niedziela, 27 stycznia 2013
Mowdomniejeszcze.
Po pierwsze. Nigdy nie proś swojej babci o dany rodzaj ciasta. Może bowiem runąć całe Twoje przeświadczenie z dzieciństwa o babci potrafiącej ugotować wszystko i pysznie słysząc odpowiedź "ale mi to nie wychodzi najlepiej" czy "nie lubię tego robić". Po drugie- chyba się robię tak już na serio stary. Problemy z oddychaniem- szczególnie po tak zwanym sprincie na uciekający autobus, rozbierając się żeby wejść pod prysznic muszę się czegoś podpierać, pod prysznicem patrząc w dół widzę tylko pół chuja z racji rosnącego brzucha a jak już wyjdę i stanę mokry przed lustrem to przez moje doświadczenia z fryzurą wyglądam trochę jak Maria Peszek. Gdzie się podział młody bóg drzemiący niegdyś we mnie. Powrót do zdrowia przy przeziębieniu zajmuje mi wielokrotność tego czasu, który potrzebowałem kiedyś. Swoją drogą. Zastanawia mnie czy każdy miał w dzieciństwie coś takiego co w niewyjaśniony i cudowny sposób pomagało mu wrócić do zdrowia. Ja sobie ostatnio przypomniałem o takiej rzeczy. Tak samo jak magiczne były jej właściwości tak samo też w niezrozumiałych okolicznościach to po prostu znikło. Żółty dres. Ot co. I nie, że jakiś nie kompletny. Spodnie i bluza. Komplet. Żółty jak most, o którym śpiewałem gdy jeszcze istniał mój zespół Scream City Scream- zakończyliśmy działalność, co prawda kilka dni temu, ale to chyba nie przeszkadza w tym, żebym mógł o tym pisać jak o wydarzeniu z roku czterdziestego dziewiątego. Nie mam nawet już psa w domu, z którym mógłbym pogadać, czego wynikiem jest, że gadam sam ze sobą. I powiem Wam, że nawet w domu zdarza się sytuacja, że muszę jakoś z tego wybrnąć- na przykład zacząć coś śpiewać pod nosem, albo zacząć udawać, że ćwiczę przemówienie na potrzebę przygotowywanego przeze mnie poruszenia ludowego- przez to, że ktoś mnie przyłapał na gorącym uczynku przerywając takie zdanie jak na przykład- "akurat, że jakbym do czegoś w życiu doszedł to postawili by mi pomnik." Pomniki są w porządku. Zawsze obszczane. Chyba wolałbym żeby o mnie piosenkę napisano. Idąc dalej tą drogą- chyba zdecyduję się na zakup rybki, albo traszki. Takie mało to inwazyjne a jest z czym pogadać przynajmniej. Minęło sporo czasu od ostatniej publikacji moich wypocin, ale chyba musiałem wrócić do trybu- funkcja OGAR:ON. Mój telefon też do tego potrzebował pół roku czasu po wakacjach - pokłony dla firmy HTC produkującej samonaprawiające się smarfony. Tyle, że on się zasolił w wodzie morskiej, a ja się zasoliłem słonymi doświadczeniami, które po części wynikały z moich jakichś pierdołowatych głupot. Chyba powinienem się położyć spać. Kończąc powoli karierę absyntowego ogarniacza zmywaka i szatni oraz kolejnego pracowniczego mebla zmęczenie pracą potęguje się z dnia na dzień wraz ze zbliżaniem się ostatniego dnia pracy. Miłej niedzieli. Podobno ma się powoli ocieplać.
piątek, 21 września 2012
Borntobreathe.
Dziwny poranek. Godzina dziewiąta rano. Słońce ogrzewa czarną papę na dachu mieszkania z którym się już żegnam, siedząc na ów dachu, marząc o kawie na dobry początek dnia cudownie uzupełniającą porannego kapcia w otworze gębowym dzierżącym papierosa. Widok zatoki Gdańskiej z perspektywy Gdyni. Skarj lasu. Cicho przygrywająca temu wszystkiemu Pj Harvey skłania ku cisnącym się łzom w oczodoły. Angelene. Zieleń drzew, które za chwile za sprawą jesiennej pory nabiorą żółci, pomarańczu i krwistej czerwieni. Zawsze kochałem liściaste lasy. Pamiętam każdą chwilę, w której rzucałem się z kimś liśćmi. Z niektórymi nie zdążyłem i zastanawiam się czy będzie mi to jeszcze dane. Zupełnie inaczej będzie wyglądać zejście z tej cholernej góry na dworzec główny w Gdyni, zupełnie inaczej będę patrzył w okno pociągu szybkiej kolei miejskiej relacji Gdynia Główna - Główny Gdańsk. Zupełnie inaczej będzie wyglądać starówka, inaczej pachnieć będzie powietrze. Są takie poranki, kiedy zastanawiamy się co dalej. To jeden z nich.
niedziela, 2 września 2012
Tranquility.
Dwa domy, perkusja w garażu, azyl w samochodzie z radiem ustawionym na fali Eska Rock, na antenie Kazik z dwunastoma groszami, a zaraz za nim nowy Red Hot Chilli Peppers z Brendan's Death Song, słoneczne popołudnie, nogi w górze na otwartych na oścież drzwiach auta, fajka w pysku i pies leżący zaraz obok. Pomijając jego smród, smród tlących się petów i przepoconych butów- żyć nie umierać. No i w końcu zrobiłem te cholerne zdjęcia turkusowego kredensu. Jeszcze tylko ogarnąć uczelnię i dobrą płacę i można by było z czystym sumieniem tak siedzieć olewając całą resztę świata wraz z doborowym towarzystwem brata z Poznania, rozmyślając o otwarciu wymarzonej knajpy na którymś ze starych rynków. Albo nowych. Licho Ci to wie czy kiedyś nie będzie tak, że zostaną tylko te nowe. Po kilku miesiącach pracy w samym centrum Gdańska na starówce zacząłem cholernie doceniać piękno tego miasta. Zacząłem też doceniać delikatność dłoni, własnych i tych, które im najczęściej towarzyszą. Myśli uciekają, czas goni, a słońce zachodzi. Trzeba się kurwa ruszyć.
czwartek, 9 lutego 2012
Imeenlove.

Zasnąłem w fotelu. Obudziłem się, zobaczyłem pusty pokój, usłyszałem chrapanie psa. Zdałem sobie sprawę z tej pauzy. Życie stanęło. Za oknem cicha noc. Zdałem sobie sprawę, że jestem częścią tego zabieganego świata, i tego co mnie otacza. Zdałem sobie sprawę z tego, że mimo tego wszystkiego czym żyjemy na co dzień musimy pamiętać i zdawać sobie sprawę z tego, że są małe z pozoru rzeczy, ale piękne, które napędzają to życie. I że każdego z nas w końcu czeka chwila, w której czujemy spełnienie. Każdy z nas ma swoje pasje, większe lub mniejsze. Ich wzloty i upadki. Znalazłem odzwierciedlenie swojego życia szmat czasu temu. Mam swoją ukochaną dziewczynę, dla której wiem, że gdybym tylko był w stanie poświęciłbym wszystko. Tak, tak, wiem, wzięło mnie na rozkminy nocne, ale to prawda. Święta prawda. Siedzę w środku nocy tak na prawdę, i piszę to co wy kiedyś przeczytacie. Dla niektórych taka godzina to środek dnia w pracy, w natłoku obowiązków. Dla mnie, tak na prawdę nie najlepsza środa kończy się dopiero teraz. Szybki poranek, utrata dokumentów od auta, zapierdziel w pracy, świadomość nagromadzenia wydatków, z czystej głupoty i zaniedbania. Powrót do domu, nie spełniony wieczór, który tak na prawdę miałem spędzić z rodziną- gdzie mam a myśli Madzię, moją kuzynkę, jej chłopaka i psa, przy filmach, odrobinie alkoholu i kilku filmach. Środa, udana z myślą o tym, że jest coś, dla czego żyję i dla czego warto się budzić kolejnego poranka. Chciałbym napisać coś więcej, coś co byście czytali dłużej i wyciągnęli z tego jeszcze więcej, ale chyba tyle starczy, żeby odzwierciedlić to co we mnie dzisiejszej nocy siedzi. I kumuluje się od jakiegoś czasu. Mam nadzieję, że trafi to do was prędzej czy później i pojawi się w pewnej chwili na waszej twarzy szczery uśmiech, dla którego żyję. Nie tylko ja. Dobranoc! I do kolejnego wpisu. Greets! A teraz, niech ja znajdę obrazek odpowiedni to tego. Eh ;)
wtorek, 24 stycznia 2012
sspeedaway.

Myślę, że nastały niesamowicie szybkie czasy. Osobiście mam tak, że wolę napisać notkę na laptopie niż na telefonie albo na kartce papieru przeciągając ten moment na za dzień lub za parę godzin, tłumacząc to sobie oszczędnością czasu. I nawet jeśli moment, w którym pomysł na pisanie wpadnie mi do głowy, jest wtedy kiedy jadę pociągiem albo siedzę na kiblu, odruchowo myślę- nie, teraz nie, na laptopie, później, będzie szybciej. Wszyscy się teraz wkurwiają na opóźnienia, na spóźniającego się kumpla czy chłopaka, na spóźniający się pociąg czy autobus, spóźniający się przelew z wypłatą co z drugiej strony przelewa się na spóźnionego płatnika względem zaciągniętego długu. Opóźniające się terminy oddania mieszkać do użytku, coraz dalej opóźniające się finalizacje inwestycji w infrastrukturę komunikacyjną, spóźniający się śnieg, czy to drugie, fala ciepłego letniego powietrza. Ostatnio doszedłem do wniosku, że jak już sobie na to zapracuję, to będę niezwykle tego świadomym, ale bardzo szybko żyjącym człowiekiem. Połączenie życia koncertującego muzyka z projektowaniem ogrodów i ostatnie a najważniejsze z utrzymaniem zdrowych relacji rodzinnych i interpersonalnych graniczyłoby z cudem dwadzieścia lat temu, ale myślę, że teraz za kwestią ewolucji połączenia oczy-uszy-mózg to nie będzie problemem. Grunt to świadomość. Mam nadzieję. A jeśli nie to niech ktoś mnie w pewnym momencie porządnie- przez ostatnie kilka lat chyba już każdego o to prosiłem- kopnie w dupę, żebym wrócił do rzeczywistości- zakładając oczywiście, że z niej wypadnę, bo jeśli nie to wara od mojego tyłeczka. W ryj dać możecie dać, ale nie w tyłek. Ziszczeniem moich marzeń byłoby się wyspać, a z obolałbym zadem ciężko się zasypia. To kolejna kwestia, zaliczana do opóźnień. Chyba nie znam już osoby, która by się normalnie kładła spać i na co dzień by się wysypiała. Jedyną rzeczą, która się teraz spóźnia i jest to naturalne, chociaż nadgorliwi i tak się denerwują, jest okres naszych kobiet. W tych czasach regularna miesiączka to mit, perpetuum mobile i zaginiona Atlantyda- w jednym.
wtorek, 3 stycznia 2012
Headsup.

Nie wiem czy jest to zależne od mojego łóżka, które mam w domu czy nie, ale wydaje mi się, że tu w Poznaniu gdzie obecnie przebywam, wystarczają mi trzy godziny snu. Codziennie budzę się chwilę po godzinie czwartej rano, potem dosypiam do godziny szóstej, żeby mi czas zleciał, witam się z ciocią i kuzynem wychodzącymi do pracy, potem jeszcze dogorywam co by za długo się nie nudzić, i jestem pełen sił i energii wstając. Faktem jest, że moje przebudzenia mogą mieć wiele wspólnego z większą intensywnością syren policyjnych i karetek, które tu słychać przez całą noc, albo z dziećmi mieszkającymi- jak się spodziewam- piętro nad nami, które to od godziny szóstej zaczynają wyrównywać posadzkę, biegając i tupiąc co sił w piętach, ale to tylko podejrzenia. Mamy nowy rok, jak pewnie większość też mam kilka poważnych postanowień noworocznych. Chciałbym napisać o dwóch, które potwierdziło obejrzenie wypowiedzi Will'a Smith'a dzisiaj na kanale youtube. Na pewno zacznę biegać, i czytać książki- co planowałem już pod koniec minionego roku. Polecam każdemu. Nawet największemu leniowi wszechświata. Dzisiaj pękło niebo. Mamy śliczną pogodę z racji świecącego w pełni słońca i prawie bezchmurnego nieba. Co jeszcze bardziej mnie nastawia do trzymania się postanowień. Z racji wszystkiego co się ostatnimi dniami działo- chciałbym Wam wszystkim życzyć wytrwałości, uśmiechu i beztroskiego szaleństwa w granicach rozsądku. To chyba najlepsze co mogę życzyć tak w kierunku ogółu społeczeństwa. Głowa do góry i do przodu! Nota może nie najlepsza, ale w pełni szczera. Pozdrawiam, i do następnego ;)
wtorek, 20 grudnia 2011
Roadrage.

Dacie wiarę? Znalazłem sposób na uliczny gniew. Wyobraźcie sobie. Stoicie w korku, zajmujecie wygodną pozycję w swoim aucie, stoją oczywiście na lewym, tym szybszym, lepszym, mniej dziurawym pasie, nagle po waszej prawicy pojawia się identyczny samochód z identycznym gościem za kierownicą. Robi te same miny, warczy silnikiem w tym samym momencie co wy, i nie tworzy niebezpieczeństwa pod postacią zobaczenia środkowego palca mówiącego grzeczne pieprz się palancie. Nie robi głupich min, nie udaje kozaka, w jego oczach widać ten sam płomień rywalizacji z w waszych. Nie ustępuje wam na krok. Podjeżdżacie metr, on z wami. Po jakimś czasie oboje zajmujecie już bardziej sportową pozycję za kierownicą, każdy z was zamienia się w Stiga. Fotel ustawiony trochę bardziej pod skosem, wyżej, kierownica ląduje bliżej, wyostrzają się wszystkie zmysły. Podjeżdżacie do semaforów, pod samą linię, jak na torze Ferrari. Czekacie na zielone, teraz będzie okazja zmierzenia się. Nadeszła chwila prawdy. Czerwone światło gaśnie w waszych oczach z każdym mignięciem zielonego symbolu ruchu pieszego. Zielone piesze gaśnie, ryk silnika robi się coraz głośniejszy, wrzucasz pierwszy bieg, zapala się pomarańczowe, adrenalina rośnie, zielone! Start! Idzie łeb w łeb przez pierwsze dwa metry... Po czym samochód rywala znika i pojawia się kabina rozweselonych kierowców samochodu dostawczego rozwożącego lustra w pozycji pionowej na przyczepie ciągnącej się za kabiną... Nie było by ciekawiej? :D
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Fishmarket.

Dzień jak co dzień, wstałem za późno, cały obolały, spóźniony na pierwszy mało ciekawy wykład z socjologii. Mam straszliwie nie wygodne łóżko, którego jak najszybciej muszę się pozbyć. Całe niedospanie, spóźnienia i tym podobne zwalam na łóżko jakby co. Standardowo przez spóźnienie zdążyłem wypić świętą rodzinną kawę o świętej godzinie jedenastej przegryzając pewnie święcone za sprawą mojej babci z rana w kościele drożdżówki. Potem sprint na autobus. Cóż za miła niespodzianka zobaczyć po latach znajomą twarz płci żeńskiej. I teraz kwestia standardowa- co słychać? Macie jakieś ciekawsze zwroty na przywitanie znajomej sprzed lat, o której de facto nie wiele w ogóle wiecie? Problem polega na tym, że w Polsce w większości wypadków po zadaniu pytania co słychać pada odpowiedź, a nic w sumie, albo po staremu, albo wszystko w porządku. I co dalej. Jak tam, gdzie jedziesz? (;P) Wiadomo, poniedziałek, godzina przed południowa, praca albo uczelnia. Jak praca to się jeszcze rozmowa jakoś dalej kula. Gorzej z uczelnią. Bo co, o oceny mam pytać? Sam ambicjami nie grzeszę i szczerze przyznając nie mam wielkiego pola do popisu w tej kwestii chyba, że zacząłbym wymieniać dziesiątki wygranych bardziej lub mniej pomyślnie walk i pojedynczych bitew z wykładowcami. Nigdy nie zapomnę jak kiedyś jak jeszcze studiowałem ten sam kierunek tyle, że na studiach zaocznych walczyłem o zaliczenie i wpis w McDonaldzie na dworcu w Gdańsku Głównym, przy kawie i gazecie z Panią doktor specjalizującą się w naukach ekologicznych i przyrodniczych. O dziwo nie musiałem wchodzić pod stół ani nic takiego. Może jednak nie jestem tak przystojny jak to sobie na kacu przed lustrem wmawiam na podstawie wiary w autosugestię (;]). Wracając do autobusu. Rozmowa skończyła się po obgadaniu pracy i uczelni. Resztę drogi każde z Nas zajęło się odpisywaniem prezydentowi na sms'a albo analizowaniem planów urbanistycznych miasta spoglądając przez okno autobusu. Na koniec magiczne pa pa, powodzenia i do zobaczenia za dziesięć lat w tym samym miejscu i czasie, słuchawki na uszy i jadym dalej. Czasem się poważnie zastanawiam nad sensem zawracania dupy komuś znajomemu, podkreślam znajomemu, z którym w gruncie rzeczy nie wiele się miało do czynienia zamiast poświęcenia się kontemplacji wizji lokalnej i analizy zapachów kanibalistycznej kuchni świata, kończącej się zazwyczaj wnioskami rzędu- nie, nie, nikt tu jednak nie wiezie nic dobrego na świąteczny obiad, to ten za Tobą, pochodzi z miejscowości gdzie trzy lata temu odcięli wodę. Oczywiście. Aha, i z autopsji- siadajcie juz do kogoś siedzącego jak jest wolne miejsce. Nigdy nie wiadomo kto się obok dosiądzie. Dzisiaj miałem szczęście dać okazję korzystania z siedzenia obok mnie chińskiemu, europejskiego pochodzenia, sprzedawcy ośmiornic na targu rybnym. Takie było moje pierwsze wrażenie. Potem sprzedawca ryb zmienił się w rzeźnika, pracownika kwiaciarni- ale nie wiem, czy to nie za sprawą wysiadającej młodej kobiety nas mijającej, potem było już tylko coraz ciekawiej. Wracając niejako do świątecznego szaleństwa, a raczej do samych zakupów. Zauważyliście, że w tym roku męska część społeczeństwa jest strasznie dyskryminowana? Włóczyłem się po kilku galeriach handlowych i do takiego właśnie wniosku doszedłem. Dział męskiej odzieży zazwyczaj zamyka się na obszarze dziesięciu metrów kwadratowych w którymś ze ślepych zaułków sklepu a cała reszta- czytaj najczęściej półtora piętra to dział kobiecy. Chyba zacznę się ubierać w damskie ciuchy. Większy wybór, lepszy design i większa praktyczność. Nie rozumiem czemu projektanci mody bardziej rozczulają się nad kobietami, szczególnie w czasach kiedy mężczyźni bardzo często lubią się dobrze ubrać. Szczyt ignorancji i niesprawiedliwości. Tak na prawdę to nawet na allegro już nie ma takiego wyboru. Ostatnio próbowałem znaleźć ciepły gruby sweter. Zastrzelcie tych, którzy dodają aukcję z tytułem Japan Style. Kiedyś pod tym hasłem, nie daleko jak rok temu można było znaleźć coś oryginalniejszego od narzucanego na siebie worka po kartoflach, teraz jest wszystko, i wszystko jest takie samo. Teraz prosta para skarpetek potrafi mieć takowy dopisek. Niektóre rzeczy mają po 40 identycznych aukcji tego samego sprzedawcy. Na jaki grzyb ja pytam? Mówię wam, jak tylko się dokształcę to zrewolucjonizuje sprzedaż internetową. I nie tylko. O! Jakieś pomysły co można było jeszcze ulepszyć i zmienić? Knock, knock, any body out there?
niedziela, 18 grudnia 2011
Somegoodtitle.

Tak omijam okazje i omijam i końca a raczej początku kolejnej notki z cyklu jak to Rabit śmieje się światu w oczy nie widać. Zbliżają się święta. Takiej okazji już nie mogę przegapić, w szczególności, że jak co roku jest o czym pisać. Chociażby świąteczne szaleństwo w sklepach wszelkiej maści, galeriach handlowych i tym podobnych. Nawet u mechaników specjalizujących się w wulkanizacji, ale to chyba ma jednak związek bardziej z nieuniknionym acz rychłym ''zima zaskoczyła kierowców''. Żartuję, żal mi by tyłek ściskał jakbym miał o tym pisać. Z racji, że długi czas nie zwracałem za bardzo na siebie uwagi swoją twórczą spuścizną to może najpierw co u królika. Nic ciekawego, tak w sumie. To teraz do sedna. Wprowadzenie miliardów emotikonek do komunikatorów, poczty e-mail, czy nawet na forach internetowych okazuje się naturalną reakcją obronną naszego organizmu. Od zawsze komunikacja niewerbalna jest najważniejszym elementem kontaktów społecznych. W czasach nowoczesnych, kiedy to komunikacja przechodzi w wirtualność doskonałym pomysłem było wprowadzenie ikonek symbolizujących gesty mimiczne. Zawsze uważałem, ze wysyłanie tego typu symboli w każdym jednym sms'ie i mailu czy wiadomości na gadu-gadu czy innym komuni-katem-spokoju i ciszy to istne zło, ale okazuje się, że jest wręcz przeciwnie. Czuje się kompletnie zmieszany, bo często byłem nie ugięty pod tym względem, ale taka jest prawda, ponieważ, jak się dowiedziałem, ponad pięćdziesiąt procent skutecznej komunikacji między ludźmi stanowi właśnie mimika i mowa ciała. Reszta to intonacja, sytuacja, a same słowa stanowią zaledwie marne, ostatnie z tych stu, kilka procent. Macie jakieś odczucia co do emotikonek? Ktoś może zmienia podejście razem ze mną? ;)
Kolejną i zupełnie odrębną kwestią stanowi skrajność. Czyli wysyłanie czegoś w stylu ;):);*:D[lol][sex][zygi] - tu chciałbym złożyć pokłony mojej mamusi, która to, powinna dostać w tej dziedzinie tytuł mistrzowski. Wiadomo. Nadgorliwość bywa gorsza od faszyzmu. Pomimo to myślę, że byłoby tryliard razy mniej kłótni i niedomówień, gdyby każdy po każdym zdaniu w sms'ie czy innego rodzaju wiadomości dodawał emotikonę. Naprawdę tak uważam. Poza tym, nie piszę tego bezpodstawnie. Ile razy było tak, że dostałem porządnie w ryj za to, że coś nie „zabrzmiało” tak jak powinno w zdaniu napisanym zamiast wypowiedzianego. Wesołego bigosu przy- w miarę możliwości- rodzinnym stole.
niedziela, 2 października 2011
Jakjedzieszpalancie?!

Wpadło mi do głowy, że nigdy nie trafiłem na treściwy tekst przywołujący skojarzenia osób z samochodami, lub wręcz na odwrót, samochodów z ich właścicielami. Spędzając popołudnie na mieście, chodziłem i się przyglądałem. Ot co mi w oczodoły powpadało. Zaczynając od tych sławniejszych i bardziej oczywistych. Audi i Bayerische Motoren Werke- zarówno pierwsze jak i drugie raczej kojarzone jest z przypakowanymi, łysymi dresami, z tym, że w przypadku audi mam wrażenie, że nieco lepiej ubrani kosztem ujemnych zdolności intelektualnych a w BMW te przypakowane to wersja miniaturka tych większych uzyskana sposobami domowymi- wiadro z betonem, ciężki tapczan i noszenie worków z kartoflami.
Z Audi rzadko kiedy coś słychać zza opuszczonych szyb, jak już, to są to tak zwane manieczki. Z BMW podobnie, ale głośniej, z nutką bardziej popularnego techno. W modelach z szyberdachem częstą przypadłością jest komin lokomotywy, tak jakby chcieli dać wszystkim na około do zrozumienia, że w środku siedzi Snoop Dog z ekipą po odbiorze dostawy towaru.
Volkswagen- w tym wypadku w większości wypadków spotykam się z Golfami od pierwszej do czwartej generacji, często bardzo, ale to bardzo odpicowane wiejskimi sposobami podobnymi do tych, które stosowały osoby nazywane w latach dziewięćdziesiątych mianem ''panie majster'' w celach konserwacyjnych budynków i mieszkań. Zza szyb bardzo często tłusty bas polskiego hip hopu z wybrykami tego co w dwóch poprzednich przykładach. W środku na siedzeniu kierowcy raczej skromnie ubrane dresidła z klapkami na nogach i daszkami letnich czapek ustawionymi równolegle do osi pionowej ciała. Dym papierosowy ulatnia się zarówno przez dyskretnie- mniej lub bardziej lub w ogóle nie dyskretnie- uchylone szyby jak i z wystającej z tyłu rury wydechowej wraz z donośnym dźwiękiem wskazującym na stosowanie durszlaka zamiast tłumika.
Honda- auta dla mózgojebów- pomijając Ciebie Bartosz- wtajemniczeni zrozumieją. Zza szyb trance, psychodelic trance, alternatywny trance i acid-uplifting-goa-dupa [czyt. dwa ostatnie: goła dupa] trance. Szybcy i wściekli. I głośni. Zawsze. Jak nie za sprawą tłumika to za sprawą zestawu audio znajdującego się wewnątrz. Zakup lepszego audio i tak nie wiele daje, z racji troszeczkę gorzej spasowanych elementów... Hm. Wszystkich elementów- gorzej niż w bawarskich z pochodzenia samozwańczych władców świata motoryzacji wyżej wymienionych. W czego efekcie często nie jestem w stanie określić jakiej muzyki słuchają w środku. Jedno wiem na pewno. W rytm każdej z piosenek karoseria pulsuje w równym w miarę tempie.
Nissan Micra- młode damulki lubiące zawrotną prędkość, zawrotne manewry, zawrotną zawrotność nieprzewidywalności zachowań płci pięknej, oraz raczej młodzi, dobrze ubrani, często w garniturku, zadbani, ładnie uczesani kandydaci na wielkich biznesmenów.
Wszelakie małe tańsze od Micry- Fiaty i inne fiaty- zazwyczaj należą do studentów płci zarówno męskiej jak i damskiej, ale jak mam tylko okazję i szczęście odnotować to, że w środku siedzi to drugie to staram się trzymać z daleka. Sam gdybym kupował córce pierwsze auto- kupiłbym nie potrafiące za szybko jeździć auto, wywołujące wśród innych kierowców strach i obawy o własny lakier. Nie wiem jak was, ale małe usterki najbardziej mnie bolą jeśli chodzi o mojego pół-terenowego i ćwierć-wyścigowego Peugeota sto sześć. Przy czym- tym bardziej mi szkoda tak zwanej szkody całkowitej aut zestresowanych młodych padawanów w ruchu ulicznym. Z drugiej strony- tak czy inaczej trzymałbym się z daleka od tych małych szakali drogowych. Często widzę w nich za kierownicą starszych, przyślepawych i niedowidzących z umiejętnością szybkiej reakcji na poziomie dorównującym reakcji ślimaka- emerytów. Zauważyliście, że jak się podnosi ślimaka w górę to robi coś takiego co można by było przełożyć powolnie, a nawet bardzo powolnie wymówione sformułowanie:
"Czekaj, czy ja kurwa lubię poziomki..?"
A dopiero po dłużej chwili coś w stylu- ej, postaw mnie z powrotem na ziemię bo... Bo... Bo, bo pójdę do domu.
Kolejną tym razem- grupą samochodów jaka mi się rzuciła w światło reflektorów gdzieś po drodze jest banda aut służbowych. Sic! Istni szaleńcy. Mają w dupie Ciebie, siebie, swoje pojazdy i to czy droga jest prosta, kręta, dziurawa czy pod górkę, z górki i czy w ogóle nią powinni jechać czy nie. Auta są oszczędne, ale jednocześnie szybkie ale nie zawsze nadają się do sprytnych manewrów rzędu slalomu na podobieństwo najlepszych scen z Tokio Drift. Można? Można. Nawet, wielkim jak dupa słonia, dostawczakiem.
Ostatnia banda. oldschool'owe oldsmobile z oldtimer'owymi kierowcami. Samochody wyciągnięte z czasów walki ze smokami i szukania skarbów na bezludnych wyspach, niektóre doprowadzone do stanu- w miarę ok- niektóre nie- ale wszystkie jeżdżą. W środku albo zamiłowani w swoim pierwszym zakupie tryliard lat temu długowieczni dziadkowie, nie zamierzający umrzeć w naturalny sposób, albo studenci, którzy:
a- znaleźli i ukradli oldsmobila na skupie złomu,
b- wydali bezpodstawnie majątek za nie w stanie grata,
c- jak wyżej, ale z uzasadnieniem- bo doprowadzono go wcześniej do dobrego stanu albo jest dobrze zachowanym wykopaliskiem archeologicznym,
d- dostali w spadku po dziadku pradziadka,
e- stwierdzili nieświadomi zła ekonomicznego, które z czasem miałoby nadejść dla ich portfela, że oldschool'owe auto będzie w pytę,
f- są zwariowanymi wariatami z zamiłowaniami do klasyki archeomotoryzacji.
Jeszcze motocykliści i Ci na małych popierdółkach zwanych skuterami. Ci pierwsi to dobra i zgrana ekipa sprawiająca wrażenie cwaniaczków między samochodami- z całym do tego prawem. Dwa. Dwa! Nie cztery- koła. Trzykrotnie więcej mocy od standardowego auta przeciętnego Kowalskiego, trzykrotnie większe przyśpieszenie, i trzykrotnie większy lans w odniesieniu do oczu zarówno kobiet jak i mężczyzn. Co do tych drugich- krótki komentarz. Na przeciwko mojego podwórka na szycie słupka od ogrodzenia wisi kask jednego z nich- jak się domyślam, osrany przez ptactwo i podrapany przez koty. Bez odseparowanej od reszty ciała głowy w środku- sprawdziłem- ale wisi.
To chyba tyle. I bez urazy- szczęśliwi właściciele swoich dóbr kultury na czterech kółkach- tych mniej lub w ogóle nie wpasowanych w wyżej przytoczone schematy. Całuski.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


