
Orange Warsaw Festiwal. Sam festiwal zapowiadał się od samego początku bardzo ciekawie. Dzięki takim gwiazdom jak Moby, Jamiroquai czy The Streets już można było uznać spędzenie tych dwóch dni w tym miejscu za interesujące, widowiskowe i godne polecenia wydarzenie. Wyobraźcie sobie samo miejsce. Stadion, przestrzeń prawie zamknięta, jak koncert w gigantycznym namiocie- w namiotach zazwyczaj mają miejsce jedne z najbardziej klimatycznych koncertów- doskonałe oświetlenie podświetlające boki sklepienia na około płyty widowni, nagłośnienie- szczególnie bas- odbijające się od ścian, zrównujące murawę z ziemią. Kilka tygodni temu ogłoszono ostatniego z zagranicznych artystów- My Chemical Romance. Do tego czasu można było by myśleć- postawili na ambitnych w jakimś stopniu słuchaczy i dobry smak perfekcjonizmu i w jakimś sensie klasyki. Samo ogłoszenie tego artysty, niczym bas na próbach dźwięku na, których właśnie przebywam, zrównało moje wyobrażenie o tym event'cie z ziemią. Zespół, który spowoduje, że na murawie stadionu Legii w Warszawie pojawi się dodatkowe kilka tysięcy widowni w postaci rozwścieczonych, małych, długowłosych, szałowo wymalowanych istot płci głównie damskiej, przekrzykujących piskiem każdy wspaniały dźwięk dobiegający ze sceny. Miałem nadzieję na ograniczenia wiekowe- jak się dowiedziałem, zniesiono. Od piętnastego roku życia te istoty będą mogły bez dorosłego opiekuna odpowiadającego za ich postradanie umysłowe wejść na teren stadionu i- rozpierdalać całą zabawę nieco dojrzalszym słuchaczom. I nie chodzi mi wcale o to, że nie widzę siebie skaczącego pod samą sceną, o ile nie ograniczają tego barierki, na koncercie takiego zespołu jak My Chemical Romance, ale w takiej sytuacji staje się to po prostu nie racjonalnie głupim zamiarem. To tyle jeśli chodzi o komentarz względem samego wydarzenia i warstwy społeczeństwa, z którym przyszło mi obcować. Teraz do rzeczy. Dzień pierwszy. Vox- potężne tranzystorowe basowe brzmienie połączone ze zgrabnym rapem w wykonaniu niesamowicie zdolnej wokalistki. Trzy utwory, dodaje do listy ''słuchane''. Dalej- Piotr Lisiecki. Zdenerwowany, aczkolwiek zdolny chłopak z gitarą, i zespołem. Zalatuje trochę country, trochę liryką śpiewaną. Życzę im jak najlepiej, po oswojeniu się ze sceną mieliby czym się popisać. potem gwiazda wieczoru, mentalny zwycięzca programu xFactor- Michał Szpak. Gdyby się urodził w latach panowania Guns N’ Roses- byłby w stanie zapisać się na kartach historii tego typu muzyki i stylu bycia. Niesamowita charyzma i oryginalna jak na te czasy prezencja na scenie niestety we współczesnych, dodajmy- polskich, dość ograniczonych pod względem tolerancji realiów niestety nie umknęła wyśmiewczej krytyce. Chciałbym go widzieć na zagranicznej scenie, z inną publiką, najlepiej na początek jako support zespołu pokroju wyżej wymienionych Guns’ów, Aerosmith czy Van Halen. Dalej. My Chemical Romance. Podejrzenia co do tego jaka będzie publika spełniły się w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach. Było troszkę osób, których sylwetki odbiegały od fanatyzmu względem tego zespołu, spokojnych słuchaczy, ale zdecydowana większość niestety pojawiła się taka o jakiej pisałem wcześniej. Do tego wszystkiego doszedł fakt zależny nie wiem czy od samych organizatorów, czy od zespołu techników zajmujących się nagłośnieniem ichnego zespołu, ale ktoś poważnie dał dupy. Koncert był świetny, Gerard z zespołem dali niesamowite show, ale co z tego, skoro nie można było się w pełni cieszyć ich oryginalnym brzmieniem. Szczególnie mam tu na myśli wokal, którego ni w ząb często po prostu nie było zupełnie słychać. To tak w skrócie. Potem zagrało Skunk Anansie. Jeśli pojęcie- zagrało jest adekwatne. To był zdecydowanie najlepszy koncert na tym festiwalu. Rozpieprzyli wszystko. Nagłośnienie powaliło mnie na obie łopatki, aczkolwiek martwię się czy procent ludzi głuchoniemych nie wzrośnie. Pierwszy raz w życiu tak intensywnie czułem na sobie dźwięk gitary basowej. Miażdżące. Niesamowicie energetyczny początek połączony z psychopatycznym zachowywaniem się wokalistki stworzyło odpowiedni klimat i zadziałało orgazmogeneratywnie. Potem było troszkę spokojniej, potem znowu mocniej. Tak więc wszystko tak, jak być powinno. Następny zagrał Moby, mocno elektroniczny, z setlistą ukierunkowaną bardziej na dyskotekę niż na koncert, ale dał radę. Na prawdę było dobrze, mimo tego, że osobiście, troszkę porównując- bardziej podobał mi się jego koncert na Heineken Open'er Festival 2009. To tyle. Drugiego dnia na scenę wróciło po pięciu latach Sistars- i dobrze, nawet bardzo dobrze, bo zaprezentowali przepyszną porcję starego materiału poruszając prawie pełny już stadion. Publiczność tak pozytywnie ich przyjęła, że zespół sam do końca chyba w to nie mógł uwierzyć. Oby więcej takich polskich zespołów. Koncert bardzo dobrze nagłośniony- i znów- jako jedyny tego dnia, niestety. Nie dość, że odwołano koncert The Streets, to jeszcze późniejsze występy PlanB i Jamiroquai'a brzmiały jak siki opadające do klozetu. I to takie przerywane, jak w przypadku przerośniętej prostaty, z dokładką stęków powodowanych bólem. pomijając. PlanB- wokalista sprawił wrażenie mocno aroganckiego i mało zachwyconego szalejącym tłumem. Moim zdaniem zagrali bardziej dla siebie samych niż dla ludzi. Początek koncertu był spokojny i melodyczny, za to końcówka poszła zupełnie w odwrotność. Szaleństwo i rozpierdol. Pogo na scenie, rzucanie statywami, drum and base'owe, ciężkie aranżacje kilku ostatnich piosenek. Cząstkowy sukces sceniczny, podobało się, ale całokształt wyszedł słabo. Kolejny i ostatni już, Jamiroquai. Szczerze powiem, że nie spodziewałem się tam tylu tak młodych ludzi. Chodzi o tych poniżej osiemnastego roku życia. Sam zespół zagrał bardzo dobrze, ale ciężko mi jest cokolwiek więcej powiedzieć, bo, primo- byłem wkurwiony na przypadki patologii i chamstwa- w tym drugim przypadku chodzi właśnie o rozwydrzonych małolatów, a raczej małolatki, wśród widowni, secondo- nagłośnienie tego koncertu wyprowadzało z równowagi nawet wokalistę. To nie był dobry koncert. Komuś się oberwie.


