czwartek, 3 lutego 2011

Dream a little dream...


Siedzę i szukam moich myśli, które mi wpadały co jakiś czas w ciągu dnia i nic. Chodzę po domu. Nic. Patrzę przez okno i słucham muzyki. Nic. Nawet przejrzałem wszystkie wiadomości w skrzynce odbiorczej i nadawczej mojego telefonu komórkowego. Nic. Na szczęście po chwili skupienia się nad tym jak mi minął dzień przyszło olśnienie.
Jest coś takiego, co nazywamy american dream. Ja zauważyłem, że wyróżniam jeszcze coś co bym nazwał snem Nowego Jorku. Kojarzy mi się to z pozytywną stylistyką- szelki, kapelusze, szaleństwem, skocznym tańcem, wiecznymi imprezami. Takim kolorowym życiem. Coś co czuje jak słucham i oglądam teledysk do na przykład piosenki Barbara Straisand. Jest też coś takiego co nazywam kalifornijskim snem (teledysk do Billionaire). Pełen luz. Zero trosk i wolność wszystkiego, czego może dotyczyć. Udziela mi się klimat każdej piosenki którą słucham. Ma to swoje pozytywne i negatywne skutki. I pomimo tego, że powoli zaczynam się uczyć sterować własnym nastrojem poprzez dobór muzyki, którą słucham- tak to uzależnienie- to i tak bywa tak, że ulegam nastrojowi na tyle, że w sumie dobieram muzykę już do nastroju. Nie macie tak czasem, że lubicie podumać? Poużalać się nad sobą- czego nie pochwalam- w swoim kącie, w pokoju, na łóżku, pod kołdrą, czy przed dużym oknem z papierosem w ustach, późnym wieczorem w czasie deszczu?
Od pogańskiej godziny dziesiątej trzydzieści rano służyłem jako aktor w nagraniach etiudy na uczelnię, w wykonaniu Michała Środasa- który to zwalił mnie z łóżka w sumie. Przynajmniej charakteryzacji nie potrzebowałem. Miałem być zmulony- i taki też byłem. Nie przemyłem nawet twarzy. Zjadłem śniadanie- kawa z papierosem- co by za dużo energii nie mieć. Nagraliśmy wszystkie potrzebne elementy do sceny pierwszej z sześciu. Czas zleciał szybko. Pojechałem do Sopotu zaliczyć angielski, modląc się w duchu żeby tej kobiety już nie było na uczelni jako, że nie czułem się na zaliczenie ustne tego materiału- szczególnie zważywszy na moje nie-ogarnięcie. Czułem się jak przed wizytą u dentysty- a podobno jestem bardzo kontaktowym człowiekiem. Zaliczyłem. Brawo. Wróciłem, zjadłem obiadokolację. Odwiedziłem moją ukochaną i jej psa. Bawiłem się z psem. Z Madzią porozmawiałem, próbując przywrócić ten promienisty uśmiech, który tak mnie zawsze podnosi na duchu, i uciekłem. Pojechałem do mojego drogiego przyjaciela- Karola. I do jego dziewczyny. I psa. Tak. Główna atrakcja. Jak dojdę do wniosku, że u mnie w domu jest nudno- na pewno kupię sobie tego typu zwierzę. To zawsze urozmaica, nawet krępującą ciszę, którą zazwyczaj cholernie ciężko zabić. Polecam. Psy i inne takie. Dziś troszkę wcześniej niż zwykle- życzę spokojnej nocy, i psa w przyszłości. Nowojorskiego snu z nutką kalifornijskiego wyluzowania. To bardzo pozytywne. Amerykańskiego snu nie życzę bo to podobno nie zdrowe.


I na koniec, na dobranoc ;) brzmi troszkę jak stary winyl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz