czwartek, 3 lutego 2011

Dream a little dream...


Siedzę i szukam moich myśli, które mi wpadały co jakiś czas w ciągu dnia i nic. Chodzę po domu. Nic. Patrzę przez okno i słucham muzyki. Nic. Nawet przejrzałem wszystkie wiadomości w skrzynce odbiorczej i nadawczej mojego telefonu komórkowego. Nic. Na szczęście po chwili skupienia się nad tym jak mi minął dzień przyszło olśnienie.
Jest coś takiego, co nazywamy american dream. Ja zauważyłem, że wyróżniam jeszcze coś co bym nazwał snem Nowego Jorku. Kojarzy mi się to z pozytywną stylistyką- szelki, kapelusze, szaleństwem, skocznym tańcem, wiecznymi imprezami. Takim kolorowym życiem. Coś co czuje jak słucham i oglądam teledysk do na przykład piosenki Barbara Straisand. Jest też coś takiego co nazywam kalifornijskim snem (teledysk do Billionaire). Pełen luz. Zero trosk i wolność wszystkiego, czego może dotyczyć. Udziela mi się klimat każdej piosenki którą słucham. Ma to swoje pozytywne i negatywne skutki. I pomimo tego, że powoli zaczynam się uczyć sterować własnym nastrojem poprzez dobór muzyki, którą słucham- tak to uzależnienie- to i tak bywa tak, że ulegam nastrojowi na tyle, że w sumie dobieram muzykę już do nastroju. Nie macie tak czasem, że lubicie podumać? Poużalać się nad sobą- czego nie pochwalam- w swoim kącie, w pokoju, na łóżku, pod kołdrą, czy przed dużym oknem z papierosem w ustach, późnym wieczorem w czasie deszczu?
Od pogańskiej godziny dziesiątej trzydzieści rano służyłem jako aktor w nagraniach etiudy na uczelnię, w wykonaniu Michała Środasa- który to zwalił mnie z łóżka w sumie. Przynajmniej charakteryzacji nie potrzebowałem. Miałem być zmulony- i taki też byłem. Nie przemyłem nawet twarzy. Zjadłem śniadanie- kawa z papierosem- co by za dużo energii nie mieć. Nagraliśmy wszystkie potrzebne elementy do sceny pierwszej z sześciu. Czas zleciał szybko. Pojechałem do Sopotu zaliczyć angielski, modląc się w duchu żeby tej kobiety już nie było na uczelni jako, że nie czułem się na zaliczenie ustne tego materiału- szczególnie zważywszy na moje nie-ogarnięcie. Czułem się jak przed wizytą u dentysty- a podobno jestem bardzo kontaktowym człowiekiem. Zaliczyłem. Brawo. Wróciłem, zjadłem obiadokolację. Odwiedziłem moją ukochaną i jej psa. Bawiłem się z psem. Z Madzią porozmawiałem, próbując przywrócić ten promienisty uśmiech, który tak mnie zawsze podnosi na duchu, i uciekłem. Pojechałem do mojego drogiego przyjaciela- Karola. I do jego dziewczyny. I psa. Tak. Główna atrakcja. Jak dojdę do wniosku, że u mnie w domu jest nudno- na pewno kupię sobie tego typu zwierzę. To zawsze urozmaica, nawet krępującą ciszę, którą zazwyczaj cholernie ciężko zabić. Polecam. Psy i inne takie. Dziś troszkę wcześniej niż zwykle- życzę spokojnej nocy, i psa w przyszłości. Nowojorskiego snu z nutką kalifornijskiego wyluzowania. To bardzo pozytywne. Amerykańskiego snu nie życzę bo to podobno nie zdrowe.


I na koniec, na dobranoc ;) brzmi troszkę jak stary winyl.

Day of discovery


Koszmarny poranek. Ciężko, oj ciężko było tyłek ruszyć nawet jeśli to faktycznie była godzina jedenasta, w co mój organizm chyba nie do końca wierzył. W miarę sprawnie przyodziałem pierwsze znalezione kompletne ubranie. Ruszyłem do Sopotu po zaległe prace grupy. Wróciłem bez zaległych prac. Po drodze wstępując do głównego gmachu Politechniki Gdańskiej, co by właśnie te prace oddać. Oddałem swoją. Po czym dostałem ją z powrotem. Co za niewdzięczność losu. Znowu trzeba poprawić. Odkryłem, że potrafię szybko jeździć samochodem. I łamię notorycznie coraz to więcej przepisów drogowych. Albo raczej ułatwiam sobie ich skutki komplikacji i tak już trudnego, zmotoryzowanego poruszania się po trójmieście. Odkryłem też, jak przyjemnie jest jeść bułkę popijając kefirem z polskim znakiem jakości, w samochodzie, w podziemnych parkingach galerii handlowej Madison. Wiele godzin nie do końca owocnej nauki- przewidując- ale się później okaże. Krótka przerwa w nauce w godzinach już nocnych. Skończyło się oczywiście zaskoczeniem. Krótka w zamiarze zamieniła się pod impulsem twórczości The White Stripes w trzygodzinne granie, wymyślenie dwóch piosenek, całej playlisty na koncert, łącznie z długim intro, przejściami pomiędzy utworami, i wieńczeniem w postaci dowartościowania moich piśmiennych rzygowin. Okryć końca nie widać. Jestem uzależniony od otaczającego mnie świata. Moje jestestwo kształtują kolory, muzyka, ludzie, których kocham, lubię i podziwiam i wiele innych. Stąd też wpadła mi do głowy kolejna materialna sprawa. Mianowicie zakup czegoś co mi się będzie podobać pod względem kolorów i duszy jaką mam nadzieję to coś będzie posiadać, czegoś w czym mógłbym pisać teksty- głównie pomysły na piosenki. Czarny okładką, mały, zlepek czystych kartek papieru. Pomijając już fakt, że ostatnio miałem w zamiarze kupować starą maszynę do pisania.
A teraz, z poczuciem zajebistości i ciepłymi skarpetkami na nogach biorę się za realizację marzenia o odpoczynku po dzisiejszym skomplikowanym dniu. Dobranoc.

środa, 2 lutego 2011

Addiction.


Silna motywacja, dużo optymizmu i energii, pozytywna myśl. Dobry początek dnia. I tak też było przez- on- cały. Energiczne zerwanie się z łóżka- jak zwykle spóźniony jeśli chodzi o wcześniej ustalone we własnej głowie zamiary. Wycieczka po sklepie z towarzyszącymi, do końca z resztą dnia, problemami z koncentracją, w celach zakupu składników na docelowo- smaczny, szybki i tani obiad. Nowe- udane- doświadczenia w dziedzinie kulinarnej- które de facto wyszły wspaniale. Wspaniały film, który wycisnął ze mnie łzy- Marley i Ja- który poniekąd stał się pchnięciem mojego umysłu do napisania tego co aktualnie piszę. Po którym również naszła mnie poprawka do myśli "prawdziwi faceci płaczą tylko gdy umiera Mufasa" - mianowicie, gdy umiera Mufasa i Marley. Analiza i obserwowanie dymu z osiedlowych kominów, stojąc przy kuchennych drzwiach balkonowych, które to z kolei przypominają mi o pozytywnych skojarzeniach mojego kuzyna z wizytami u mnie. Nie do końca udana próba posadzenia tyłka przy książkach w celach naukowych, oraz udany wieczór z trójką dobrych, na prawdę wspaniałych kumpli, pomimo rozmowy o motoryzacji, w której to musiałem udawać, że wszystko rozumiem i znam się na rzeczy, w miejscu gdzie dawno moje stopy nie witały- poza epizodem z odbioru sokowirówki zza baru- Galeria. Kocham samochody i ich piękno i moc, ale nie koniecznie się na tym znam- to samo względem teorii muzyki i jej części składniowych- sprzęt, zapis nut i tak dalej.
Pod sam koniec walka bez walki z uzależnieniami, z którymi czasem nie powinno się walczyć. A co. Uzależnienie od drugiej osoby, z którą jest nam w stukrotności stuprocentowości dobrze jest właśnie takim czymś. Czemu o tym? Bo właśnie zabieram się do tego, żeby próbować zasnąć, bez towarzystwa delikatnej skóry kobiecego ciała, powolnego oddechu, słodko przymkniętych powiek i spokojnego oddechu kobiety, od której jestem już totalnie i tragicznie wręcz uzależniony. Tragizm tej sytuacji też wydaje się niejako usprawiedliwiony i słuszny. Z lekkim zawianiem po spożyciu niewielkiej, acz wystarczającej dawki alkoholu- życzę dobrej nocy i spokojnych, miłych snów.

wtorek, 1 lutego 2011

Get up!


Zdecydowanie za ciemno, zbyt ponuro, i nie tak jak być powinno. Tak. Teraz jest lepiej. Chciałbym zacząć od tego, że mam dla was misję. Niech każdy z was dziś wieczorem znajdzie chwilę dla siebie. Co to znaczy? Usiądźcie wygodnie na piętnaście sekund, zatrzymajcie życie w miejscu. Powiedzcie na głos do siebie- weź się w garść, zacznij żyć, głowa do góry, uśmiech na twarz i do dzieła.
Nie orientuję się co się dzieje poza granicami tego państwa, ale wiem, że tu jest zimno, ponuro i nie do końca przyjemnie. Zima to czas melancholii, ciszy i zastoju. Zaraz będzie wiosna i trzeba się na to jakoś powoli przygotowywać. Na razie każdy poranek, przynajmniej dla mnie, zaczyna się podobnie. Nie wiele chęci, całe ciało drżące z zimna, przykurczona postawa w drodze do łazienki, ustawienie jak najcieplejszej wody i otrzeźwiające chlapnięcie wodą w twarz prowadzące do powolnego kojarzenia gdzie jestem, co dziś za dzień i co mam do zrobienia. Potem kawa, papieros, chwila przed kompem, zmiana stroju z pidżamy lub dresu na coś bardziej wychodnego i w drogę.
W ogóle. Już wiem skąd mój zastój twórczy. Po prostu muszę zacząć żyć, korzystać, wychodzić do ludzi i obserwować. Jestem z natury osobą towarzyską i chyba dlatego siedząc w domu nie dochodzę do żadnych sensacyjnych rzeczy, o których warto by było pisać, śpiewać, krzyczeć. Trzymajcie kciuki. Zaczynam nad tym pracować. Polecam.

niedziela, 30 stycznia 2011

Co my tu mamy.



Zauważyłem ostatnimi czasy, że społeczeństwo nas otaczające, robi się coraz to bardziej okablowane. Co najdziwniejsze i wręcz czasem oksymoronowe- różni ludzie mają taką tendencję. Ci, którzy chodzą po ulicach w garniakach z czarnymi, ekskluzywnymi teczuszkami i uniesionym podbródkiem, przez tych, którzy biegną ostatkami sił po ciężkiej nocy spędzonej nad książkami, na uczelnię aż po tych, którzy w poszukiwaniu swojej drogi i celu życia- zaglądają do śmietników. Gówna się trafiają. Chyba każdemu. Okablowanie to jedno z nich- piszę to, ze świadomością, że sam pewnie bym nie przeżył już bez takowego okablowania- chociażby jeśli chodzi o słuchanie muzyki w czasie podróży- krótszej czy dłuższej- nie istotne. W każdym bądź razie już nie raz się naciąłem na znajomego gdzieś na ulicy i zanim odpowiedziałem mu entuzjastycznie "cześć" musiałem najpierw obmacać swoją całą górną część ciała- i kawałek okolic tyłka i bioder- w poszukiwaniu telefonu- jakoś nigdy nie mogę zapamiętać gdzie go wkładam. Potem wyjąć go z najciaśniejszej dostępnej dziury- bo czemu sobie nie utrudniać życia, czemu- w ciasnych już i tak spodniach, po czym wcisnąć pauzę. Dopiero wtedy byłem gotowy na rytualne powitanie i krótką- krótszą niż czas oporządzenia się z grającym sprzętem- konwersację. Najzabawniejsze jest, jak na samym początku, przed wyjściem, albo już w trakcie pół-sprintu- na przykład na pociąg- wyciągam poplątane słuchawki z kieszeni i zaczynam przygodę z rozplątywaniem, podłączaniem, kamuflowaniem- jak zwykle za długiego kabla, co też nie jest odpowiednio rozwiązane, bo jak nie za długi to za krótki- osprzętu potrzebnego do rozkoszowania się nauszną i przenośną, spersonalizowaną specjalnie dla mnie stacją muzykodawczą. Jeśli każdy ma taki problem jak ja- apeluję, walczmy z tym i przerzućmy się na radiowe połączenia- i tak nam już kilka dodatkowych fal radiowych bardziej nie zaszkodzi. Jeśli natomiast, ktoś ten problem jakoś sprytnie rozwiązał- dajcie znać, bo nie mam już miejsca na nowe siniaki na piszczelach. Na mojej drodze na stację polskich kolei państwowych, przed wejściem na mostek nad Radunią- przy ulicy Mickiewicza- stoi na samym środku chodnika betonowy klocek, którego to często nie zauważam rozwiązując kostkę Rubika w wersji pajęczyny z kabla...
Na szczęście po każdym ciężkim dniu zwykłem sobie rezerwować chwilę dla relaksu,.Czy to w samotności, czy w towarzystwie- na przykład mojej ukochanej- przy gorącej, pysznej herbacie, przy czymś słodkim do przegryzienia, dobrej muzyce i- w przypadku towarzystwa Magdy- rozkoszy czerpanej z podziwiania uśmiechu, który potrafi rozświetlić najciemniejszą z ciemnych ciemnic. Tak też było ostatnio, gdy w gwoli przypomnienia sobie okresu dzieciństwa zajadaliśmy się kinder niespodziankami i podziwialiśmy upominki do nich dołączone- różowy pudel- który to trafił się Madzi, oraz zielona strzała- samochodzik, który to trafił się mi- za co Ci Magdo dziękuję. W końcu to Ty wybrałaś tą cięższą ;)

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Letter from Gabo.


Dziś, z braku natchnienia, bezczelnie wklejam słowa warte przypomnienia.

"Gdyby Bóg zapomniał przez chwilę, że jestem marionetką i podarował mi
odrobinę życia, wykorzystałbym ten czas najlepiej, jak potrafię.

Prawdopodobnie nie powiedziałbym wszystkiego, o czym myślę, ale na pewno przemyślałbym wszystko, co powiedziałem.

Oceniałbym rzeczy nie ze względu na ich wartość, ale na ich znaczenie.

Spałbym mało, śniłbym więcej, wiem, że w każdej minucie z zamkniętymi
oczami tracimy 60 sekund światła. Szedłbym, kiedy inni się zatrzymują,
budziłbym się, kiedy inni śpią. Gdyby Bóg podarował mi odrobinę życia,
ubrałbym się prosto, rzuciłbym się ku słońcu, odkrywając nie tylko me
ciało, ale moją duszę.

Przekonywałbym ludzi, jak bardzo są w błędzie myśląc, że nie warto się zakochać na starość. Nie wiedzą, bowiem, że starzeją się właśnie, dlatego,
iż unikają miłości!

Dziecku przyprawiłbym skrzydła, ale zabrałbym mu je, gdy tylko nauczy się latać samodzielnie.

Osobom w podeszłym wieku powiedziałbym, że śmierć nie przychodzi wraz ze starością, lecz z zapomnieniem (opuszczeniem).

Tylu rzeczy nauczyłem się od was, ludzi... Nauczyłem się, że wszyscy chcą żyć na wierzchołku góry, zapominając, że prawdziwe szczęście kryje się w samym sposobie wspinania się na górę.

Nauczyłem się, że kiedy nowo narodzone dziecko chwyta swoją maleńką dłonią po raz pierwszy palec swego ojca, trzyma się go już zawsze.

Nauczyłem się, że człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł.

Jest tyle rzeczy, których mogłem się od was nauczyć, ale w rzeczywistości
na niewiele się one przydadzą, gdyż, kiedy mnie włożą do trumny, nie będę już żył.

Mów zawsze, co czujesz, i czyń, co myślisz.

Gdybym wiedział, że dzisiaj po raz ostatni zobaczę cię śpiącego, objąłbym
cię mocno i modliłbym się do Pana, by pozwolił mi być twoim aniołem stróżem.

Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu. Być może, że dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Dlatego nie zwlekaj, uczyń to dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra, będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by przekazać im ostatnie życzenie.

Bądź zawsze blisko tych, których kochasz, mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz i bądź dla nich dobry, miej czas, aby im powiedzieć "jak mi przykro", "przepraszam", "proszę", "dziękuję" i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz.

Nikt cię nie będzie pamiętał za twoje myśli sekretne. Proś więc Pana o siłę i mądrość, abyś mógł je wyrazić. Okaż swym przyjaciołom i bliskim, jak bardzo są ci potrzebni.

Prześlij te słowa komu zechcesz.

Jeśli nie zrobisz tego dzisiaj, jutro będzie takie samo jak wczoraj.

I jeśli tego nie zrobisz nigdy, nic się nie stanie.

Teraz jest czas.

Pozdrawiam i życzę szczęścia!!!"

[Gabo]

piątek, 14 stycznia 2011

You can't always get what you want.


Z językiem interpersonalnym jest tak, że częstym problem jest nie dogadywanie się. To chyba dlatego, że mimo wszystko jednak wszyscy się od siebie różnimy- tak mi się wydaje. I nie chodzi tu tylko o prawdę przekazywaną przez rodziców swoim dzieciom, gdy już uznają, że ich dziecko powinno się o tym dowiedzieć- chociaż następuje to zawsze po czasie tak na prawdę, bo już dawno otoczenie nas uświadamia o różnicy między płciowej. Chociażby jakaś naga gruba dziewczynka biegająca po publicznej plaży nad morzem- to znaczy, tak przynajmniej było w moim wypadku. Jakże wielkie było moje zdziwienie jak zobaczyłem, mając kilka lat, że ów dziewczynce brakuje podskakującej małej kuśki między nogami. Chyba wtedy zachowałem ten wybryk dla siebie. Potem coraz bardziej się przekonywałem do damskiego łona i z roku na rok z zaskakującego wybryku natury stało się ono dla mnie cennym i godnym szanowania kwiatem u kobiety, co po jakimś czasie stało się uwielbieniem już całego ciała, które do dziś dnia i chyba już na wieki czcze na ołtarzach mojej świątyni głęboko w głowie. Ptaszek i gniazdko. Piękna metafora. Różnimy się jednak nie tylko naturalnym wyposażeniem cielesnym ale i tym, kim i w jaki sposób jesteśmy. W sensie egzystencji. Charaktery, upodobania, przyzwyczajenia, wychowanie. Wszystko bierze w łeb jak wchodzimy w sferę wielkich uczuć. Wielkie szczęście, ból i tym podobne. Dzisiaj mnie olśniło. Totalne oświecenie w sprawie euforii, która panuje między dwojgiem ludzi, którzy zaczynają ze sobą 'chodzić'- czyli być. Dzielenie życia, łączenie światów, synteza dwóch ciał i inne ciekawe określenia. Na początku związku prawie zawsze jest wspaniale, dogadujemy się świetnie i żyjemy przelewającym się szczęściem. To normalne. Tak samo jak fakt- że 'TO' sobie po jakimś czasie po prostu mija. Czemu. Bo- jak mi się wydaje- nie cieszy nas sam fakt tego, że się tak kochamy i jesteśmy oboje tacy cudowni i w ogóle. Cieszymy się z pozytywnej zmiany. Dobrej zdobyczy. To tak jak zakupami- nie wiem jak was ale mnie uszczęśliwiają- oczywiście w sytuacji kiedy kupię sobie coś ekstra. Idziemy do sklepu, znajdujemy te wspaniałe, ponadczasowe, wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju gacie- tak dla przykładu- i cieszymy się nowym gadżetem naszego ekwipunku. Spełnienie samego siebie i swojej prywatnej zachcianki. Tak samo w związku, miłości. Są czymś, brak czego, każdy z nas, prędzej czy później, zaczyna odczuwać. Jeśli nie ciągle, to chociaż jedną, trwającą sekundę lub nawet nie, myślą, przelatującą przez labirynt zwojów mózgowych. Napisałem, że ten zachwyt mija. Tak. Pomimo tego, że istnieją wyjątki. Bo przecież zdarza się tak, że nabywamy kolorowy sweterek, który nawet po wielu latach gdy się zniszczy lub kompletnie straci swoją funkcję- ba- jego żywot dobiegnie końca, a nadal nam w głowie siedzi myśl- ten sweter... Zajebisty był (lub jest). I mimo tego wszystkiego o czym napisałem, warto szukać tej tak zwanej 'drugiej połówki'. Zakochiwać się ciągle oda i przechodzić przez ten początkowy zachwyt, który, co jest możliwe, ma szanse przeciągnąć się do końca życia i jeszcze dłużej. Na co mam zawsze nadzieję, bo pięknie jest kochać i być, a wszystko co piękne, warte jest jakiejś formy poświęcenia.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Something to eat for breakfast.



Zmysłowe- seks i pocałunki, są czymś, w czym powinno brać udział całe ciało, i całe ciało powinno dawać temu wyraz. Taka ot złota myśl mi ostatnio przyszła do głowy. Czemu to piszę akurat teraz? Bo chce pisać o głodzie. Zwlekłem się z łóżka wychodząc spod ciepłej kołdry- co jest nie lada wyczynem o tej porze- żeby zasiąść do pisania, pod szczególną uwagę biorąc fakt, że decyzję odłożenia ciekawej i wciągającej książki, i ułożenia się do pozycji wygodnej na tyle, ażeby pozwoliła mi zasnąć, tłumaczyłem w sms'ie adresowanym numerem telefonu Magdy, ambitnymi planami porannej misji podniesienia mojej leniwej dupy o jakiejś wczesnej godzinie- bliżej określonej ustawieniem budzika na godzinę dziewiątą, oraz tak samo ambitnymi, jak ten poranny wyczyn, planami na cały dzień. Tak więc wstałem, poszedłem zapalić papierosa z głową pełną płynnych myśli na temat tego o czym chce pisać, wróciłem, usiadłem nie do końca wygodnie na skraju łóżka i ot co powstaje. Samo to, że poszedłem zapalić jest już związane z głodem. Odnoszę wrażenie, że pojęcie głodu tak jak i innych ciekawych odczuć i uczuć z biegiem lat nabiera coraz to ciekawszych, mniej lub bardziej skomplikowanych znaczeń. Kiedyś uczucie głodu kończyło się co najwyżej słownym męczeniem mamy o coś dobrego do jedzenia. Dziś odnosi się- świadomie, bo wcześniej może i było wiele takich tłumaczeń rzeczy, ale raczej w podświadomości- do tytoniu, alkoholu i wszelkiego rodzaju używek, jedzenia, seksu, poczucia bliskości drugiej osoby, wiedzy, świeżego powietrza, towarzystwa, zabawy, pieniędzy, określonego rodzaju uczuć, i wielu, wielu innych. Wychodząc na ulice mijamy ludzi pędzących na głodzie do pracy, szkoły, na dyskretne, potajemne spotkanie z kochanką czy do sklepu po jakieś pełnowartościowe żarło- tak, to apel, żeby się zdrowo odżywiać- to ważne. Głód napędza życie i rytm codzienności. Kiedyś biegaliśmy beztrosko, bawiliśmy się w brudnej piaskownicy albo skakaliśmy po drzewach i nieświadomie ocieraliśmy się o rychłą, bolesną śmierć i nawet nie było czasu, żeby myśleć o tym, że trzeba coś dla przykładu zjeść. Ważniejsze było, żeby narazić swoje życie i zdrowie przy dobrej zabawie. Dałoby się tak teraz?
Nadal mogę podziwiać przepiękne świadectwa głodu bycia lepszym od sąsiadów, przejawiającym się walącymi po oczach łańcuchami lampek emitującymi światło wpadające przez okna- co swoją drogą też nie ułatwia zapadnięcia w błogi sen, o czym chyba już marzę. Napisałem co wiedziałem. Reszta odpłynęła, bo problem z płynnymi myślami- jak mógłbym określić większość swoich- polega na tym, że szybko umykają pamięci. Pora spać, pomimo głodu jej ust i ciała ułożonego przy moim boku. Dobrej nocy życzę jawnie ukrywającym się głodomorom. I smacznego wszystkim jedzącym już śniadanie w poniedziałkowy (ach, jak my wszyscy bezgranicznie uwielbiamy ten dzień tygodnia) poranek- nie koniecznie w godzinach przedpołudniowych.

niedziela, 2 stycznia 2011

Breath.


Dłuższy brak nasłonecznienia organizmu powoduje spadki formy dobrego nastroju i częstsze uczucie chandry i niezrozumiałego niezadowolenia. Dla przykładu, obecnie siedzę z kompletnie rozluźnionymi mięśniami całego ciała, drżąc przy mocniejszym uderzeniu basowego bębna, oddycham głęboko w rytm, lewituję gdzieś między gęstym powietrzem wypełnionym dźwiękami Illuminated Hurts'ów a sufitem, który z zamkniętymi oczami zdaje się udawać czarne gwieździste letnie niebo. Kilka dni temu zjarałem się z kuzynem, na początku nie było za ciekawie, ale potem włączyłem swoją muzykę, położyłem się i czułem jak wypełnia mnie każdy dźwięk. Normalnie potrafię dojść do narkotycznego stanu bez wspomagaczy- do tej pory się bałem, jak wpłynie na mnie substancja psychoaktywna. Dalej się boję, że pokocham ten stan bardziej niż stan towarzyszący głębokiemu wdechowi świeżego powietrza i ciepłu promieni słonecznych uderzających mnie prosto w ryj. Byłaby wielka szkoda stracić swoje rzeczywiste ja na rzecz złożonej substancji z dźwięków i drgań, płynącej zamiast krwi w żyłach. Do tego wszystkiego dochodzi senne marzenie o scenie i tłumie ludzi skaczącym w rytm głośnych szarpnięć strun, uderzeń w bębny, i krzyków prosto w mikrofon.




sobota, 1 stycznia 2011

Another day calls out for you to make your own .




Jeden rok się skończył, a kolejny zaczął. Moja męska duma samotnego samca została zmiażdżona przez jedwabną chusteczkę, choć tym razem się wyjątkowo z tego cieszę. Odzyskałem kogoś kogo straciłem dawno temu. Zaczynamy kolejny etap, jak zwykle z obawą czy czegoś nie spierdolę. Chociaż i tak uważam to za swego rodzaju cud, piękny. Powinienem w tym miejscu podsumować jakoś miniony rok, napisać coś o postanowieniach noworocznych i tak dalej, ale szczerze mówiąc, ani mi się śni wciskać wam takie pierdoły. Postanowienia noworoczne są zbędne. Rok jak każdy wcześniejszy miał i każdy przyszły rok będzie miał w sobie coś z dobrej i ze złej strony przypadków mających miejsce na co dzień. Jak to jest, że jednego dnia cieszymy się z wolności wszystkiego co tylko robimy, a na dzień następny nie wyobrażamy sobie jak mogliśmy żyć bez czegoś co tak na prawdę troszkę ogranicza. Ograniczenia chyba jednak są nieodłączną częścią wszystkiego. Może kiedyś nie były, jak się jeszcze mieliśmy jako ludzie w zwyczaju rzucać kamieniami (co zresztą nie do końca minęło) i ganiać z pochodniami po prehistorycznych pustkowiach ziemi. Kolejną rzeczą jaka mnie dziś dręczy, jest to, że puścili nowy sezon mojego ulubionego serialu Californication. Byłoby wszystko dobrze, gdyby gościowi, który odpowiada za scenariusz coś nie odpierdoliło i nie zmienił prawie diametralnie charakterystyki postaci i kompozycji ujęcia poszczególnych scen, sposobu formułowania dialogów między bohaterami i wiele, wiele innych. To chyba znak, że jego historia skończyła się tam gdzie powinna, a moja zaczyna właśnie teraz. Ten serial za bardzo mnie odcinał od świata rzeczywistego i pochłaniał w swoje odrębne wnętrze. Niech i tak będzie- będzie postanowienie noworoczne- dalej żyć i cieszyć się wszystkim czym się da. Chłonąć jak gąbka soki uprzednio wyrznięte silnym uściskiem chęci i ambicji. Jak coś stanie na drodze to przywalę z całej siły, i nawet nie będzie mi szkoda poświęcić do tego celu którejś z zalegających u mnie gitar.

Wcale mi się nie podoba to co napisałem, ale mam problemy z ubieraniem myśli w słowa. Większość pozostaje tymczasem w stringach z wielką trąbom z przodu i kiczowatych oczojebnych sandałach z równie tandetnymi cekinami na paskach.