piątek, 23 września 2011

Everyday normal guy.


Gdyby tak w jednym dniu zawrzeć cały ten okres od kiedy napisałem ostatnią notę zabrzmiałoby to mniej więcej w ten sposób. Zacząłbym dzień od spojrzenia w najpiękniejsze oczy jakie kiedykolwiek w życiu miałem okazję widzieć, potem na uśmiech, który powoduje, że każdy dzień rozpoczęty od takowego zyskuje kwalifikator wyjątkowo dobrego dnia. Potem spakowałbym się do pracy prasując sobie kolejną wyjętą świeżo z prania białą koszulę- nigdy nie miałem w zwyczaju często prać a tym bardziej prasować białych koszul. Co do prasowania- to nie tylko koszul. Raczej wolałem pozostawiać koszule w stanie nienaruszonym- zaraz po wyjęciu wymiętolonej, zwiniętej w kulkę, wcześniej wrzuconej w takiej postaci koszuli do szafy- ubierałem ją na siebie. Wracając do meritum. W trakcie prasowania pochłonąłbym pół tosta lub małą kanapkę popijając łykiem kawy z gęstą śmietanką w rogu ust trzymając odpaloną fajkę, którą wcześniej odpaliłbym z braku wolnych rąk prawą stopą albo o gazowy palnik kuchenki, odpalony łokciem. To coś na wzór sięgania po coś z drugiego końca łazienki w czasie grubszej sprawy na kibelku. Pełna konspiracja. Potem usiadłbym przy laptopie, włączył kilka energetycznych piosenek na tyle głośno, co by ktoś z domowników zwrócił uwagę na to, że już wstałem (przy okazji- miałem epizod grania na perkusji o dziesiątej rano, pewnego ranka, kilka dni temu- też zdało egzamin jeśli chodzi o przyciąganie uwagi). Następnie zszedłbym na dół do samochodu, wsiadłbym nie do końca wyspany wcześniej rzucając na tylnią kanapę plecak i skórę, której nie zdążyłem bardziej założyć niż tylko na jedną rękę. Po kilku próbach odpalenia tygrysa zwieńczonych sukcesem po rytualnym wyprzedzającym przekręcenie kluczyka wyłączeniem radia, nawiewu i świateł- czyli odcięciu wszelkich zasysaczy prądu z akumulatora- ruszyłbym w drogę do pracy. Skoczyłbym po drodze do sklepu po butelkę wody, jogurt i jakiegoś wypieka a 'la pączek, którego potem skonsumowałbym w czasie sprintu obwodnicą pobijając kolejne rekordy prędkości mojego samochodu. Wychodząc ze sklepu z gracją zjechałbym w dół schodów podjazdem dla inwalidów. Pierwszych kilka minut trasy od sklepu do pracy poświęciłbym ustawianiu częstotliwości odpowiadających radiach Trójce albo Czwórce. Potem w czasie drogi śmiałbym się sam do siebie słuchając audycji Wojciecha Manna wyobrażając sobie jego kocie i zgrabne ruchy w rytm od metalowych aż do rodem z epoki disko piosenek. Dojechałbym do pracy w czasie mieszczącym się między piętnastoma a dwudziestoma minutami. Dzień w pracy spędziłbym na skręcaniu mebli, przenoszeniu tapicerki i projektowaniu w międzyczasie kuchni dla mojej babci. Wracając do domu zgarnąłbym Madzię z jej pracy z ulgą, że znów mogę patrzeć na jej uśmiech i dawać jej swój własny uśmiech, żeby się uśmiechnęła. Dojechałbym do domu, wpadłbym do pokoju zdejmując jedynie kurtkę, odpaliłbym piecyk gitarowy, włączył muzykę i zacząłbym grać na gitarze nagrywając kolejne pomysły na ścieżki dla zespołu. Potem bym wyłączył wszystkie światła, i zapaliłbym fajkę przy oknie słuchając jakiejś melancholijnej muzyki odkrywając przed sobą to swoje bardziej wytłumione ja. Spod okna bardzo szybko wylądowałbym na placach na łóżku patrząc w ciemny sufit i myśląc o tym jak piękny potrafi być świat i jakim szczęściarzem jestem, że otaczają mnie tacy ludzie jakich mam przy sobie na co dzień. Z butelką Jack'a Daniels'a w jednej ręce, książką Wojciecha Manna w drugiej i papierosem w pysku powoli pozwalałbym rozluźniać się każdemu mięśniu po kolei. Pstryk. Gaszę papierosa i idę spać.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Trampolinos part I.


Czas na trip. Planowany przyjazd mojego kuzyna do trójmiasta okazał się poważnym logistycznym przedsięwzięciem. Rzecz imałaby się zupełnie inaczej gdyby nie fakt, że zdecydował przyjechać trabantem. Jako, że dobry ze mnie człowiek, zdecydowałem się jakoś go wspomóc. Plan wyjazdu. siódma czterdzieści trzy- autobus z Pruszcza do Gdańska. Ósma trzydzieści osiem- pociąg z Gdańska Głównego do Poznania. Dwudniowy pobyt na miejscu i powrót istnym wehikułem czasu w historii motoryzacji- albo modelarstwa. Zwieńczenie wyprawy w postaci dotarcia z punktu a, do punktu b, znajdujących się od siebie w odległości przekraczającej trzysta kilometrów. Już sam początek zapowiedział, że będzie ciekawie. Kupując bilet na autobus z kabiny kierowcy dobiegała skoczna melodia disco polo. Na tym nie koniec. Ów kierowca w połowie drogi zdecydował, że się z pasażerami podzieli tą wesołą muzyką i włączył głośniki wzdłuż całego autobusu. Mało tego. W refrenach postanowił podzielić się swoim niewątpliwie wielkim talentem wokalnym podśpiewując sobie do mikrofonu. W ciekawo. Szczęśliwy i rozbawiony dojechałem do Gdańska. Wyszedłem z autobusu, doszedłem do dworca, wcisnąłem się przez drzwi do budynku i stanąłem słupem. Co prawda mogłem, mimo zapewnień kuzyna, że będzie mało ludzi, przygotować się psychicznie na widok długich wężyków prowadzących do kas, ale jakoś tego nie brałem pod uwagę. Zanim zdecydowałem się rzucić w ten wir rozwścieczonych pasażerów pożądających biletu na swój własny, prywatny pociąg, zauważyłem pewną niejasność na tablicy z rozkładem. Siódma trzydzieści cztery- Gdynia, siódma pięćdziesiąt sześć- Kołobrzeg, ósma dwadzieścia trzy, ósma trzydzieści osiem, ósma trzydzieści osiem po raz drugi, ósma pięćdziesiąt sześć- gdzie do jasnej cholery jest mój Bachus? Przy żadnej godzinie nie mogłem się dopatrzyć znanego mi kierunku na Zieloną Górę- przez- Poznań, pociąg tanich linii kolejowych, odjeżdżający z peronu pierwszego. Podszedłem do informacji, dowiedziałem się, że nastąpiły zmiany, podszedłem do kolejki po bilet, i tu zaświeciła się mała jasna żaróweczka nad moją wielką łepetynom. Bogu dzięki, w Gdańsku Głównym są dwa miejsca gdzie można nabyć bilet. Na głównej hali, oraz (!)- o czym mało kto wie w klimatyzowanym pomieszczeniu na końcu dworca po lewej stronie, gdzie dwie, przemiłe panie przyjmują zainteresowanych na wygodnym krzesełku w miłej bezstresowej atmosferze- od godziny ósmej rano. Polecam. Byłem na dworcu o ósmej piętnaście, kupując bilet byłem ich pierwszym klientem. Mówimy o tej samej w chwili, w której przy kasach na hali były długie, na prawdę długie kolejki do kas. Zakupiłem bilet, udałem się do sklepu po butelkę wody żywiec, zapaliłem papierosa, wszedłem na peron- i znów to samo- zniechęcenie i zmęczenie podróżą na widok przeładowanego- jeśli można tak powiedzieć- peronu. Poszedłem na sam koniec- skąd miałem później możliwość wskoczyć do interesujących mnie wagonów. Spotkałem dobrego kumpla i po przyjeździe pociągu zająłem z nim wygodne miejsca w w miarę miłej atmosferze, w ostatnim przedziale ostatniego wagonu. Sześć osobnych foteli z podłokietnikami na przedział- wagony intercity. To będzie dobry weekend.

sobota, 25 czerwca 2011

Orange Warsaw Festival.


Orange Warsaw Festiwal. Sam festiwal zapowiadał się od samego początku bardzo ciekawie. Dzięki takim gwiazdom jak Moby, Jamiroquai czy The Streets już można było uznać spędzenie tych dwóch dni w tym miejscu za interesujące, widowiskowe i godne polecenia wydarzenie. Wyobraźcie sobie samo miejsce. Stadion, przestrzeń prawie zamknięta, jak koncert w gigantycznym namiocie- w namiotach zazwyczaj mają miejsce jedne z najbardziej klimatycznych koncertów- doskonałe oświetlenie podświetlające boki sklepienia na około płyty widowni, nagłośnienie- szczególnie bas- odbijające się od ścian, zrównujące murawę z ziemią. Kilka tygodni temu ogłoszono ostatniego z zagranicznych artystów- My Chemical Romance. Do tego czasu można było by myśleć- postawili na ambitnych w jakimś stopniu słuchaczy i dobry smak perfekcjonizmu i w jakimś sensie klasyki. Samo ogłoszenie tego artysty, niczym bas na próbach dźwięku na, których właśnie przebywam, zrównało moje wyobrażenie o tym event'cie z ziemią. Zespół, który spowoduje, że na murawie stadionu Legii w Warszawie pojawi się dodatkowe kilka tysięcy widowni w postaci rozwścieczonych, małych, długowłosych, szałowo wymalowanych istot płci głównie damskiej, przekrzykujących piskiem każdy wspaniały dźwięk dobiegający ze sceny. Miałem nadzieję na ograniczenia wiekowe- jak się dowiedziałem, zniesiono. Od piętnastego roku życia te istoty będą mogły bez dorosłego opiekuna odpowiadającego za ich postradanie umysłowe wejść na teren stadionu i- rozpierdalać całą zabawę nieco dojrzalszym słuchaczom. I nie chodzi mi wcale o to, że nie widzę siebie skaczącego pod samą sceną, o ile nie ograniczają tego barierki, na koncercie takiego zespołu jak My Chemical Romance, ale w takiej sytuacji staje się to po prostu nie racjonalnie głupim zamiarem. To tyle jeśli chodzi o komentarz względem samego wydarzenia i warstwy społeczeństwa, z którym przyszło mi obcować. Teraz do rzeczy. Dzień pierwszy. Vox- potężne tranzystorowe basowe brzmienie połączone ze zgrabnym rapem w wykonaniu niesamowicie zdolnej wokalistki. Trzy utwory, dodaje do listy ''słuchane''. Dalej- Piotr Lisiecki. Zdenerwowany, aczkolwiek zdolny chłopak z gitarą, i zespołem. Zalatuje trochę country, trochę liryką śpiewaną. Życzę im jak najlepiej, po oswojeniu się ze sceną mieliby czym się popisać. potem gwiazda wieczoru, mentalny zwycięzca programu xFactor- Michał Szpak. Gdyby się urodził w latach panowania Guns N’ Roses- byłby w stanie zapisać się na kartach historii tego typu muzyki i stylu bycia. Niesamowita charyzma i oryginalna jak na te czasy prezencja na scenie niestety we współczesnych, dodajmy- polskich, dość ograniczonych pod względem tolerancji realiów niestety nie umknęła wyśmiewczej krytyce. Chciałbym go widzieć na zagranicznej scenie, z inną publiką, najlepiej na początek jako support zespołu pokroju wyżej wymienionych Guns’ów, Aerosmith czy Van Halen. Dalej. My Chemical Romance. Podejrzenia co do tego jaka będzie publika spełniły się w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach. Było troszkę osób, których sylwetki odbiegały od fanatyzmu względem tego zespołu, spokojnych słuchaczy, ale zdecydowana większość niestety pojawiła się taka o jakiej pisałem wcześniej. Do tego wszystkiego doszedł fakt zależny nie wiem czy od samych organizatorów, czy od zespołu techników zajmujących się nagłośnieniem ichnego zespołu, ale ktoś poważnie dał dupy. Koncert był świetny, Gerard z zespołem dali niesamowite show, ale co z tego, skoro nie można było się w pełni cieszyć ich oryginalnym brzmieniem. Szczególnie mam tu na myśli wokal, którego ni w ząb często po prostu nie było zupełnie słychać. To tak w skrócie. Potem zagrało Skunk Anansie. Jeśli pojęcie- zagrało jest adekwatne. To był zdecydowanie najlepszy koncert na tym festiwalu. Rozpieprzyli wszystko. Nagłośnienie powaliło mnie na obie łopatki, aczkolwiek martwię się czy procent ludzi głuchoniemych nie wzrośnie. Pierwszy raz w życiu tak intensywnie czułem na sobie dźwięk gitary basowej. Miażdżące. Niesamowicie energetyczny początek połączony z psychopatycznym zachowywaniem się wokalistki stworzyło odpowiedni klimat i zadziałało orgazmogeneratywnie. Potem było troszkę spokojniej, potem znowu mocniej. Tak więc wszystko tak, jak być powinno. Następny zagrał Moby, mocno elektroniczny, z setlistą ukierunkowaną bardziej na dyskotekę niż na koncert, ale dał radę. Na prawdę było dobrze, mimo tego, że osobiście, troszkę porównując- bardziej podobał mi się jego koncert na Heineken Open'er Festival 2009. To tyle. Drugiego dnia na scenę wróciło po pięciu latach Sistars- i dobrze, nawet bardzo dobrze, bo zaprezentowali przepyszną porcję starego materiału poruszając prawie pełny już stadion. Publiczność tak pozytywnie ich przyjęła, że zespół sam do końca chyba w to nie mógł uwierzyć. Oby więcej takich polskich zespołów. Koncert bardzo dobrze nagłośniony- i znów- jako jedyny tego dnia, niestety. Nie dość, że odwołano koncert The Streets, to jeszcze późniejsze występy PlanB i Jamiroquai'a brzmiały jak siki opadające do klozetu. I to takie przerywane, jak w przypadku przerośniętej prostaty, z dokładką stęków powodowanych bólem. pomijając. PlanB- wokalista sprawił wrażenie mocno aroganckiego i mało zachwyconego szalejącym tłumem. Moim zdaniem zagrali bardziej dla siebie samych niż dla ludzi. Początek koncertu był spokojny i melodyczny, za to końcówka poszła zupełnie w odwrotność. Szaleństwo i rozpierdol. Pogo na scenie, rzucanie statywami, drum and base'owe, ciężkie aranżacje kilku ostatnich piosenek. Cząstkowy sukces sceniczny, podobało się, ale całokształt wyszedł słabo. Kolejny i ostatni już, Jamiroquai. Szczerze powiem, że nie spodziewałem się tam tylu tak młodych ludzi. Chodzi o tych poniżej osiemnastego roku życia. Sam zespół zagrał bardzo dobrze, ale ciężko mi jest cokolwiek więcej powiedzieć, bo, primo- byłem wkurwiony na przypadki patologii i chamstwa- w tym drugim przypadku chodzi właśnie o rozwydrzonych małolatów, a raczej małolatki, wśród widowni, secondo- nagłośnienie tego koncertu wyprowadzało z równowagi nawet wokalistę. To nie był dobry koncert. Komuś się oberwie.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Mrmistake.


Jesteśmy nacją błędu. Nasze rodziny coraz częściej reprezentują doskonale formułę błędu. My się uczymy na ich błędach, zapierając się rękoma i nogami, żeby sami tych błędów nie popełniać, tymczasem tworzy się błędne koło, chmara dymu, napuszczona pod szklankę z toksycznych ust nadinterpretacji rzeczywistości, a my w środku. Coraz więcej słyszy się z ust młodego pokolenia przekleństwa niegdyś, jak można by było pomyśleć, normalnego życia. I nie chodzi mi o słowa rzędu kurwy czy pierdolenia. Chodzi o rzędy sytuacji i złych świadectw starych wzorców. Wzięło mnie na kolejne przemyślenia z cyklu- nienawidzę społeczności, przy czym słowo nienawidzę mógłbym raczej zastąpić- boję się- przy okazji Dni Pruszcza Gdańskiego. Czemu? Dni oficjalnego przyzwolenia na ujawnianie się najgorszych patologii, których miejsce raczej powinno być ograniczone progami pijackich melin- takie, choć dość rozwinięte nazewnictwo, by mi bardziej pasowało do tego gminnego święta. I tu, doskonale widać setki przykładów wyżej wymienionego ścierwa. I za przeproszeniem- za chuj, nie mogę pojąć gdzie się podziewa świadectwo rozumu, na co dzień inteligentnych, pracujących w poważnych instytucjach, doskonale wpasowanych w spierdolony system chorej organizacji państwa dorosłych i dojrzałych ludzi. Wszyscy co "lepsi" o tym wiedzą i to widzą. Osobiście- wybaczcie jeśli zanudzam- ale nie potrafię zamilczeć. Do dna!

czwartek, 9 czerwca 2011

Ilostmyhat.


Po kilkunastu ostatnich eskapadach dochodzę do wniosku iż troszkę inaczej postrzegam stwierdzenie ''Bóg nas nienawidzi''. Na każdym kroku można spotkać tyle ścierwa, że nie jeden Chrystus Zbawiciel nie byłby w stanie tego udźwignąć. Dużo osób mi wiele razy mówiło, że to całe życie jest do dupy, że żyć nie warto. Nie pamiętając o tym, że w jakimś jednak celu się urodzili. Większym czy mniejszym. Każdy z nas ma jakiś swój cel. Sednem jest stu procentowa świadomość tego co nas otacza. Często jesteśmy kompletnie nie świadomi tego, że jesteśmy cząsteczką powodującą kogoś uśmiech na twarzy, albo wywołującą myśl: ''jednak są zajebiści ludzie na tym świecie, żyć warto''. I tu znów przywołam, ''dobrze jest''. I tak właśnie jest. Albo inaczej. Bo powinno być tak, jak chcemy żeby było- oczywiście w granicach rozsądku. Przy okazji pisania ostatniej notki zgubiłem czapkę. Po prawie godzinie, wróciłem w to miejsce kompletnie nie świadom zguby i ją znalazłem. Właśnie o tym mówię. Ktoś pewnie przechodził obok niej i myślał- ''oho, dobra impreza była''. No chyba, że inaczej- ''no tak, jakiś menel zgubił czapkę''- czego nie brałbym za negatyw. W końcu, robi się coraz cieplej, trzeba chwytać słońce a nie w czapce, zimowej, po nocy chodzić- nie pytajcie co robiła zimowa, wełniana czapka w mojej tylnej, dość luźnej kieszeni. O takich nieświadomych dla nas samych przypadkach można by było gdybać bez uwagi na przemijający czas, ale myślę, że warto o tym pamiętać. Wiele rzeczy się dzieje, rzeczy, które dla nas nie koniecznie są dobre, a dla reszty otaczającego nas świata są w jakiś sposób korzystne, i po prostu trzeba iść dalej.

środa, 8 czerwca 2011

Cheapestwaytobecool.


Nie równy start. Tematyka dość powszechna, bo w końcu jest sporo osób nowobogackich, które są w porządku mimo tego, że nagle- albo i nie nagle- doznają napływu pieniędzy. Chociażby takim osobom nigdy nie sprawia kłopotu kwestia powrotu do domu z melanżu. jak się domyślam, nie jestem jedyną osobą, której zdarzyło się, że gdyby nie kasa, wsiadłyby, albo spełnieniem marzeń byłaby taksówka prosto pod dom instead of czekanie pół godziny na autobus, który nie dość, że nie dojeżdża tam gdzie potrzeba to na dodatek przepełnia go społeczeństwo stwarzające potencjalne problemy nazywane powszechnie chuligaństwem. Siedząc na murku jakiegoś oddziału bankowego we Wrzeszczu i wspominając słowa mojego dobrego przyjaciela Dominika naszła mnie takowa rozkmina na ten temat. Od dłuższego czasu planowałem napisać coś o koncercie na którym byłem, albo o samotności jaka mnie zastała po rozstaniu się z moją ukochaną, ale padło w końcu na temat bardziej przyziemny i nieobcy prawie każdemu z nas. Znając życie, jutro jak będę chciał publikować tę notkę będę o niej myślał dość sceptycznie i z wielkim dystansem, ale ciul tam. Wszak w końcu powinniśmy żyć aktualnie trwającą chwilą, według doktryn sławetnego carpe diem. Abstrahując, po ulicach Wrzeszcza nocą biegają szczury, bez jaj, albo bez żartów, z jajami- o ile mi dobrze wiadomo. Tęsknie za swoim już nie egzystującym szczurem. Ostatnio często sam sobie wspominam o zamiarze nabycia własnego psa, w chwili kiedy już się wyprowadzę na swoje. I tu wracając do wątku mamony- życzę z całego serca każdej przejawiającej inteligencję i zaradność osobie sukcesu. Zauważyłem, że ostatnimi czasy przejawia się atmosfera sprzyjająca nagłemu wzrostu majątku debilom. Kto z nas do nich nie należy? Wiecie jak uzyskać papier toaletowy z tych wszystkich pierwiastków go tworzących? No właśnie. Co my byśmy zrobili gdyby nie ta banda mądrych ludzi, którzy to wszystko wymyślają. Do boju! I mimo, że to nie jedyna trosk jakie się we mnie zatliły w tę noc- bo w końcu widziałem ludzi śpiących na prawdę pod mostem i przewracających się o godzinie trzeciej trzydzieści z boku na bok- taki tam trip, w oczekiwaniu na upragniony autobus- ale też to, że o tej godzinie świat na prawdę, jeśli tylko ktoś potrafi otworzyć oczy, mimo upojenia alkoholowego, wygląda zupełnie inaczej. Z jednej strony gorzej, a z drugiej... Czy to nie lepsze rozwiązanie na obecną teraźniejszość? Nietrzeźwy i zamglony wzrok patrzący na to wszystko? Teraz wiem chyba tylko jedno- nie myśląc już o nowobogackich skurwysynach- nikim innym, tylko o skurwysynach- marzy mi się ciepły tost, herbata i jajecznica z 4 jajek, z ketchupem i ewentualnym ze srem (plus szczypiorek dla bardziej wymagających). I papieros. Światła przy ulicach gasną, poranek wita. Tymczasem- pozdrawiam wszystkich z Pruszcza wracających z Gdańska późną porą, tak poranną w charakterze o tej porze roku. Damy radę!

sobota, 4 czerwca 2011

Good morning California.

Wy też często macie przed oczami obraz, który chcielibyście w jakiś sposób opisać ale po prostu się nie da, a jedynym słusznym określeniem takiej chwili staje się słowo "zajebiście"? Począwszy od swoistej wy-chill-ki wieczorem, siedząc na plaży w Brzeźnie, poprzez całą noc rozmów o wszystkim i o niczym, o życiu, o sprawach mniej ważnych, ważnych i bardzo ważnych, aż do momentu magii kalifornijskiego poranka, kiedy to już po wielu piwach wypitych przez noc, po doprowadzeniu ciała do stanu totalnego zgnojenia jeśli chodzi o zmęczenie, i po wytrwałej całonocnej walce z komarami poranek raczy nas przywitać przezajebistym wschodem słońca. W takiej chwili zaczyna szybciej bić serce, aż chce się milczeć i tylko i wyłącznie wpatrywać w to zjawisko- oczywiście przy dodatkowym acz odpowiednim podkładzie muzycznym puszczanym z telefonu. Takie chwile są tak piękne, że już po wszystkim, zaczynamy się śmiać, biegać, wygłupiać, wbiegać do morza, rzucać ubraniami, skakać. Większość przyziemnych rzeczy traci resztki poświęconej im za dnia uwagi. Nic nie jest ważne, poza tą chwilą, tu i teraz. Oddałbym wszystko za to, żeby wszyscy się wtedy tak czuli. Jak powiedziałem, tak też robię. Dziękuję za chwilę wartą przejścia przez największą patologię tego popieprzonego świata. Dla takiej jednej chwili mógłbym się tylko urodzić i umrzeć zaraz po niej. Szczególnie przy takich ludziach jak Wy. Powiem wam, że jak tak siedzieliśmy w ciszy, patrzeliśmy jak powoli zza horyzontu wznosi się słońce, słuchając jakiś klimatycznych piosenek z telefonu- czułem się jak w jakimś totalnie odjechanym filmie. Takim wiecie- rasowo kalifornijskim. I kto powiedział, że trzeba pół świata przemierzyć, żeby coś takiego przeżyć. Kilka piw, trochę wytrwałości, dobre towarzystwo i duży koc, żeby mieć na czym leżeć- tak nie wiele, a równe spełnieniu marzeń.

czwartek, 5 maja 2011

The Road.


Chciałem pisać o psychologicznych rozmowach w trakcie wspierania przyjaciół, w chwilach totalnej załamki. Chciałem pisać o wyjeździe na majówkę. Chciałem pisać o tym jak mobilizująca do mojego pisania była publikacja Maćka Barzowskiego. Nic z tego. Nie mogłem się za to zabrać porządnie.
Mam wrażenie, że każdy z nas ma momenty, kiedy wczuwa się w jakiś film i wyobraża sobie jak to by było żyć tak jak w obejrzanym przed momentem filmie, albo to tylko wrażenie. Prawdopodobne? Chodzi mi o możliwości. Możliwości, z których większość z nas nie korzysta. Jestem młody, ambitny, zdolny- co z tym robię? Nie za wiele. Mogę się założyć, że wielu z was ma chwile poczucia nic nie robienia, ze sobą samym. Dlaczego tak jest? Dlaczego nie wykorzystujemy tylu możliwości? Ja najnormalniej w świecie rzadko kiedy myślę o tych możliwościach, albo raczej nie pamiętam. Pomyślcie chwilę. Czy nie wystarczyłoby po prostu wziąć się za siebie, wziąć się w garść i robić to wszystko o czym się marzy? Prawda prawdą, to zazwyczaj kosztuje wiele pracy. Stąd też doceniam bliskie mi osoby nie mające dla mnie za wiele czasu, z powodu nadmiaru pracy na uczelni czy nadmiaru obowiązków związanych z ich pracą. Chcę tylko aby każdy z was po przeczytaniu tej notki poczuł skalę możliwości działania. Mam świadomość, że w większości wypadków realia, które nas otaczają nie sprzyjają działaniu. Beznadziejność systemu w którym przyszło nam żyć jest dobijająca i wręcz hamująca, ale czy taka piordoła powinna być przyczyną nie spełniania swoich marzeń? Małych szczęść, do których często wystarczy wyciągnięcie ręki w ich stronę? Brak pieniędzy, brak pracy, niewyspanie, nawet beznadziejna pogoda potrafi mnie zbić z tropu szlaku sukcesu, na który nie rzadko wpadam. Chodzi mi o pomysły na rozwój samego siebie. Nauka języków, wyjście z domu, poznawanie świata. Spoglądając na ludzi, którzy mimo przeciwności losu się realizują, czuję się zmobilizowany. Słyszeliście kiedyś o starszych osobach podróżujących po świecie i korzystających z życia pełnymi garściami szczęścia i radości? Mimo chorób, mimo tego, że przecież krąży idiotyczne wyobrażenie na ich temat. Pomarszczona skóra, siwe włosy, brak sił i energii na wyjście poza ogródek egzystencjalny zamykający się w kilku ścianach mieszkania, którego kiedyś za młodu się dorobili. Ostatnio czytałem artykuł o instytucjach zajmujących się organizowaniem wyjazdów dla takich osób. Często, bardzo niskim kosztem. Zalety są takie, że starsi ludzie znajdują tam towarzystwo z podobnymi pasjami, obawami, chorobami i tym podobnymi. Możliwość. Nauczmy się w końcu patrzeć, otwierać oczy na rzeczy przesłonięte zwykłym rytmem codzienności.
Konkluzja, jeśli chodzi o tę psychologię, o której pisałem na początku- zaczynajmy od rzeczy małych. Uśmiech. Podskok. Bezcelowe machnięcie rękoma. Pozytywna myśl. Uśmiech przede wszystkim. Wyrobiłem w sobie nawyk uśmiechu. Uświadomiłem sobie, że z takim wyrazem twarzy można o wiele dalej w życiu zajść. Powodzenia!

czwartek, 28 kwietnia 2011

Amble.


Miasto Sopot jaśnieje w oczach. Drzewa przebierają przepiękne odcienie czerwieni, żywej zieleni i promienistego koloru słońca. Że w sensie na żółto. Ciepły letni wiatr kołysze rzucany na ziemię cień miliona mieniących się liści. Wzrok rzadko kiedy wędruje wyżej ponad wysokość twarzy innych ludzi, chyba, że jest się cwaniakiem i ma się okulary przeciwsłoneczne, których od dłuższego już czasu pożądam. Ludzie już chodzą w krótkich rękawkach, przemierzając deptak Monte Cassino i robiąc sobie nawzajem zdjęcia jak wielkie zgromadzenie chińskich turystów w wakacje. Wycieczki dzieciaków, zapewne byle tylko urwać się z lekcji, wychodzą klasowo na lody, gofry, spacery, i wszystko to jedzą upieprzając się od czoła do koniuszka czubka butów. Zaiste. Wiosna bywa piękna. Nareszcie. Chociaż nastrój na zewnątrz zadarł nosa do góry, mój wyrżnął nosem w glebę i przejechał sto pięćdziesiąt metrów po asfalcie, sięgnął najgorszej doliny ever. Chyba tak już musi być. Nie wiem. Może kwestia jakieś równowagi w przyrodzie. Mimo, że uwielbiam zwierzęta, wolałbym, żeby jednak wiosenną chandrę załapał jakiś gołąb na Długiej, z resztą jeden z tryliarda tam krążących i nalatujących na przechodniów. Zamiast mnie tu męczyć. Tak serio. Przeżywam kryzys, więc prawdopodobnie nie będzie mnie tu jakiś czas- albo wręcz przeciwnie. Bądź co bądź, co by nie było i na jakie gówno bym jeszcze nie natrafił gdzieś po drodze- odrywającej od szarej rzeczywistości, przepełnionej małymi szczęściami majówki. Na razie. Papa. Au revoir, czy inne ci vediamo. Oddaje głos.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Sru.


Lany poniedziałek. Pobudka zimnym strumieniem wody skierowanym straight into my face. Ludzie idący do kościoła powinni iść i z każdej strony mieć poprzyczepiane kartki "kościół", a nie, że się awanturują, jak się na nich wyleci nagle z zaskoczenia z wiadrem wody. Dzień w czasie którego domofon do drzwi oznaczał najwyższy stopień gotowości obrony frontu i po otwarciu drzwi wylaniu hektolitrów wody w kierunku na-zewnątrznym, prosto w osobę, która to, właśnie zamierzała wejść. Piękne święto, tylko szkoda, że już tak mało ludzi w to się bawi. Tak na prawdę się bawi. Chciałbym się spotkać na ulicy ze starymi znajomymi mieszkającymi w s asiedztwie, biegając z woreczkami, wiadrami, garnkami, butelkami i wszystkim w co tylko dało się nalać choć trochę wody.
Dzisiaj wojna skończyła się jedynie stworzeniem małego wodospadu z klatki schodowej i zalaniem wszystkich potrzebnych materiałów na uczelnię. Mały Har Magedōn. Czuję niedosyt.