sobota, 4 czerwca 2011
Good morning California.
Wy też często macie przed oczami obraz, który chcielibyście w jakiś sposób opisać ale po prostu się nie da, a jedynym słusznym określeniem takiej chwili staje się słowo "zajebiście"? Począwszy od swoistej wy-chill-ki wieczorem, siedząc na plaży w Brzeźnie, poprzez całą noc rozmów o wszystkim i o niczym, o życiu, o sprawach mniej ważnych, ważnych i bardzo ważnych, aż do momentu magii kalifornijskiego poranka, kiedy to już po wielu piwach wypitych przez noc, po doprowadzeniu ciała do stanu totalnego zgnojenia jeśli chodzi o zmęczenie, i po wytrwałej całonocnej walce z komarami poranek raczy nas przywitać przezajebistym wschodem słońca. W takiej chwili zaczyna szybciej bić serce, aż chce się milczeć i tylko i wyłącznie wpatrywać w to zjawisko- oczywiście przy dodatkowym acz odpowiednim podkładzie muzycznym puszczanym z telefonu. Takie chwile są tak piękne, że już po wszystkim, zaczynamy się śmiać, biegać, wygłupiać, wbiegać do morza, rzucać ubraniami, skakać. Większość przyziemnych rzeczy traci resztki poświęconej im za dnia uwagi. Nic nie jest ważne, poza tą chwilą, tu i teraz. Oddałbym wszystko za to, żeby wszyscy się wtedy tak czuli. Jak powiedziałem, tak też robię. Dziękuję za chwilę wartą przejścia przez największą patologię tego popieprzonego świata. Dla takiej jednej chwili mógłbym się tylko urodzić i umrzeć zaraz po niej. Szczególnie przy takich ludziach jak Wy. Powiem wam, że jak tak siedzieliśmy w ciszy, patrzeliśmy jak powoli zza horyzontu wznosi się słońce, słuchając jakiś klimatycznych piosenek z telefonu- czułem się jak w jakimś totalnie odjechanym filmie. Takim wiecie- rasowo kalifornijskim. I kto powiedział, że trzeba pół świata przemierzyć, żeby coś takiego przeżyć. Kilka piw, trochę wytrwałości, dobre towarzystwo i duży koc, żeby mieć na czym leżeć- tak nie wiele, a równe spełnieniu marzeń.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz