Z ciałem jest tak, że mamy je od samego początku. Ciągle coś z nim się dzieje, ciągle rośnie, wymyśla jakieś dziwne historie, choroby i tym podobne. Mamy je przez całe życie a tak w zasadzie w większości przypadków nie wiele na jego temat wiemy. Stroimy to ciało w jakieś dziwne ubrania zamiast biegać na golasa- podczas gdy większość ciał jest na prawdę piękna- dla znakomitej większości ludzi opinii. Czemu zatem nie chodzimy nago? Szczególnie biorąc pod uwagę, że ostatnimi czasu ciało staje się dla wielu przedmiotem kultu. Dbamy o nie, pielęgnujemy na wszelkie możliwe sposoby, staramy się zapobiec jego starzeniu. Czemu? Przecież stare pomarszczone ciało też ma swój urok. Osobiście chciałbym być na stare lata pomarszczony jak mops, albo chow-chow. I siwy. W każdym wypadku powinniśmy być godni i szczęśliwi z tego co mamy- oczywiście pomijając skrajne skutki nie dbania o zdrowie i tym podobne. Ciało jest w dechę. Z ciała wychodzą inne ciała, niektóre ciała nawet czasem w ciała wchodzą, żeby te wcześniejsze ciała wyjść mogły. Ciało przy ciele też się często znajduje, czy to w ubraniu czy bez. Ciał jest w pip, ciał jest wszędzie pełno. Cały ten świat jest przepełniony naszymi ciałami, i nie wiem jak to wszystko by miało funkcjonować bez nich. Ergonomia ewolucji. Ciało można pieścić, ciało można całować, ciało trzyma nas w kupie, i kupę trzyma też ciało. Tak to wszystko postrzegam, biorąc kilka myśli do kupy.
Smród psa wylegującego się całymi dniami w ojca warsztacie, w największym syfie jaki istnieje- jest czymś... No nie mogę w tym wypadku napisać cudownym. To tak w opozycji do ostatniego wpisu. Tak. Znowu pies mi chciał pokazać jak bardzo mnie kocha i jak bardzo lubi czuć moją pościel pod sobą zamiast jego wygodnego materaca. Niestety, przepiękna- acz ulotna- woń kobiecego ciała nie ma szans w starciu z Beti i jej legionem barw zapachowych. Moja senność chyba też wymięka. Wczoraj miałem niezwykle twórczy dzień. W zasadzie to był ogółem udany i dobry dzień. Zaczął się od tego, że jadąc pociągiem na zaparowanej szybie napisałem słowo 'uśmiech!' a później miałem okazję podziwiać ludzi, którzy ulegając propagandzie zdecydowali pójść za tym ciosem i się promieniście zaczynali uśmiechać. Dowiedziałem się, że odzyskam szybciej niż się tego spodziewałem moje buty, które to byłem zmuszony oddać w celach reklamacyjnych. Zauważyliście, że w tych czasach już wszystko, totalnie wszystko, nawet, jeśli kosztuje kupę kasy- co niegdyś jednak znaczyło- a przynajmniej tak mi się wydaje- o jakości i trwałości- wszystko jest robione na opak. Rozpada się po jednej dziesiątej okresu gwarancji, co upoważnia nas oczywiście ze skorzystania z niej, ale kogo nie denerwuje konieczność jeżdżenia do sklepów w takim celu. W dodatku sklep, o którym myślę jest w Galerii Bałtyckiej- wielkim Koloseum w wydaniu współczesnym, miejscu walki tytanów- kobiet, i mężczyzn, zwykłych, słabych śmiertelników. Przynajmniej ja się tak czuję wchodząc do tego typu centrum handlowego na przykład z moim lokatorem Sławkiem, który chyba w tej relacji spełnia się w roli kobiety jednak. Poza tym nie lubię tego typu zatłoczonych miejsc. Wracając po ciemku już z uczelni napisałem w pociągu kilka tekstów, albo raczej ich szkice, które mam zamiar użyć w procesie zdobywania sławy z zespołem Scream City Scream. Swoją drogą nie tylko wracałem po ciemku, a i pisałem po ciemku, bo chyba komuś w pociągu spodobał się stroboskopowy efekt wywołany przez zabawę włącznikiem światła. W domu grałem jakiś czas na gitarze i stworzyłem kolejne kilka szkiców, tym razem w sferze dźwiękowej (...) - tu zasnąłem, tym samym straciłem wątek. O czym to ja, ach tak, pościel o woni psa, kilka przydatnych mi rzeczy, bla bla bla, festiwalowe wydanie podróży pociągiem. Ok. Potem był ciężki poranek, nijaki dzień na uczelni, odebrane buty, obserwacja gołębi, i podróż do domu. Skończę na obiedzie i poczekam na kolejny przypływ weny. Dobry plan- to jego brak. Pozdrawiam.
Pruszcz Gdański, miejscowość rozwoju kultury. Świetny koncert. Świetna kapela. Mistrzostwo chały, czempioni kiczu, potęga sceniczna, bezkonkurencyjny pod względem profesjonalizmu zespół. Musiałem chyba dojrzeć do wywleczenia tej opinii z głębi swoich skłębionych myśli. Totalnie zmiażdżonych na tym koncercie. El Polbud Zespół Max okazał się tworem, który przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Po powrocie przypomniałem sobie czasy z dzieciństwa. Jeszcze kilka dni temu wspominałem z Magdą to miejsce, jako kojarzące mi się z próbą ratowania mojego życia- przypominającą bardziej próbę morderstwa. Z uwagi na szacunek do śpiącego ojca i możliwości wymiotowania w nocy zdecydowałem spać w sypialni, w której to właśnie kiedyś, jak byłem jeszcze małym gówniarzem, pewnego razu spałem i ssałem Tymianek i Podbiał, wtem nagle zacząłem się dusić tą tabletką, co wywołało prawdziwie piekło- jeśli chodzi o reakcję moich rodziców. Nigdy nie miałem okazji podziwiać świata do góry nogami przez tak długi czas. Tym bardziej, że któreś z nich mnie trzymało nogami do góry za kostki i potrząsało. Ów pomieszczenie znajduje się na samej górze mojego domu, gdzie obecnie nikt nie urzęduje i panuje istna Syberia. Tę notkę po części pisałem cały pod kołdrą- w przerażeniu przed zimnem. Pomimo znaczącej zawartości promili we krwi. Zobaczyłem słońce- zacząłem jeździć na rowerku do ćwiczeń. Poczułem temperatury dochodzące do minus dziesięciu stopni Celsjusza- przestałem jeździć na rowerku do ćwiczeń. Zaniedbałem oglądanie nowego- czwartego już- sezonu mojego ulubionego serialu- Californication. Udało mi się- troszkę skurczyć żołądek i dojść do wagi prawie mnie zadowalającej. Zżarłem pół pizzy, drugie pół zostawiłem na rano. Waga wróciła do swojego poprzedniego poziomu. Przeniosłem miejsce noclegu z łóżka na materac leżący tuż zaraz obok łóżka, na podłodze. Uzależniłem się od kolejnych piosenek. Poczułem oddech Pink Floyd'ów grając na gitarze. Poczułem oddech Led Zeppelin'ów grając na gitarze. Poczułem oddech Death Cab For Cutie grając na gitarze i basie. Poczułem swój własny oddech po papierosach. Poczułem, że spodnie nie nadają się do użycia po dwóch tygodniach walania się gdzieś po pokoju. Poczułem psa na moim materacu. Poczułem, że mojego psa zdecydowanie, definitywnie i jak najszybciej- trzeba wykąpać. Poczułem nową graniczącą z braterstwem przyjaźń. Poczułem motylki w brzuchu i łzy szczęścia w oczach. Poczułem wiosnę- ale chyba tylko i wyłącznie tu się pomyliłem, jeśli chodzi o czucie. Poczułem też zgrozę widząc plan zajęć na nowy semestr na uczelni. Poczułem wiedzę. Zaraz po tym poczułem jak szybko potrafi ulecieć. Poczułem dreszcze przy głośnej muzyce. Poczułem znowu ochotę na przemeblowanie i przemalowanie pokoju. Poczułem jak bardzo i jak często będzie mi wielu rzeczy brakować w tym roku. Po angielsku nazwałbym to pre missing, a po polsku? Przed-tęsknota? Mimo wszystko wierzę, że będzie dobrze. Musi być. Zawsze jest. Czujecie to?
Zapach kobiety jest czymś niesamowitym. Nie pierwszy raz kładę się, i pierwsze co, to zaczynam w panice wciągać głębokimi wdechami przez nos jej zapach, który został w pościeli, pod którą razem spaliśmy. Mógłbym co noc zapalać świeczkę czy kadzidełko o tym zapachu, albo wypełniać dymem, palącego się tytoniu o tym zapachu, pomieszczenie kompletnie pozbawione wentylacji i pływać w gęstwinie tej toni śniąc o nie do końca grzecznych czynnościach, ze skutkiem porannego pobudzenia pewnych okolic męskiego ciała. Pewnie męska część czytelników tego bloga doskonale rozumie o co mi chodzi. Zresztą podejrzewam, że damska część też tak ma, choć może troszkę inaczej. Nie powiecie mi chyba, że nigdy wam się nie zdarzyło obudzić się w stanie gotowości do uprawiania namiętnego seksu. Ostatnimi czasy, korzystnie zmarnowałem sporo czasu na odświeżaniu mojego bytu w różnych miejscach, jak choćby pobliski pub Galeria, czy pomieszczenie z rowerkiem stacjonarnym do ćwiczeń w moim domu. Dalej. Spędziłem całą noc z dwojgiem bardzo dobrych kumpli grając w jakieś gry komputerowe. Byłem z wspaniałymi ludźmi we wspaniałym miejscu- mianowicie z Karolem, Kasią i Magdą w Red Light'cie w Gdańsku. Byłem też- chyba po raz ostatni- w kinie Krewetka w Gdańsku. Co skończyło się wypełniającym mnie żalem i zdegustowaniem w stosunku do ludzi, jak i miejsca, spowodowanym zachowaniem, co poniektórych, na wspaniałym filmie i stanem foteli oraz samym przebiegiem seansu, łącznie z poprzedzającymi go reklamami. Doszedłem też do wniosku, że znam bardzo mało osób, które mają nie posrane stosunki w rodzinie. Co rusz jakieś rozwody, kłótnie prowadzące do różnego rodzaju mniej lub bardziej patologicznego zachowania. Przy czym wyjaśnię, że patologią zwykłem nazywać wszelakie odstępstwa od normalności i logiki praworządnego postępowania. Sporo się posunęło pod względem twórczości w dziale 'muzyka' w moim życiu. Przybyło kolejnych kilka planów na różnorakie wydatki mniej lub bardziej potrzebne, praktyczne i tym podobne. Przeżyłem kolejne doświadczenia w sferze rozwoju aktorstwa w moim ja przy okazji kręcenia etiudy ze Środasem. Udoskonaliłem przy tej okazji również umiejętności rzutu szklanką o ścianę, co też podniosło o poziom wyżej stopień cierpliwości mieszkańców domu oraz sąsiadów. Zapoznałem się z oświetleniem, które powodowało, że po jego wyłączeniu u mnie w pokoju potykałem się o duże, ciężkie do nie zauważenia przeszkody typu mebel- przy zapalonym świetle, którego używam na co dzień, i które to zazwyczaj starcza, chyba, że poziom promili we krwi jest większy niż to dla mojego organizmu dozwolone. Nabrałem doświadczenia w dziedzinie kulinariów. Ugotowałem ciekawy obiad. Odkryłem, że ciekawe nie musi się równać z dobrym i smacznym. A przynajmniej nie w całości. Upiekłem z Magdą ciasto kokosowo-brzoskwiniowe, które wyszło wyśmienite, ale niestety zbyt kruche. I za szybko zniknęło. Za to ja dziś ze zniknięciem mam problemy. Troszeczkę za bardzo się rozbudziłem słuchając piosenki ''Gay Bar'' użytej w pierwszym, unikalnym klipie dotyczącym koncertu potęgi estrady, której logo jestem autorem, El Polbud Zespół Max. Ale przynajmniej dzięki temu powstała, na pewno przez wielu, oczekiwana notka. Planowałem ostatnio zmienić porę pisania na poranną, żeby choć raz móc napisać dzień dobry zamiast dobranoc, ale nie wyszło. Nie istotne. Mam złoty środek. Dobranoc- tym, którzy to czytają pod wieczór lub w nocy. Dzień dobry tym co czytają za dnia. Na żywo, ze słonecznej Kalifornii monolog z Państwem miałem zaszczyt poprowadzić ja, Piotrek aka Rabit Fiuk. Oddaję głos do studia.
Dziś od końca. Totalna rozpusta. Wspólny oddech. Więcej, więcej, więcej. Energii. Choćbym padał na pysk, i tak znajduję w sobie tą iskrę, która rozpieprza wszechświat i powoduje, że potrafiłbym skakać do granic możliwości. Przypomniał mi się każdy koncert, na którym dawałem z siebie na prawdę wszystko. Dzień minął- podniosłem się z łóżka w środku nocy- szósta rano. Po raz kolejny poznałem uroki trójmiejskiego get up i w samochód, i na ulice, na 'trzy czte-ry'. O ósmej rano zacząłem ćwiczyć granie na gitarze- i nie to, żeby jakoś cicho i dyskretnie. Potem przeczytałem sporo informacji o tematyce muzycznej. The White Stripes, o których wspominałem, kończą działalność- co jest dość zrozumiałe i podzielam ich podejście. Jak najbardziej. Lepiej coś doprowadzić do stanu idealnego i to zostawić, niż to zużyć i sprowadzić do ruiny i zapomnienia. Open'er staje się coraz ciekawszy i mam wrażenie, że ogłaszając kolejnych wykonawców robią coś na kształt ciszy przed burzą. Potem nastąpi pierdolnięcie w postaci takich wykonawców na myśl których ludzie będą srać, rzygać, płakać i się ślinić ze szczęścia posiadania możliwości uczestniczenia w możliwości w ogóle zajścia czegoś takiego. Chciałem napisać o tym jak bardzo dziś już nie chce mi się pisać. Tak więc- nie wyobrażacie sobie jak kolosalnie, przeraźliwie i wręcz skrajnie nie chce mi się dziś już pisać. Ot co. Dobranoc. Uśmiech!
Siedzę i szukam moich myśli, które mi wpadały co jakiś czas w ciągu dnia i nic. Chodzę po domu. Nic. Patrzę przez okno i słucham muzyki. Nic. Nawet przejrzałem wszystkie wiadomości w skrzynce odbiorczej i nadawczej mojego telefonu komórkowego. Nic. Na szczęście po chwili skupienia się nad tym jak mi minął dzień przyszło olśnienie. Jest coś takiego, co nazywamy american dream. Ja zauważyłem, że wyróżniam jeszcze coś co bym nazwał snem Nowego Jorku. Kojarzy mi się to z pozytywną stylistyką- szelki, kapelusze, szaleństwem, skocznym tańcem, wiecznymi imprezami. Takim kolorowym życiem. Coś co czuje jak słucham i oglądam teledysk do na przykład piosenki Barbara Straisand. Jest też coś takiego co nazywam kalifornijskim snem (teledysk do Billionaire). Pełen luz. Zero trosk i wolność wszystkiego, czego może dotyczyć. Udziela mi się klimat każdej piosenki którą słucham. Ma to swoje pozytywne i negatywne skutki. I pomimo tego, że powoli zaczynam się uczyć sterować własnym nastrojem poprzez dobór muzyki, którą słucham- tak to uzależnienie- to i tak bywa tak, że ulegam nastrojowi na tyle, że w sumie dobieram muzykę już do nastroju. Nie macie tak czasem, że lubicie podumać? Poużalać się nad sobą- czego nie pochwalam- w swoim kącie, w pokoju, na łóżku, pod kołdrą, czy przed dużym oknem z papierosem w ustach, późnym wieczorem w czasie deszczu? Od pogańskiej godziny dziesiątej trzydzieści rano służyłem jako aktor w nagraniach etiudy na uczelnię, w wykonaniu Michała Środasa- który to zwalił mnie z łóżka w sumie. Przynajmniej charakteryzacji nie potrzebowałem. Miałem być zmulony- i taki też byłem. Nie przemyłem nawet twarzy. Zjadłem śniadanie- kawa z papierosem- co by za dużo energii nie mieć. Nagraliśmy wszystkie potrzebne elementy do sceny pierwszej z sześciu. Czas zleciał szybko. Pojechałem do Sopotu zaliczyć angielski, modląc się w duchu żeby tej kobiety już nie było na uczelni jako, że nie czułem się na zaliczenie ustne tego materiału- szczególnie zważywszy na moje nie-ogarnięcie. Czułem się jak przed wizytą u dentysty- a podobno jestem bardzo kontaktowym człowiekiem. Zaliczyłem. Brawo. Wróciłem, zjadłem obiadokolację. Odwiedziłem moją ukochaną i jej psa. Bawiłem się z psem. Z Madzią porozmawiałem, próbując przywrócić ten promienisty uśmiech, który tak mnie zawsze podnosi na duchu, i uciekłem. Pojechałem do mojego drogiego przyjaciela- Karola. I do jego dziewczyny. I psa. Tak. Główna atrakcja. Jak dojdę do wniosku, że u mnie w domu jest nudno- na pewno kupię sobie tego typu zwierzę. To zawsze urozmaica, nawet krępującą ciszę, którą zazwyczaj cholernie ciężko zabić. Polecam. Psy i inne takie. Dziś troszkę wcześniej niż zwykle- życzę spokojnej nocy, i psa w przyszłości. Nowojorskiego snu z nutką kalifornijskiego wyluzowania. To bardzo pozytywne. Amerykańskiego snu nie życzę bo to podobno nie zdrowe.
I na koniec, na dobranoc ;) brzmi troszkę jak stary winyl.
Koszmarny poranek. Ciężko, oj ciężko było tyłek ruszyć nawet jeśli to faktycznie była godzina jedenasta, w co mój organizm chyba nie do końca wierzył. W miarę sprawnie przyodziałem pierwsze znalezione kompletne ubranie. Ruszyłem do Sopotu po zaległe prace grupy. Wróciłem bez zaległych prac. Po drodze wstępując do głównego gmachu Politechniki Gdańskiej, co by właśnie te prace oddać. Oddałem swoją. Po czym dostałem ją z powrotem. Co za niewdzięczność losu. Znowu trzeba poprawić. Odkryłem, że potrafię szybko jeździć samochodem. I łamię notorycznie coraz to więcej przepisów drogowych. Albo raczej ułatwiam sobie ich skutki komplikacji i tak już trudnego, zmotoryzowanego poruszania się po trójmieście. Odkryłem też, jak przyjemnie jest jeść bułkę popijając kefirem z polskim znakiem jakości, w samochodzie, w podziemnych parkingach galerii handlowej Madison. Wiele godzin nie do końca owocnej nauki- przewidując- ale się później okaże. Krótka przerwa w nauce w godzinach już nocnych. Skończyło się oczywiście zaskoczeniem. Krótka w zamiarze zamieniła się pod impulsem twórczości The White Stripes w trzygodzinne granie, wymyślenie dwóch piosenek, całej playlisty na koncert, łącznie z długim intro, przejściami pomiędzy utworami, i wieńczeniem w postaci dowartościowania moich piśmiennych rzygowin. Okryć końca nie widać. Jestem uzależniony od otaczającego mnie świata. Moje jestestwo kształtują kolory, muzyka, ludzie, których kocham, lubię i podziwiam i wiele innych. Stąd też wpadła mi do głowy kolejna materialna sprawa. Mianowicie zakup czegoś co mi się będzie podobać pod względem kolorów i duszy jaką mam nadzieję to coś będzie posiadać, czegoś w czym mógłbym pisać teksty- głównie pomysły na piosenki. Czarny okładką, mały, zlepek czystych kartek papieru. Pomijając już fakt, że ostatnio miałem w zamiarze kupować starą maszynę do pisania. A teraz, z poczuciem zajebistości i ciepłymi skarpetkami na nogach biorę się za realizację marzenia o odpoczynku po dzisiejszym skomplikowanym dniu. Dobranoc.
Silna motywacja, dużo optymizmu i energii, pozytywna myśl. Dobry początek dnia. I tak też było przez- on- cały. Energiczne zerwanie się z łóżka- jak zwykle spóźniony jeśli chodzi o wcześniej ustalone we własnej głowie zamiary. Wycieczka po sklepie z towarzyszącymi, do końca z resztą dnia, problemami z koncentracją, w celach zakupu składników na docelowo- smaczny, szybki i tani obiad. Nowe- udane- doświadczenia w dziedzinie kulinarnej- które de facto wyszły wspaniale. Wspaniały film, który wycisnął ze mnie łzy- Marley i Ja- który poniekąd stał się pchnięciem mojego umysłu do napisania tego co aktualnie piszę. Po którym również naszła mnie poprawka do myśli "prawdziwi faceci płaczą tylko gdy umiera Mufasa" - mianowicie, gdy umiera Mufasa i Marley. Analiza i obserwowanie dymu z osiedlowych kominów, stojąc przy kuchennych drzwiach balkonowych, które to z kolei przypominają mi o pozytywnych skojarzeniach mojego kuzyna z wizytami u mnie. Nie do końca udana próba posadzenia tyłka przy książkach w celach naukowych, oraz udany wieczór z trójką dobrych, na prawdę wspaniałych kumpli, pomimo rozmowy o motoryzacji, w której to musiałem udawać, że wszystko rozumiem i znam się na rzeczy, w miejscu gdzie dawno moje stopy nie witały- poza epizodem z odbioru sokowirówki zza baru- Galeria. Kocham samochody i ich piękno i moc, ale nie koniecznie się na tym znam- to samo względem teorii muzyki i jej części składniowych- sprzęt, zapis nut i tak dalej. Pod sam koniec walka bez walki z uzależnieniami, z którymi czasem nie powinno się walczyć. A co. Uzależnienie od drugiej osoby, z którą jest nam w stukrotności stuprocentowości dobrze jest właśnie takim czymś. Czemu o tym? Bo właśnie zabieram się do tego, żeby próbować zasnąć, bez towarzystwa delikatnej skóry kobiecego ciała, powolnego oddechu, słodko przymkniętych powiek i spokojnego oddechu kobiety, od której jestem już totalnie i tragicznie wręcz uzależniony. Tragizm tej sytuacji też wydaje się niejako usprawiedliwiony i słuszny. Z lekkim zawianiem po spożyciu niewielkiej, acz wystarczającej dawki alkoholu- życzę dobrej nocy i spokojnych, miłych snów.
Zdecydowanie za ciemno, zbyt ponuro, i nie tak jak być powinno. Tak. Teraz jest lepiej. Chciałbym zacząć od tego, że mam dla was misję. Niech każdy z was dziś wieczorem znajdzie chwilę dla siebie. Co to znaczy? Usiądźcie wygodnie na piętnaście sekund, zatrzymajcie życie w miejscu. Powiedzcie na głos do siebie- weź się w garść, zacznij żyć, głowa do góry, uśmiech na twarz i do dzieła. Nie orientuję się co się dzieje poza granicami tego państwa, ale wiem, że tu jest zimno, ponuro i nie do końca przyjemnie. Zima to czas melancholii, ciszy i zastoju. Zaraz będzie wiosna i trzeba się na to jakoś powoli przygotowywać. Na razie każdy poranek, przynajmniej dla mnie, zaczyna się podobnie. Nie wiele chęci, całe ciało drżące z zimna, przykurczona postawa w drodze do łazienki, ustawienie jak najcieplejszej wody i otrzeźwiające chlapnięcie wodą w twarz prowadzące do powolnego kojarzenia gdzie jestem, co dziś za dzień i co mam do zrobienia. Potem kawa, papieros, chwila przed kompem, zmiana stroju z pidżamy lub dresu na coś bardziej wychodnego i w drogę. W ogóle. Już wiem skąd mój zastój twórczy. Po prostu muszę zacząć żyć, korzystać, wychodzić do ludzi i obserwować. Jestem z natury osobą towarzyską i chyba dlatego siedząc w domu nie dochodzę do żadnych sensacyjnych rzeczy, o których warto by było pisać, śpiewać, krzyczeć. Trzymajcie kciuki. Zaczynam nad tym pracować. Polecam.