
Zauważyłem ostatnimi czasy, że społeczeństwo nas otaczające, robi się coraz to bardziej okablowane. Co najdziwniejsze i wręcz czasem oksymoronowe- różni ludzie mają taką tendencję. Ci, którzy chodzą po ulicach w garniakach z czarnymi, ekskluzywnymi teczuszkami i uniesionym podbródkiem, przez tych, którzy biegną ostatkami sił po ciężkiej nocy spędzonej nad książkami, na uczelnię aż po tych, którzy w poszukiwaniu swojej drogi i celu życia- zaglądają do śmietników. Gówna się trafiają. Chyba każdemu. Okablowanie to jedno z nich- piszę to, ze świadomością, że sam pewnie bym nie przeżył już bez takowego okablowania- chociażby jeśli chodzi o słuchanie muzyki w czasie podróży- krótszej czy dłuższej- nie istotne. W każdym bądź razie już nie raz się naciąłem na znajomego gdzieś na ulicy i zanim odpowiedziałem mu entuzjastycznie "cześć" musiałem najpierw obmacać swoją całą górną część ciała- i kawałek okolic tyłka i bioder- w poszukiwaniu telefonu- jakoś nigdy nie mogę zapamiętać gdzie go wkładam. Potem wyjąć go z najciaśniejszej dostępnej dziury- bo czemu sobie nie utrudniać życia, czemu- w ciasnych już i tak spodniach, po czym wcisnąć pauzę. Dopiero wtedy byłem gotowy na rytualne powitanie i krótką- krótszą niż czas oporządzenia się z grającym sprzętem- konwersację. Najzabawniejsze jest, jak na samym początku, przed wyjściem, albo już w trakcie pół-sprintu- na przykład na pociąg- wyciągam poplątane słuchawki z kieszeni i zaczynam przygodę z rozplątywaniem, podłączaniem, kamuflowaniem- jak zwykle za długiego kabla, co też nie jest odpowiednio rozwiązane, bo jak nie za długi to za krótki- osprzętu potrzebnego do rozkoszowania się nauszną i przenośną, spersonalizowaną specjalnie dla mnie stacją muzykodawczą. Jeśli każdy ma taki problem jak ja- apeluję, walczmy z tym i przerzućmy się na radiowe połączenia- i tak nam już kilka dodatkowych fal radiowych bardziej nie zaszkodzi. Jeśli natomiast, ktoś ten problem jakoś sprytnie rozwiązał- dajcie znać, bo nie mam już miejsca na nowe siniaki na piszczelach. Na mojej drodze na stację polskich kolei państwowych, przed wejściem na mostek nad Radunią- przy ulicy Mickiewicza- stoi na samym środku chodnika betonowy klocek, którego to często nie zauważam rozwiązując kostkę Rubika w wersji pajęczyny z kabla...
Na szczęście po każdym ciężkim dniu zwykłem sobie rezerwować chwilę dla relaksu,.Czy to w samotności, czy w towarzystwie- na przykład mojej ukochanej- przy gorącej, pysznej herbacie, przy czymś słodkim do przegryzienia, dobrej muzyce i- w przypadku towarzystwa Magdy- rozkoszy czerpanej z podziwiania uśmiechu, który potrafi rozświetlić najciemniejszą z ciemnych ciemnic. Tak też było ostatnio, gdy w gwoli przypomnienia sobie okresu dzieciństwa zajadaliśmy się kinder niespodziankami i podziwialiśmy upominki do nich dołączone- różowy pudel- który to trafił się Madzi, oraz zielona strzała- samochodzik, który to trafił się mi- za co Ci Magdo dziękuję. W końcu to Ty wybrałaś tą cięższą ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz