środa, 30 marca 2011

Among the others.


Ostatnio przy okazji włamania się kogoś z numerem ip pochodzącym z Chin na mojego maila znalazłem coś takiego jak profil konta google. Profil osobowy rzecz jasna. Teraz chyba wszystko krąży wokół kreowania swojego wirtualnego Ja. Swoją drogą dobrym pomysłem byłoby napisanie programu, który zebrałby wszystkie informacje, które umieściliśmy o sobie w sieci i stworzyłby na tej podstawie postać nas określającą. Z drugiej zaś strony mogłoby to przerażać. Wracając do meritum. Tworząc profil znalazłem rubrykę zatytułowaną "na tym się znam". Natchnęło mnie, dało trochę do myślenia i w jakiś sposób otworzyło. Na czym się znam- pojęcie względne. W jakimś sensie znam się na wszystkim z czym miałem do czynienia- bardzo ogólnikowo podchodząc do sprawy. Skończyłem liceum o profilu biologiczno-chemicznym, udało mi się pójść na studia, gram na gitarze i śpiewam- w zespole, uczę się grać na perkusji, grywałem na basie, jeździłem na deskorolce, szukałem gwiazd na niebie z mapą gwiazdozbiorów, stałem po ciemku przy oknie i analizowałem świat, śmiałem się bez przyczyny- i to nie raz, mówiłem do siebie, trzy razy upiłem się jak świnia do uzyskania stanu tak zwanego zgonu, przeszedłem przez rozwód rodziców, przetrwałem alkoholizm ojca, brałem antydepresanty, zdarzyło mi się dłubać w nosie, bawiłem się w podchody, grałem w krawężniki i korzystałem z dzieciństwa, próbowałem marihuany, próbowałem być z dziewczyną, próbowałem być z chłopakiem, jestem z dziewczyną, tuliłem się do drzewa, pływałem nago w jeziorze, zdarza mi się być głupim i robić głupoty, zaznałem szczęścia, próbowałem napisać książkę, zacząłem pisać książkę. Jestem człowiekiem- wiem, że tu nie wszyscy się zgodzą i powiedzą, że jestem królikiem, ale to bardziej gdzieś w głębi. Myślę, że to dobre streszczenie osobowości do jakiejś analizy psychologicznej. Jest tu jakiś psycholog? Proszę o wyprowadzenie wniosków. Bez ogródek. Krytykę przyjmę na klatę.

piątek, 25 marca 2011

Repeat after me: no, no, nooo. Good.


Posrane funkcjonowanie mojego dysku twardego zwanego mózgiem wraz z nagannymi zachwianiami zdrowia spowodowały, że ostatnimi czasy miałem w formie amnezji i nie udawało mi się nic wykrzesać, co by się nadawało na formę pisemną tu przeze mnie przedstawianą. Pamiętam tłusty czwartek- który to swoją drogą powinien przejść do historii, a potem długo długo nic, po drodze jakiś wyjazd do Gdańska z kuzynką, napisanie tekstu piosenki o większość ówczesnych młodych dziewczyn, sporo myśli o otaczającym nas świecie- głownie dotyczącym aury towarzyszącej Przewozom Regionalnym, znowu długo długo nic, bal architektury, który się odbył w Sfinksie w Sopocie, potem (chyba, albo przedtem) całonocne- nie do końca udane- próby z zespołem u mnie w garażu poprzedzające piątkowy koncert w Infinium i to chyba tyle.
Zaczynając od początku. Tłusty czwartek. Uczelnia- pączki. Po uczelni spotkanie ze znajomymi w celu ich dalszej konsumpcji. Gra we wspólne tworzenie śmiesznych historyjek na zasadzie dopisz ciąg dalszy od słowa ostatniego, pączki, oglądanie schizowatych filmów brata Emilii- kumpeli z roku, pączki, oglądanie zmutowanych krów na youtube, więcej pączków.
O wyjeździe do Gdańska z kuzynką nie wiele mogę napisać, poza tym, że po raz kolejny i nie ostatni spotkałem się na drodze ze spadającymi na łeb, na szyję umiejętnościami prowadzenia pojazdów osobowych osób poruszających się nimi po drogach miejskich. Twór w postaci tekstu piosenki powstał w bardzo uproszczonej formie i nic z nim dalej nie robiłem.
Coraz bardziej mnie przeraża i dołuje w jakiś sposób styczność z ludźmi- ogółem. Świat się stacza, albo już dawno się stoczył a ja to dopiero teraz zauważam. Problem alkoholu jest wszechobecny. Rano, wieczór, we dnie, w nocy, jest wszędzie i zawsze. Ja wiem, że ludzie z alkoholem problemów nie mają, a raczej bez niego, ale z drugiej strony czy alkohol jest rzeczą godną absorbowania sfery problemów normalnego człowieka? W komunikacji miejskiej syf, bród, smród i ubóstwo. Ciekaw jestem czy jest takie miejsce na ziemi gdzie to nie występuje. Jeśli tak, proszę o translokację, jeśli nie eksterminację ludu, którego ten problem się tyczy, albo masowe uzdrowienie. Głupocie i bezmyślności też by się coś takiego przydało.
Bal architektury- pierwsza tak liczna integracja osób z roku i nie tylko. Bo bardzo długiej przerwie wizyta w odmienionym niby Sfinksie- osobiście oczojebnych różnic nie zdołałem zauważyć. Po tamtym wieczorze wzięło mnie na słuchanie muzyki z rodzaju SebastiAn.
Powiadomiłem oficjalnie zespół, że od nich odchodzę, zaraz po nagraniu dotychczasowego materiału w przynajmniej zadowalającej mnie jakości. Chyba nie pomogło i dalej niektórym to wisi. Trudno. Decyzja podjęta i najwyraźniej słusznie. Przygotowania poszły tak jak się spodziewałem, i efekt był również taki jaki można było się domyśleć. I mimo tego, że ludu się podobało, ja uważam, że po raz kolejny osiągnęliśmy znakomite- dno. Jedno dobre- przenoszę się na półkę wyżej jeśli chodzi o sprzęt, którego używam. Sprzedaję wzmacniacz i kupuję- wzmacniacz. Lepszy, lżejszy, mniejszy, fajniejszy, bardziej kolorowy i chwalony przez ogół wtajemniczonych w temat osób. Po koncercie- kilka przydatnych mi osobiście wniosków, mały Armagedon w pokoju (przybyło kilka przestrzenio-chłonnych przedmiotów ściśle związanych z zespołem), kilka dobrych pomysłów i mobilizacja do działania i zrobienia czegoś z... Chyba ze sobą. Bo co innego mi pozostało.
Ach tak! Wiosna! Zastała nas wiosna! Hura! Yepee! Yeah! Ale długo to nie potrwało. Piąty dzień wiosny, za oknami śnieg, znowu zmarznięty nos i palce i rąk, gruba, cebulowa warstwa ubrań. Powtórka z rozrywki, a już myślałem, że po raz kolejny takowej nie będzie. No cóż. Co zrobić. Trzeba po raz kolejny jakoś to przetrwać.

wtorek, 1 marca 2011

Refreshing splash.


Woda. Nie wiem czy wam też, ale mi się na maksa kojarzy z dzieciństwem. Pamiętam jak zawsze za bachora, jeździliśmy z rodzicami do ich znajomych nad jezioro, gdzie domek znajdował się jakieś dwadzieścia metrów od jeziora. Zazwyczaj jak już wszyscy rano powstawali robiliśmy sprint do jeziora, żeby się umyć, opłukać czy cokolwiek z tych. Jako, że prawie przez całe życie w porach rannych mojej twarzy towarzyszyło nieziemskie zamulenie, w chwili kiedy się ona zderzała z taflą wody pojawiało się uczucie niesamowitego orzeźwienia. W ogóle, nie kończyło się to wszystko oczywiście tylko umyciem. Zazwyczaj potem była przynajmniej godzina zabawy w wodzie. Opryskiwanie się wodą, stawanie na rękach do góry nogami, rzucanie się w dal, podtapianie się i tego typu przykre rzeczy. Żartuje. To były jedne z najpiękniejszych chwil w życiu, których mi brakuje. Aczkolwiek uczucie orzeźwienia w zetknięciu twarzy z wodą o poranku nadal mi towarzyszy. Zazwyczaj pod prysznicem. W ogóle, dobrze jest zacząć dzień od prysznica, miłego zajęcia- jakim w moim przypadku jest puszczenie głośno skocznej i wesołej muzyki a 'la Plan B - Stay Too Long, czy Arctic Monkeys - From The Ritz To The Rubble. Polecam. Od razu ma się więcej siły na energiczne przeżycie dnia. Zawsze jak chodziłem do pracy w różnych godzinach w ciągu całej doby, strasznie mi się nie chciało, sytuacja się zmieniała jak rano słuchałem tego typu muzyki i zaczynałem skakać po domu. Wtedy to już czułem się na siłach, żeby góry przenosić. I tak jest do dziś. Świat się zmienia. Nie znowu aż tak bardzo.

środa, 23 lutego 2011

Ciało/body.


Z ciałem jest tak, że mamy je od samego początku. Ciągle coś z nim się dzieje, ciągle rośnie, wymyśla jakieś dziwne historie, choroby i tym podobne. Mamy je przez całe życie a tak w zasadzie w większości przypadków nie wiele na jego temat wiemy. Stroimy to ciało w jakieś dziwne ubrania zamiast biegać na golasa- podczas gdy większość ciał jest na prawdę piękna- dla znakomitej większości ludzi opinii. Czemu zatem nie chodzimy nago? Szczególnie biorąc pod uwagę, że ostatnimi czasu ciało staje się dla wielu przedmiotem kultu. Dbamy o nie, pielęgnujemy na wszelkie możliwe sposoby, staramy się zapobiec jego starzeniu. Czemu? Przecież stare pomarszczone ciało też ma swój urok. Osobiście chciałbym być na stare lata pomarszczony jak mops, albo chow-chow. I siwy. W każdym wypadku powinniśmy być godni i szczęśliwi z tego co mamy- oczywiście pomijając skrajne skutki nie dbania o zdrowie i tym podobne. Ciało jest w dechę. Z ciała wychodzą inne ciała, niektóre ciała nawet czasem w ciała wchodzą, żeby te wcześniejsze ciała wyjść mogły. Ciało przy ciele też się często znajduje, czy to w ubraniu czy bez. Ciał jest w pip, ciał jest wszędzie pełno. Cały ten świat jest przepełniony naszymi ciałami, i nie wiem jak to wszystko by miało funkcjonować bez nich. Ergonomia ewolucji. Ciało można pieścić, ciało można całować, ciało trzyma nas w kupie, i kupę trzyma też ciało. Tak to wszystko postrzegam, biorąc kilka myśli do kupy.

czwartek, 17 lutego 2011

Imaginative.


Smród psa wylegującego się całymi dniami w ojca warsztacie, w największym syfie jaki istnieje- jest czymś... No nie mogę w tym wypadku napisać cudownym. To tak w opozycji do ostatniego wpisu. Tak. Znowu pies mi chciał pokazać jak bardzo mnie kocha i jak bardzo lubi czuć moją pościel pod sobą zamiast jego wygodnego materaca. Niestety, przepiękna- acz ulotna- woń kobiecego ciała nie ma szans w starciu z Beti i jej legionem barw zapachowych. Moja senność chyba też wymięka.
Wczoraj miałem niezwykle twórczy dzień. W zasadzie to był ogółem udany i dobry dzień. Zaczął się od tego, że jadąc pociągiem na zaparowanej szybie napisałem słowo 'uśmiech!' a później miałem okazję podziwiać ludzi, którzy ulegając propagandzie zdecydowali pójść za tym ciosem i się promieniście zaczynali uśmiechać. Dowiedziałem się, że odzyskam szybciej niż się tego spodziewałem moje buty, które to byłem zmuszony oddać w celach reklamacyjnych. Zauważyliście, że w tych czasach już wszystko, totalnie wszystko, nawet, jeśli kosztuje kupę kasy- co niegdyś jednak znaczyło- a przynajmniej tak mi się wydaje- o jakości i trwałości- wszystko jest robione na opak. Rozpada się po jednej dziesiątej okresu gwarancji, co upoważnia nas oczywiście ze skorzystania z niej, ale kogo nie denerwuje konieczność jeżdżenia do sklepów w takim celu. W dodatku sklep, o którym myślę jest w Galerii Bałtyckiej- wielkim Koloseum w wydaniu współczesnym, miejscu walki tytanów- kobiet, i mężczyzn, zwykłych, słabych śmiertelników. Przynajmniej ja się tak czuję wchodząc do tego typu centrum handlowego na przykład z moim lokatorem Sławkiem, który chyba w tej relacji spełnia się w roli kobiety jednak. Poza tym nie lubię tego typu zatłoczonych miejsc.
Wracając po ciemku już z uczelni napisałem w pociągu kilka tekstów, albo raczej ich szkice, które mam zamiar użyć w procesie zdobywania sławy z zespołem Scream City Scream. Swoją drogą nie tylko wracałem po ciemku, a i pisałem po ciemku, bo chyba komuś w pociągu spodobał się stroboskopowy efekt wywołany przez zabawę włącznikiem światła. W domu grałem jakiś czas na gitarze i stworzyłem kolejne kilka szkiców, tym razem w sferze dźwiękowej (...) - tu zasnąłem, tym samym straciłem wątek. O czym to ja, ach tak, pościel o woni psa, kilka przydatnych mi rzeczy, bla bla bla, festiwalowe wydanie podróży pociągiem. Ok. Potem był ciężki poranek, nijaki dzień na uczelni, odebrane buty, obserwacja gołębi, i podróż do domu. Skończę na obiedzie i poczekam na kolejny przypływ weny. Dobry plan- to jego brak. Pozdrawiam.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Smells like spring spirit.


Pruszcz Gdański, miejscowość rozwoju kultury. Świetny koncert. Świetna kapela. Mistrzostwo chały, czempioni kiczu, potęga sceniczna, bezkonkurencyjny pod względem profesjonalizmu zespół. Musiałem chyba dojrzeć do wywleczenia tej opinii z głębi swoich skłębionych myśli. Totalnie zmiażdżonych na tym koncercie. El Polbud Zespół Max okazał się tworem, który przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Po powrocie przypomniałem sobie czasy z dzieciństwa. Jeszcze kilka dni temu wspominałem z Magdą to miejsce, jako kojarzące mi się z próbą ratowania mojego życia- przypominającą bardziej próbę morderstwa. Z uwagi na szacunek do śpiącego ojca i możliwości wymiotowania w nocy zdecydowałem spać w sypialni, w której to właśnie kiedyś, jak byłem jeszcze małym gówniarzem, pewnego razu spałem i ssałem Tymianek i Podbiał, wtem nagle zacząłem się dusić tą tabletką, co wywołało prawdziwie piekło- jeśli chodzi o reakcję moich rodziców. Nigdy nie miałem okazji podziwiać świata do góry nogami przez tak długi czas. Tym bardziej, że któreś z nich mnie trzymało nogami do góry za kostki i potrząsało. Ów pomieszczenie znajduje się na samej górze mojego domu, gdzie obecnie nikt nie urzęduje i panuje istna Syberia. Tę notkę po części pisałem cały pod kołdrą- w przerażeniu przed zimnem. Pomimo znaczącej zawartości promili we krwi.
Zobaczyłem słońce- zacząłem jeździć na rowerku do ćwiczeń. Poczułem temperatury dochodzące do minus dziesięciu stopni Celsjusza- przestałem jeździć na rowerku do ćwiczeń. Zaniedbałem oglądanie nowego- czwartego już- sezonu mojego ulubionego serialu- Californication. Udało mi się- troszkę skurczyć żołądek i dojść do wagi prawie mnie zadowalającej. Zżarłem pół pizzy, drugie pół zostawiłem na rano. Waga wróciła do swojego poprzedniego poziomu. Przeniosłem miejsce noclegu z łóżka na materac leżący tuż zaraz obok łóżka, na podłodze. Uzależniłem się od kolejnych piosenek. Poczułem oddech Pink Floyd'ów grając na gitarze. Poczułem oddech Led Zeppelin'ów grając na gitarze. Poczułem oddech Death Cab For Cutie grając na gitarze i basie. Poczułem swój własny oddech po papierosach. Poczułem, że spodnie nie nadają się do użycia po dwóch tygodniach walania się gdzieś po pokoju. Poczułem psa na moim materacu. Poczułem, że mojego psa zdecydowanie, definitywnie i jak najszybciej- trzeba wykąpać. Poczułem nową graniczącą z braterstwem przyjaźń. Poczułem motylki w brzuchu i łzy szczęścia w oczach. Poczułem wiosnę- ale chyba tylko i wyłącznie tu się pomyliłem, jeśli chodzi o czucie. Poczułem też zgrozę widząc plan zajęć na nowy semestr na uczelni. Poczułem wiedzę. Zaraz po tym poczułem jak szybko potrafi ulecieć. Poczułem dreszcze przy głośnej muzyce. Poczułem znowu ochotę na przemeblowanie i przemalowanie pokoju. Poczułem jak bardzo i jak często będzie mi wielu rzeczy brakować w tym roku. Po angielsku nazwałbym to pre missing, a po polsku? Przed-tęsknota? Mimo wszystko wierzę, że będzie dobrze. Musi być. Zawsze jest. Czujecie to?


czwartek, 10 lutego 2011

Early night.


Zapach kobiety jest czymś niesamowitym. Nie pierwszy raz kładę się, i pierwsze co, to zaczynam w panice wciągać głębokimi wdechami przez nos jej zapach, który został w pościeli, pod którą razem spaliśmy. Mógłbym co noc zapalać świeczkę czy kadzidełko o tym zapachu, albo wypełniać dymem, palącego się tytoniu o tym zapachu, pomieszczenie kompletnie pozbawione wentylacji i pływać w gęstwinie tej toni śniąc o nie do końca grzecznych czynnościach, ze skutkiem porannego pobudzenia pewnych okolic męskiego ciała. Pewnie męska część czytelników tego bloga doskonale rozumie o co mi chodzi. Zresztą podejrzewam, że damska część też tak ma, choć może troszkę inaczej. Nie powiecie mi chyba, że nigdy wam się nie zdarzyło obudzić się w stanie gotowości do uprawiania namiętnego seksu.
Ostatnimi czasy, korzystnie zmarnowałem sporo czasu na odświeżaniu mojego bytu w różnych miejscach, jak choćby pobliski pub Galeria, czy pomieszczenie z rowerkiem stacjonarnym do ćwiczeń w moim domu. Dalej. Spędziłem całą noc z dwojgiem bardzo dobrych kumpli grając w jakieś gry komputerowe. Byłem z wspaniałymi ludźmi we wspaniałym miejscu- mianowicie z Karolem, Kasią i Magdą w Red Light'cie w Gdańsku. Byłem też- chyba po raz ostatni- w kinie Krewetka w Gdańsku. Co skończyło się wypełniającym mnie żalem i zdegustowaniem w stosunku do ludzi, jak i miejsca, spowodowanym zachowaniem, co poniektórych, na wspaniałym filmie i stanem foteli oraz samym przebiegiem seansu, łącznie z poprzedzającymi go reklamami. Doszedłem też do wniosku, że znam bardzo mało osób, które mają nie posrane stosunki w rodzinie. Co rusz jakieś rozwody, kłótnie prowadzące do różnego rodzaju mniej lub bardziej patologicznego zachowania. Przy czym wyjaśnię, że patologią zwykłem nazywać wszelakie odstępstwa od normalności i logiki praworządnego postępowania. Sporo się posunęło pod względem twórczości w dziale 'muzyka' w moim życiu. Przybyło kolejnych kilka planów na różnorakie wydatki mniej lub bardziej potrzebne, praktyczne i tym podobne. Przeżyłem kolejne doświadczenia w sferze rozwoju aktorstwa w moim ja przy okazji kręcenia etiudy ze Środasem. Udoskonaliłem przy tej okazji również umiejętności rzutu szklanką o ścianę, co też podniosło o poziom wyżej stopień cierpliwości mieszkańców domu oraz sąsiadów. Zapoznałem się z oświetleniem, które powodowało, że po jego wyłączeniu u mnie w pokoju potykałem się o duże, ciężkie do nie zauważenia przeszkody typu mebel- przy zapalonym świetle, którego używam na co dzień, i które to zazwyczaj starcza, chyba, że poziom promili we krwi jest większy niż to dla mojego organizmu dozwolone. Nabrałem doświadczenia w dziedzinie kulinariów. Ugotowałem ciekawy obiad. Odkryłem, że ciekawe nie musi się równać z dobrym i smacznym. A przynajmniej nie w całości. Upiekłem z Magdą ciasto kokosowo-brzoskwiniowe, które wyszło wyśmienite, ale niestety zbyt kruche. I za szybko zniknęło. Za to ja dziś ze zniknięciem mam problemy. Troszeczkę za bardzo się rozbudziłem słuchając piosenki ''Gay Bar'' użytej w pierwszym, unikalnym klipie dotyczącym koncertu potęgi estrady, której logo jestem autorem, El Polbud Zespół Max. Ale przynajmniej dzięki temu powstała, na pewno przez wielu, oczekiwana notka. Planowałem ostatnio zmienić porę pisania na poranną, żeby choć raz móc napisać dzień dobry zamiast dobranoc, ale nie wyszło. Nie istotne. Mam złoty środek. Dobranoc- tym, którzy to czytają pod wieczór lub w nocy. Dzień dobry tym co czytają za dnia. Na żywo, ze słonecznej Kalifornii monolog z Państwem miałem zaszczyt poprowadzić ja, Piotrek aka Rabit Fiuk. Oddaję głos do studia.

sobota, 5 lutego 2011

This song is for u.


Dziś od końca. Totalna rozpusta. Wspólny oddech. Więcej, więcej, więcej. Energii. Choćbym padał na pysk, i tak znajduję w sobie tą iskrę, która rozpieprza wszechświat i powoduje, że potrafiłbym skakać do granic możliwości. Przypomniał mi się każdy koncert, na którym dawałem z siebie na prawdę wszystko. Dzień minął- podniosłem się z łóżka w środku nocy- szósta rano. Po raz kolejny poznałem uroki trójmiejskiego get up i w samochód, i na ulice, na 'trzy czte-ry'. O ósmej rano zacząłem ćwiczyć granie na gitarze- i nie to, żeby jakoś cicho i dyskretnie. Potem przeczytałem sporo informacji o tematyce muzycznej. The White Stripes, o których wspominałem, kończą działalność- co jest dość zrozumiałe i podzielam ich podejście. Jak najbardziej. Lepiej coś doprowadzić do stanu idealnego i to zostawić, niż to zużyć i sprowadzić do ruiny i zapomnienia. Open'er staje się coraz ciekawszy i mam wrażenie, że ogłaszając kolejnych wykonawców robią coś na kształt ciszy przed burzą. Potem nastąpi pierdolnięcie w postaci takich wykonawców na myśl których ludzie będą srać, rzygać, płakać i się ślinić ze szczęścia posiadania możliwości uczestniczenia w możliwości w ogóle zajścia czegoś takiego. Chciałem napisać o tym jak bardzo dziś już nie chce mi się pisać. Tak więc- nie wyobrażacie sobie jak kolosalnie, przeraźliwie i wręcz skrajnie nie chce mi się dziś już pisać. Ot co. Dobranoc. Uśmiech!

czwartek, 3 lutego 2011

Dream a little dream...


Siedzę i szukam moich myśli, które mi wpadały co jakiś czas w ciągu dnia i nic. Chodzę po domu. Nic. Patrzę przez okno i słucham muzyki. Nic. Nawet przejrzałem wszystkie wiadomości w skrzynce odbiorczej i nadawczej mojego telefonu komórkowego. Nic. Na szczęście po chwili skupienia się nad tym jak mi minął dzień przyszło olśnienie.
Jest coś takiego, co nazywamy american dream. Ja zauważyłem, że wyróżniam jeszcze coś co bym nazwał snem Nowego Jorku. Kojarzy mi się to z pozytywną stylistyką- szelki, kapelusze, szaleństwem, skocznym tańcem, wiecznymi imprezami. Takim kolorowym życiem. Coś co czuje jak słucham i oglądam teledysk do na przykład piosenki Barbara Straisand. Jest też coś takiego co nazywam kalifornijskim snem (teledysk do Billionaire). Pełen luz. Zero trosk i wolność wszystkiego, czego może dotyczyć. Udziela mi się klimat każdej piosenki którą słucham. Ma to swoje pozytywne i negatywne skutki. I pomimo tego, że powoli zaczynam się uczyć sterować własnym nastrojem poprzez dobór muzyki, którą słucham- tak to uzależnienie- to i tak bywa tak, że ulegam nastrojowi na tyle, że w sumie dobieram muzykę już do nastroju. Nie macie tak czasem, że lubicie podumać? Poużalać się nad sobą- czego nie pochwalam- w swoim kącie, w pokoju, na łóżku, pod kołdrą, czy przed dużym oknem z papierosem w ustach, późnym wieczorem w czasie deszczu?
Od pogańskiej godziny dziesiątej trzydzieści rano służyłem jako aktor w nagraniach etiudy na uczelnię, w wykonaniu Michała Środasa- który to zwalił mnie z łóżka w sumie. Przynajmniej charakteryzacji nie potrzebowałem. Miałem być zmulony- i taki też byłem. Nie przemyłem nawet twarzy. Zjadłem śniadanie- kawa z papierosem- co by za dużo energii nie mieć. Nagraliśmy wszystkie potrzebne elementy do sceny pierwszej z sześciu. Czas zleciał szybko. Pojechałem do Sopotu zaliczyć angielski, modląc się w duchu żeby tej kobiety już nie było na uczelni jako, że nie czułem się na zaliczenie ustne tego materiału- szczególnie zważywszy na moje nie-ogarnięcie. Czułem się jak przed wizytą u dentysty- a podobno jestem bardzo kontaktowym człowiekiem. Zaliczyłem. Brawo. Wróciłem, zjadłem obiadokolację. Odwiedziłem moją ukochaną i jej psa. Bawiłem się z psem. Z Madzią porozmawiałem, próbując przywrócić ten promienisty uśmiech, który tak mnie zawsze podnosi na duchu, i uciekłem. Pojechałem do mojego drogiego przyjaciela- Karola. I do jego dziewczyny. I psa. Tak. Główna atrakcja. Jak dojdę do wniosku, że u mnie w domu jest nudno- na pewno kupię sobie tego typu zwierzę. To zawsze urozmaica, nawet krępującą ciszę, którą zazwyczaj cholernie ciężko zabić. Polecam. Psy i inne takie. Dziś troszkę wcześniej niż zwykle- życzę spokojnej nocy, i psa w przyszłości. Nowojorskiego snu z nutką kalifornijskiego wyluzowania. To bardzo pozytywne. Amerykańskiego snu nie życzę bo to podobno nie zdrowe.


I na koniec, na dobranoc ;) brzmi troszkę jak stary winyl.

Day of discovery


Koszmarny poranek. Ciężko, oj ciężko było tyłek ruszyć nawet jeśli to faktycznie była godzina jedenasta, w co mój organizm chyba nie do końca wierzył. W miarę sprawnie przyodziałem pierwsze znalezione kompletne ubranie. Ruszyłem do Sopotu po zaległe prace grupy. Wróciłem bez zaległych prac. Po drodze wstępując do głównego gmachu Politechniki Gdańskiej, co by właśnie te prace oddać. Oddałem swoją. Po czym dostałem ją z powrotem. Co za niewdzięczność losu. Znowu trzeba poprawić. Odkryłem, że potrafię szybko jeździć samochodem. I łamię notorycznie coraz to więcej przepisów drogowych. Albo raczej ułatwiam sobie ich skutki komplikacji i tak już trudnego, zmotoryzowanego poruszania się po trójmieście. Odkryłem też, jak przyjemnie jest jeść bułkę popijając kefirem z polskim znakiem jakości, w samochodzie, w podziemnych parkingach galerii handlowej Madison. Wiele godzin nie do końca owocnej nauki- przewidując- ale się później okaże. Krótka przerwa w nauce w godzinach już nocnych. Skończyło się oczywiście zaskoczeniem. Krótka w zamiarze zamieniła się pod impulsem twórczości The White Stripes w trzygodzinne granie, wymyślenie dwóch piosenek, całej playlisty na koncert, łącznie z długim intro, przejściami pomiędzy utworami, i wieńczeniem w postaci dowartościowania moich piśmiennych rzygowin. Okryć końca nie widać. Jestem uzależniony od otaczającego mnie świata. Moje jestestwo kształtują kolory, muzyka, ludzie, których kocham, lubię i podziwiam i wiele innych. Stąd też wpadła mi do głowy kolejna materialna sprawa. Mianowicie zakup czegoś co mi się będzie podobać pod względem kolorów i duszy jaką mam nadzieję to coś będzie posiadać, czegoś w czym mógłbym pisać teksty- głównie pomysły na piosenki. Czarny okładką, mały, zlepek czystych kartek papieru. Pomijając już fakt, że ostatnio miałem w zamiarze kupować starą maszynę do pisania.
A teraz, z poczuciem zajebistości i ciepłymi skarpetkami na nogach biorę się za realizację marzenia o odpoczynku po dzisiejszym skomplikowanym dniu. Dobranoc.