorów, czy od zespołu techników zajmujących się nagłośnieniem ichnego zespołu, ale ktoś poważnie dał dupy. Koncert był świetny, Gerard z zespołem dali niesamowite show, ale co z tego, skoro nie można było się w pełni cieszyć ich oryginalnym brzmieniem. Szczególnie mam tu na myśli wokal, którego ni w ząb często po prostu nie było zupełnie słychać. To tak w skrócie. Potem zagrało Skunk Anansie. Jeśli pojęcie- zagrało jest adekwatne. To był zdecydowanie najlepszy koncert na tym festiwalu. Rozpieprzyli wszystko. Nagłośnienie powaliło mnie na obie łopatki, aczkolwiek martwię się czy procent ludzi głuchoniemych nie wzrośnie. Pierwszy raz w życiu tak intensywnie czułem na sobie dźwięk gitary basowej. Miażdżące. Niesamowicie energetyczny początek połączony z psychopatycznym zachowywaniem się wokalistki stworzyło odpowiedni klimat i zadziałało orgazmogeneratywnie. Potem było troszkę spokojniej, potem znowu mocniej. Tak więc wszystko tak, jak być powinno. Następny zagrał Moby, mocno elektroniczny, z setlistą ukierunkowaną bardziej na dyskotekę niż na koncert, ale dał radę. Na prawdę było dobrze, mimo tego, że osobiście, troszkę porównując- bardziej podobał mi się jego koncert na Heineken Open'er Festival 2009. To tyle. Drugiego dnia na scenę wróciło po pięciu latach Sistars- i dobrze, nawet bardzo dobrze, bo zaprezentowali przepyszną porcję starego materiału poruszając prawie pełny już stadion. Publiczność tak pozytywnie ich przyjęła, że zespół sam do końca chyba w to nie mógł uwierzyć. Oby więcej takich polskich zespołów. Koncert bardzo dobrze nagłośniony- i znów- jako jedyny tego dnia, niestety. Nie dość, że odwołano koncert The Streets, to jeszcze późniejsze występy PlanB i Jamiroquai'a brzmiały jak siki opadające do klozetu. I to takie przerywane, jak w przypadku przerośniętej prostaty, z dokładką stęków powodowanych bólem. pomijając. PlanB- wokalista sprawił wrażenie mocno aroganckiego i mało zachwyconego szalejącym tłumem. Moim zdaniem zagrali bardziej dla siebie samych niż dla ludzi. Początek koncertu był spokojny i melodyczny, za to końcówka poszła zupełnie w odwrotność. Szaleństwo i rozpierdol. Pogo na scenie, rzucanie statywami, drum and base'owe, ciężkie aranżacje kilku ostatnich piosenek. Cząstkowy sukces sceniczny, podobało się, ale całokształt wyszedł słabo. Kolejny i ostatni już, Jamiroquai. Szczerze powiem, że nie spodziewałem się tam tylu tak młodych ludzi. Chodzi o tych poniżej osiemnastego roku życia. Sam zespół zagrał bardzo dobrze, ale ciężko mi jest cokolwiek więcej powiedzieć, bo, primo- byłem wkurwiony na przypadki patologii i chamstwa- w tym drugim przypadku chodzi właśnie o rozwydrzonych małolatów, a raczej małolatki, wśród widowni, secondo- nagłośnienie tego koncertu wyprowadzało z równowagi nawet wokalistę. To nie był dobry koncert. Komuś się oberwie.