Swój urlop zacząłem od włączenia Tindera, wjeżdżając pociągiem do centrum Wrocławia. Jak wygląda Wrocław- się zapytałem. Wszystkie pedały wyglądają tak samo. Ale w dwóch wariantach. Albo szczupli szpakowaci z długimi zaczesanymi włosami, a Ci drudzy to bardziej pucowaci z wąskimi oczami w wieku 25-30. Koniecznie z brodą. W ogóle większość ma tu brodę. Kasia 26 też. Drugą rzeczą jaka mi wpadła w oko to to, że ludzie na dworcu są ze stowarzyszenia dziwnych kroków. Przynajmniej dziesięć ewenementów mi przecięło drogę na trasie peron-Starbucks. Wypiłem kawę. Zjadłem crossainta. Posłuchałem mojego ukochanego Skubasa. Wypiłem Chai Tea. Poszedłem na spacer. O siódmej rano. Wrocław taki do Gdańska podobny. Pierwsze co mi się w oczy rzuciło to NOT, i pełno budynków architektonicznie podobnych analogicznie do Gdańskich. Nawet jest PGE w wersji biurowej. I żółty zamek zamiast dworca. He. A! I Polish Lody mają. Takie różnice. I widziałem stacje kontroli pojazdów która była chyba restauracją bo od razu pod plastikowymi literami z info o tym co to za miejsce była gablota z wielkim menu. Swoją drogą było by miło z ich strony. Wpadasz na coroczne badania diagnostyczne autka i przy okazji zjadasz coś, co cały rok za Tobą chodziło. Ja na diagnostykę auta nigdy jakoś specjalnie nie czekałem, a w takim wypadku czekałbym jak na świąteczny barszczyk babuni. Brak światła? No problemo. Idź Pan utłucz trzy schabowe to Panu podbijemy. Albo kilo kartofli jako łapówkę. Wszędzie mogło by tak być. Na egzamin prawa jazdy jechalibyśmy z czym. Z workiem węgla. Albo z czym tam sobie wyobrazicie. Chętnie poczytam co Wam wpadnie do głowy. In comments below.
Po spacerku wokół Starego Miasta utwierdzając się w tym, że jest za wcześnie na większość miejsc typu Muzeum Sztuki Nowoczesnej i jego kawiarnia na dachu czy inne parki rozrywki i kluby gdzie puszczają dobre techno przy którym dałoby się potańczyć, koniec końców wróciłem się drugi raz na ulicę Świętego Antoniego do lokalu, który nazywał się Szynkarnia. Tam też zeżarłem omlet a jak kelnerka zaproponowała mi do picia koktajl o nazwie Detox stwierdziłem, że to znak, że tak miało być, oraz że obsługa jest tak jak i ja wyczulona na krzywdę ludzką. No i poznają osoby zmęczone weekendem na przykład. No nie wiem. To tylko domysły. Dwanaście nalewaków z piwkami rzemieślniczymi kusiło ale nie chciałem zepsuć tak zdrowego śniadania. Zjadłem, wypiłem, poszedłem na autobus. Jadąc na lotnisko zasnąłem. Autobus potrącił jakąś babcię. Obudziłem się. Zastanowiłem się nad sobą. Odrzuciłem czarnowidztwo i wsiadłem do samolotu razem z resztą cebulaków i makaroniarzy. Sfrustrowany dantejskimi scenami z kolejki do bramki oczywiście. Krzyk, żal i łzy.
I się zaczęło. Bolonia. Miasto, do którego, jak się domyślacie zjeżdżają wszyscy z lotniska, i z którego na to lotnisko się wesoło wybierają. Ledwo dotarłem- przypomniałem sobie, że Włosi mają dużo wolnego. Naprawdę dużo. Ilość ludzi tutaj przyjeżdżających na liczbę miejsc otwartych, gdzie ludzie Ci mogliby się podziać jest... Mała. Ledwo usiadłem i zamówiłem sobie kawę a już byłem się stałem świadkiem samowolki na ulicach (i piesi i kierowcy) oraz kradzieży - weszło takich czterech ubranych w pstrokate lniane czy nie lniane szaty kontrastujące z ich kolorem skóry- if you know what I mean- wzięło cztery małe Heinekeny z lodówki, pokręciło się po lokalu, koszystając z kolejki przy barze w sposób konsumpcyjny, uprzednio otworzywszy sobie złotymi zębami owe browareczki przy okazji pozbywajając się kapselków na zasadzie- tu se plune, tam se kopne, onga onga salamalejkum- i co... I co? Usiedli. A potem? Zmarnowali trochę tegoż trunku bo się- oj- spieniło- jak się o stoliczek oparłem. Spieniło się, na stolik. A potem? No wyszli. Razem z jeszcze nie dopitymi Heńkami. Gdyby nigdy nic. Mogło chodzić o łapówkę. Zaraz jak tamci wyszli wlazło dwóch Carabiniero. Leniwym krokiem. I żadnych krzyków, gonitw. Nic. Chociaż nie. Bo jakby to chodziło o łapówki to by jeden z kradnących- ten najbardziej pstrokaty (widać, papa del mafia) nie chodził z browarkiem i dla zmyłki piędziesiąteczkom eurasków w papiereczku. A może ja po prostu czegoś nie chwytam? Nie czuję klimatu? Tak czy inaczej. Nie ingerując w tamtejsze relacje poszedłem szukać swojego pociągu da Bolonia, a Ancona. Zagadując raz na jakiś czas, do równie co ja zdezorientowanych włochów i nie-włochów- czyli, taka analogia, łysych. Tak czy inaczej. Mój tęgi umysł i niezawodny zmysł podróżnika poradziły sobie bez nich wszystkich i wcisnąłem swoją szanowną do odpowiedniego pociągu. Trudno nie było, bo- jak to się mówi- z(a) tłumem! I na pochybel.
Tak więc tkwię między Republikaninem Południowej Afryki, starym Francuzem, obywatelką Londynu oraz Włochem chińskiego i/lub koreańskiego - jak podejrzewam- pochodzenia na wzór tych czterech pięknych stron świata, no i tak siedzę i piszę. I chyba na tym na dziś skończę bo na korytarzu ciężko się bić jedną ręką. Poza tym powinienem dawkować Wam takie rzeczy bo no... bo mogę. Poza tym nie chcę redaktorki zmęczyć zbyt dużą ilością tekstu na raz. Ciao! Do następnego.
środa, 23 września 2015
Flądrywciemnościachbijąsięzwerwą.
sobota, 8 listopada 2014
Stinkyfeetfeelthebeatnonsensnonses.
Jesteś tam gdzie jesteś i stoisz tam gdzie stoisz, chyba, że leżysz - albo siedzisz. Możesz też wisieć lub spadać, niejako zawieszony w mniej lub bardziej określonej przestrzeni. Tak czy owak, nie zmienisz tego. Zmienić się może sytuacja, a Ty bedziesz nadal w tym samym położeniu. Nie jestem do końca pewien tego co czuję to pisząc. Co dokładnie mam na myśli. Chyba, że dokładnie to co piszę.
Straszna noc w pracy minęła tak skrajnie jak dawno tego nie doświadczyłem. Ułamki sekund dzieliły momenty podskoków z nie opisanej radości i przypierdolenie komuś w ryj. Taka praca. Ludzie tacy. I złośliwości rzeczy nieżywych. Po pracy wracam do domu i pierwsze co, kładę się na łóżku a jedyne co może mi przeszkadzać, to śmierdzące skarpetki po całej nocy spędzonej w tanich butach z haemu czy innej wyspy. Rolety w wykuszu kołyszą się na ciepłym powietrzu z grzejnika. Falują równomiernie wpędzając mnie w ślepy zaułek zaciekawienia niczym ciekawym. Chociaż, jeśli chwilę dłużej nad tym pomyśl, to fizyka wydaj ssię być ciekawa. Leżę i zadaję sobie pytanie, czy dam radę przedrapać się przez, jak wydawać by się mogło, średniowieczne tapety i tynk - oczywiście, że zdaję sobie sprawę, że w średniowieczu mogli w ten sposób nie wykańczać wnętrz - do pięknie rdzawych cegieł, mojego ulubionego w nowym domu - ryzalitu. Czy w moim łóżku mieszkają nieznane dotąd gatunki, gryzących mnie po nocach, owadów. Czy moje pranie już wyschło i czy gdy zasnę, obudzi mnie pierdolnięcie lustra o ziemię, bo rzem je pod tak dużym kątem pod ścianą oparł. Czy obudzę się na czas - czyli nie zaśpię do pracy dziś na czternastą. Pierdoły i wiewiórki. Przegrałem z dywizami [i z analfabetyzmem przyp. red.] . Pora spać. Miłego dnia.
niedziela, 2 listopada 2014
Oobejakjaniemoge.
Obudziłem się z głową pełną pomysłów. Chociaż mam wrażenie, że jednak trochę jeszcze spałem, bo aż nie możliwe. Miałem zamknięte oczy a przed nimi pojawiały się obrazy, które rozumiałem - mimo, że już prawie nic nie pamietam. Widziałem dwie drewniane albo ratanowe miski wypełnione bonami promocyjnymi. Na rzeczy. Nie pytajcie jakie. Pamiętam tylko duże 'co do kurwy nędzy?!' w moich myślach bo to nie były rzeczy, na które robi się bony promocyjne. Iks de. Widziałem też obraz z dużym plastikowym pudełkiem na płatki śniadaniowe, jak z amerykańskich filmów. Rzecz w tym, że było w lodówce - kto u licha trzyma płatki w lodówce?! Na dolnej półce, w prawym, tylnym rogu za czerwonymi, plastikowymi tubkami z ketchupem i sosem barbecue. Na pudełku była duża czarno-czerwona etykieta z wielkim napisem GAY CORN. Podobnym do logo strony Gazprom - o to też nie pytajcie - po prostu wiem. Myślę, że gdybym pospał jeszcze trochę to miałbym szansę na jakąś nagrodę. W dzidzinie. Rzeczowej. Nie wiem. Chyba jednak nie do końca się wyspałem. Odkreślam właśnie szóstą kreskę na ścianie więziennej celi. Szósta noc pod rząd w pracy i już zaczynam świrować. Starzeje się. To znaczy, że Ty też. Że kiedyś się spotkamy i będziemy sobie zmarszki wyliczać. Lubię zmarszczki, więc możesz do końca życia liczyć na mój uśmiech. I'm just saying. Albo selling. Myself.
poniedziałek, 27 października 2014
Killmetvkillmereality.
Doświadczyłem wczoraj niesamowitej retrospekcji z mojego ćwierćwiecznego żywota. Przeleciałem jakieś siedemset kanałów telewizyjnych. Przypomniałem sobie jak to jest robić coś, co kiedyś było dla mnie jak dzisiejszy odpowiednik przewijania facebookowej ściany. Tylko trochę lepsze. Przynajmniej się nie oklamywalem. Świat też mniej mnie chyba oklamywal. Wyborem szczęśliwych momentów z życia innych ludzi i masą wiedzy bezużytecznej, która w większości wypadków bywa wyssana z palca. Sprałem sobie mózg przy polskim, zrobionym dla jaj, serialu Bartka Kędzierskiego- La Maviuta- udającym latynoską telenowelę- polecam. Uroniłem łzę w trakcie dokumentu o Eboli, a wcześniej- stojąc w oknie z mentalna fajka w ustach. Leżałem na sofie, wpieprzalem popcorn i głaskałem koty. Przesiedzialem kilka godzin, jak ta cma barowa, tym razem z herbatą, podpierajac o łokieć ciężką głowę zawieszona nad drewnianym blatem jednego z gdańskich lokali. Wróciłem do domu obzerajac się hot dogami ze stacji benzynowej, którą mam zawsze po drodze. Obejrzałem stary odcinek mojego ulubionego serialu i katujac jedną piosenkę z tej serii- na koniec tego pięknego dnia, przesiedzialem kilka minut w oknie paląc ostatniego dziś papierosa. Gapiac się przy tym w głuchą przestrzeń niebosklonu rozposcierajacego się między koronami drzew i blokami z na przeciwka, a dachem kamienicy, w której mieszkam. To był spokojny i miły dzień. Dużo myślałem o tym jak teraz wyglądają moje dni. O tym, że troszkę chyba uciekam w alkoholizm blokując procesy myślowe. Lubię pić. Napierdolic się i następnego dnia obudzić się z efektem uczucia zerwanego filmu. Nie lubię wymiotowac. Ale to chyba dobry objaw. Przekonałem się, że nie jestem sam na tym świecie, że są jeszcze ludzie, których interesuję i którymi sam potrafię się zainteresować. Dzisiaj pakuję toboły do wyprowadzki i zastanawiam się czy nowe miejsce cokolwiek we mnie zmieni. Zazwyczaj chyba tak powinno to działać. Przynajmniej jeśli chodzi o jakieś wewnętrzne poczucia. A nóż zacznę w końcu częściej Wam tu płodzic czasozabijacze do czytania. Już czuję, że zacząłem troszkę lepiej się dogadywać ze swoim pustym od pewnego czasu łbem. Wish me luck!
poniedziałek, 22 września 2014
Shaveyourbrain.
Ogoliłem sobie jaja a świadomość tego, że faktycznie jest tak, że przepadam za młodymi i pięknymi chłopcami ciągnie mnie do podejrzeń, że skończę jak Hank Moody w Californication, z jedną ręką w gaciach szesnastolatka i drugą, w sądzie- ze sprawą o gwałt na nieletnich- oczywiście nie świadomy. Na pewno jest trochę takich, którzy polują. Ale co ja mogę poradzić, że się boję dużych, owłosionych panów po trzydziestce. A inni mnie nie chcą. W każdym razie, każdemu nie doświadczonemu polecam golenie a potem starania puszczenia tego w niepamięć. I jakoś nie chce mi się wierzyć, że potem jest lepiej, że się skóra przyzwyczaja. Moje włosy mają twardość kwarcu i wiem jak to wygląda na twarzy. Nie, nie i nie. Jeszcze raz. Aczkolwiek nie powiem. Przez chwilkę nawet się sobie podobałem. Tak. Ogoliłem się, zdałem sobie sprawę z wielu istotnych rzeczy w moim życiu. Nie wyciągnąłem wniosków. Upiłem się kolejnych kilkanaście razy. Kilka razy urwał mi się film, kilka razy skończyło sie na rzyganiu pod blokiem, a pozostałe kilka zapijałem smutki w towarzystwie innych smutnych. Stworzyłem kilka przyzwoitych ścieżek dla MONO i dla siebie. Potem się troszkę przyczyniłem do rozpadu projektu. Nie zrobiłem nic więcej. Zacząłem lepiej sprzątać w pracy. I więcej oszukiwać samego siebie. Ale tak jest 'fajnie'. Oglądam Przyjaciół i filmy akcji drugiej kategorii. Słucham techno. Jem bez glutenu. Czasem. Oraz namiętnie strzelam selfie na insta i tonę w radości, że w końcu udało mi się coś napisać. Pomimo, że to w większości żale. Do zobaczyska!
I bym zapomniał- #niedlaciechana
piątek, 7 lutego 2014
Wetbreastcrashtest.
środa, 8 stycznia 2014
DIY.
czwartek, 17 października 2013
Knockknockwhosthere.
czwartek, 10 października 2013
Anotherdayinparadise.
sobota, 13 kwietnia 2013
Thepainting.
Godzina dwudziesta trzecia. Dalej wpatrzony w szary obraz wypalam kolejnego papierosa popijając ohydną i mdłą coca-colą kupioną dziesięć metrów od wejścia do tego bloku. Swoją drogą to chyba najokrutniejszy sklep w jakim miałem w życiu okazję cokolwiek kupować. A mimo to jakoś uzależniłem się od niego. To chyba kwestia bliskości. Wydaje mi się, że mamy coś takiego, że uzależniamy się od bliskości.
Godzina trzecia nad ranem. Dźwięki na zewnątrz jakby ciągle identyczne. Czy na prawdę aż tyle ludzi cierpi, choruje, umiera , popełnia zbrodnie i podpala meble we własnym mieszkaniu, żeby non-stop było można słyszeć syreny? Musiałem wyjść. Do sklepu po kolejną paczkę papierosów. Nie żebym spalił całą przez siedem godzin. Była w połowie pełna. Albo pusta. Zależy kim jesteś Ty. Obraz powinien wisieć na ścianie. Tam gdzie jego miejsce. Dopiero tam powinienem na niego patrzeć. Pytanie, czy jest w tym mieszkaniu miejsce na deszczowe chmury. Jakby za oknem ich było mało. Nigdy wcześniej nie wyobrażałem sobie, że w Nowym Yorku pada deszcz. Wszystko. Ale nie deszcz. Nie wiem czemu.
niedziela, 27 stycznia 2013
Mowdomniejeszcze.
piątek, 21 września 2012
Borntobreathe.
niedziela, 2 września 2012
Tranquility.
czwartek, 9 lutego 2012
Imeenlove.

Zasnąłem w fotelu. Obudziłem się, zobaczyłem pusty pokój, usłyszałem chrapanie psa. Zdałem sobie sprawę z tej pauzy. Życie stanęło. Za oknem cicha noc. Zdałem sobie sprawę, że jestem częścią tego zabieganego świata, i tego co mnie otacza. Zdałem sobie sprawę z tego, że mimo tego wszystkiego czym żyjemy na co dzień musimy pamiętać i zdawać sobie sprawę z tego, że są małe z pozoru rzeczy, ale piękne, które napędzają to życie. I że każdego z nas w końcu czeka chwila, w której czujemy spełnienie. Każdy z nas ma swoje pasje, większe lub mniejsze. Ich wzloty i upadki. Znalazłem odzwierciedlenie swojego życia szmat czasu temu. Mam swoją ukochaną dziewczynę, dla której wiem, że gdybym tylko był w stanie poświęciłbym wszystko. Tak, tak, wiem, wzięło mnie na rozkminy nocne, ale to prawda. Święta prawda. Siedzę w środku nocy tak na prawdę, i piszę to co wy kiedyś przeczytacie. Dla niektórych taka godzina to środek dnia w pracy, w natłoku obowiązków. Dla mnie, tak na prawdę nie najlepsza środa kończy się dopiero teraz. Szybki poranek, utrata dokumentów od auta, zapierdziel w pracy, świadomość nagromadzenia wydatków, z czystej głupoty i zaniedbania. Powrót do domu, nie spełniony wieczór, który tak na prawdę miałem spędzić z rodziną- gdzie mam a myśli Madzię, moją kuzynkę, jej chłopaka i psa, przy filmach, odrobinie alkoholu i kilku filmach. Środa, udana z myślą o tym, że jest coś, dla czego żyję i dla czego warto się budzić kolejnego poranka. Chciałbym napisać coś więcej, coś co byście czytali dłużej i wyciągnęli z tego jeszcze więcej, ale chyba tyle starczy, żeby odzwierciedlić to co we mnie dzisiejszej nocy siedzi. I kumuluje się od jakiegoś czasu. Mam nadzieję, że trafi to do was prędzej czy później i pojawi się w pewnej chwili na waszej twarzy szczery uśmiech, dla którego żyję. Nie tylko ja. Dobranoc! I do kolejnego wpisu. Greets! A teraz, niech ja znajdę obrazek odpowiedni to tego. Eh ;)
wtorek, 24 stycznia 2012
sspeedaway.

Myślę, że nastały niesamowicie szybkie czasy. Osobiście mam tak, że wolę napisać notkę na laptopie niż na telefonie albo na kartce papieru przeciągając ten moment na za dzień lub za parę godzin, tłumacząc to sobie oszczędnością czasu. I nawet jeśli moment, w którym pomysł na pisanie wpadnie mi do głowy, jest wtedy kiedy jadę pociągiem albo siedzę na kiblu, odruchowo myślę- nie, teraz nie, na laptopie, później, będzie szybciej. Wszyscy się teraz wkurwiają na opóźnienia, na spóźniającego się kumpla czy chłopaka, na spóźniający się pociąg czy autobus, spóźniający się przelew z wypłatą co z drugiej strony przelewa się na spóźnionego płatnika względem zaciągniętego długu. Opóźniające się terminy oddania mieszkać do użytku, coraz dalej opóźniające się finalizacje inwestycji w infrastrukturę komunikacyjną, spóźniający się śnieg, czy to drugie, fala ciepłego letniego powietrza. Ostatnio doszedłem do wniosku, że jak już sobie na to zapracuję, to będę niezwykle tego świadomym, ale bardzo szybko żyjącym człowiekiem. Połączenie życia koncertującego muzyka z projektowaniem ogrodów i ostatnie a najważniejsze z utrzymaniem zdrowych relacji rodzinnych i interpersonalnych graniczyłoby z cudem dwadzieścia lat temu, ale myślę, że teraz za kwestią ewolucji połączenia oczy-uszy-mózg to nie będzie problemem. Grunt to świadomość. Mam nadzieję. A jeśli nie to niech ktoś mnie w pewnym momencie porządnie- przez ostatnie kilka lat chyba już każdego o to prosiłem- kopnie w dupę, żebym wrócił do rzeczywistości- zakładając oczywiście, że z niej wypadnę, bo jeśli nie to wara od mojego tyłeczka. W ryj dać możecie dać, ale nie w tyłek. Ziszczeniem moich marzeń byłoby się wyspać, a z obolałbym zadem ciężko się zasypia. To kolejna kwestia, zaliczana do opóźnień. Chyba nie znam już osoby, która by się normalnie kładła spać i na co dzień by się wysypiała. Jedyną rzeczą, która się teraz spóźnia i jest to naturalne, chociaż nadgorliwi i tak się denerwują, jest okres naszych kobiet. W tych czasach regularna miesiączka to mit, perpetuum mobile i zaginiona Atlantyda- w jednym.
wtorek, 3 stycznia 2012
Headsup.

Nie wiem czy jest to zależne od mojego łóżka, które mam w domu czy nie, ale wydaje mi się, że tu w Poznaniu gdzie obecnie przebywam, wystarczają mi trzy godziny snu. Codziennie budzę się chwilę po godzinie czwartej rano, potem dosypiam do godziny szóstej, żeby mi czas zleciał, witam się z ciocią i kuzynem wychodzącymi do pracy, potem jeszcze dogorywam co by za długo się nie nudzić, i jestem pełen sił i energii wstając. Faktem jest, że moje przebudzenia mogą mieć wiele wspólnego z większą intensywnością syren policyjnych i karetek, które tu słychać przez całą noc, albo z dziećmi mieszkającymi- jak się spodziewam- piętro nad nami, które to od godziny szóstej zaczynają wyrównywać posadzkę, biegając i tupiąc co sił w piętach, ale to tylko podejrzenia. Mamy nowy rok, jak pewnie większość też mam kilka poważnych postanowień noworocznych. Chciałbym napisać o dwóch, które potwierdziło obejrzenie wypowiedzi Will'a Smith'a dzisiaj na kanale youtube. Na pewno zacznę biegać, i czytać książki- co planowałem już pod koniec minionego roku. Polecam każdemu. Nawet największemu leniowi wszechświata. Dzisiaj pękło niebo. Mamy śliczną pogodę z racji świecącego w pełni słońca i prawie bezchmurnego nieba. Co jeszcze bardziej mnie nastawia do trzymania się postanowień. Z racji wszystkiego co się ostatnimi dniami działo- chciałbym Wam wszystkim życzyć wytrwałości, uśmiechu i beztroskiego szaleństwa w granicach rozsądku. To chyba najlepsze co mogę życzyć tak w kierunku ogółu społeczeństwa. Głowa do góry i do przodu! Nota może nie najlepsza, ale w pełni szczera. Pozdrawiam, i do następnego ;)
wtorek, 20 grudnia 2011
Roadrage.

Dacie wiarę? Znalazłem sposób na uliczny gniew. Wyobraźcie sobie. Stoicie w korku, zajmujecie wygodną pozycję w swoim aucie, stoją oczywiście na lewym, tym szybszym, lepszym, mniej dziurawym pasie, nagle po waszej prawicy pojawia się identyczny samochód z identycznym gościem za kierownicą. Robi te same miny, warczy silnikiem w tym samym momencie co wy, i nie tworzy niebezpieczeństwa pod postacią zobaczenia środkowego palca mówiącego grzeczne pieprz się palancie. Nie robi głupich min, nie udaje kozaka, w jego oczach widać ten sam płomień rywalizacji z w waszych. Nie ustępuje wam na krok. Podjeżdżacie metr, on z wami. Po jakimś czasie oboje zajmujecie już bardziej sportową pozycję za kierownicą, każdy z was zamienia się w Stiga. Fotel ustawiony trochę bardziej pod skosem, wyżej, kierownica ląduje bliżej, wyostrzają się wszystkie zmysły. Podjeżdżacie do semaforów, pod samą linię, jak na torze Ferrari. Czekacie na zielone, teraz będzie okazja zmierzenia się. Nadeszła chwila prawdy. Czerwone światło gaśnie w waszych oczach z każdym mignięciem zielonego symbolu ruchu pieszego. Zielone piesze gaśnie, ryk silnika robi się coraz głośniejszy, wrzucasz pierwszy bieg, zapala się pomarańczowe, adrenalina rośnie, zielone! Start! Idzie łeb w łeb przez pierwsze dwa metry... Po czym samochód rywala znika i pojawia się kabina rozweselonych kierowców samochodu dostawczego rozwożącego lustra w pozycji pionowej na przyczepie ciągnącej się za kabiną... Nie było by ciekawiej? :D
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Fishmarket.

Dzień jak co dzień, wstałem za późno, cały obolały, spóźniony na pierwszy mało ciekawy wykład z socjologii. Mam straszliwie nie wygodne łóżko, którego jak najszybciej muszę się pozbyć. Całe niedospanie, spóźnienia i tym podobne zwalam na łóżko jakby co. Standardowo przez spóźnienie zdążyłem wypić świętą rodzinną kawę o świętej godzinie jedenastej przegryzając pewnie święcone za sprawą mojej babci z rana w kościele drożdżówki. Potem sprint na autobus. Cóż za miła niespodzianka zobaczyć po latach znajomą twarz płci żeńskiej. I teraz kwestia standardowa- co słychać? Macie jakieś ciekawsze zwroty na przywitanie znajomej sprzed lat, o której de facto nie wiele w ogóle wiecie? Problem polega na tym, że w Polsce w większości wypadków po zadaniu pytania co słychać pada odpowiedź, a nic w sumie, albo po staremu, albo wszystko w porządku. I co dalej. Jak tam, gdzie jedziesz? (;P) Wiadomo, poniedziałek, godzina przed południowa, praca albo uczelnia. Jak praca to się jeszcze rozmowa jakoś dalej kula. Gorzej z uczelnią. Bo co, o oceny mam pytać? Sam ambicjami nie grzeszę i szczerze przyznając nie mam wielkiego pola do popisu w tej kwestii chyba, że zacząłbym wymieniać dziesiątki wygranych bardziej lub mniej pomyślnie walk i pojedynczych bitew z wykładowcami. Nigdy nie zapomnę jak kiedyś jak jeszcze studiowałem ten sam kierunek tyle, że na studiach zaocznych walczyłem o zaliczenie i wpis w McDonaldzie na dworcu w Gdańsku Głównym, przy kawie i gazecie z Panią doktor specjalizującą się w naukach ekologicznych i przyrodniczych. O dziwo nie musiałem wchodzić pod stół ani nic takiego. Może jednak nie jestem tak przystojny jak to sobie na kacu przed lustrem wmawiam na podstawie wiary w autosugestię (;]). Wracając do autobusu. Rozmowa skończyła się po obgadaniu pracy i uczelni. Resztę drogi każde z Nas zajęło się odpisywaniem prezydentowi na sms'a albo analizowaniem planów urbanistycznych miasta spoglądając przez okno autobusu. Na koniec magiczne pa pa, powodzenia i do zobaczenia za dziesięć lat w tym samym miejscu i czasie, słuchawki na uszy i jadym dalej. Czasem się poważnie zastanawiam nad sensem zawracania dupy komuś znajomemu, podkreślam znajomemu, z którym w gruncie rzeczy nie wiele się miało do czynienia zamiast poświęcenia się kontemplacji wizji lokalnej i analizy zapachów kanibalistycznej kuchni świata, kończącej się zazwyczaj wnioskami rzędu- nie, nie, nikt tu jednak nie wiezie nic dobrego na świąteczny obiad, to ten za Tobą, pochodzi z miejscowości gdzie trzy lata temu odcięli wodę. Oczywiście. Aha, i z autopsji- siadajcie juz do kogoś siedzącego jak jest wolne miejsce. Nigdy nie wiadomo kto się obok dosiądzie. Dzisiaj miałem szczęście dać okazję korzystania z siedzenia obok mnie chińskiemu, europejskiego pochodzenia, sprzedawcy ośmiornic na targu rybnym. Takie było moje pierwsze wrażenie. Potem sprzedawca ryb zmienił się w rzeźnika, pracownika kwiaciarni- ale nie wiem, czy to nie za sprawą wysiadającej młodej kobiety nas mijającej, potem było już tylko coraz ciekawiej. Wracając niejako do świątecznego szaleństwa, a raczej do samych zakupów. Zauważyliście, że w tym roku męska część społeczeństwa jest strasznie dyskryminowana? Włóczyłem się po kilku galeriach handlowych i do takiego właśnie wniosku doszedłem. Dział męskiej odzieży zazwyczaj zamyka się na obszarze dziesięciu metrów kwadratowych w którymś ze ślepych zaułków sklepu a cała reszta- czytaj najczęściej półtora piętra to dział kobiecy. Chyba zacznę się ubierać w damskie ciuchy. Większy wybór, lepszy design i większa praktyczność. Nie rozumiem czemu projektanci mody bardziej rozczulają się nad kobietami, szczególnie w czasach kiedy mężczyźni bardzo często lubią się dobrze ubrać. Szczyt ignorancji i niesprawiedliwości. Tak na prawdę to nawet na allegro już nie ma takiego wyboru. Ostatnio próbowałem znaleźć ciepły gruby sweter. Zastrzelcie tych, którzy dodają aukcję z tytułem Japan Style. Kiedyś pod tym hasłem, nie daleko jak rok temu można było znaleźć coś oryginalniejszego od narzucanego na siebie worka po kartoflach, teraz jest wszystko, i wszystko jest takie samo. Teraz prosta para skarpetek potrafi mieć takowy dopisek. Niektóre rzeczy mają po 40 identycznych aukcji tego samego sprzedawcy. Na jaki grzyb ja pytam? Mówię wam, jak tylko się dokształcę to zrewolucjonizuje sprzedaż internetową. I nie tylko. O! Jakieś pomysły co można było jeszcze ulepszyć i zmienić? Knock, knock, any body out there?
niedziela, 18 grudnia 2011
Somegoodtitle.

Tak omijam okazje i omijam i końca a raczej początku kolejnej notki z cyklu jak to Rabit śmieje się światu w oczy nie widać. Zbliżają się święta. Takiej okazji już nie mogę przegapić, w szczególności, że jak co roku jest o czym pisać. Chociażby świąteczne szaleństwo w sklepach wszelkiej maści, galeriach handlowych i tym podobnych. Nawet u mechaników specjalizujących się w wulkanizacji, ale to chyba ma jednak związek bardziej z nieuniknionym acz rychłym ''zima zaskoczyła kierowców''. Żartuję, żal mi by tyłek ściskał jakbym miał o tym pisać. Z racji, że długi czas nie zwracałem za bardzo na siebie uwagi swoją twórczą spuścizną to może najpierw co u królika. Nic ciekawego, tak w sumie. To teraz do sedna. Wprowadzenie miliardów emotikonek do komunikatorów, poczty e-mail, czy nawet na forach internetowych okazuje się naturalną reakcją obronną naszego organizmu. Od zawsze komunikacja niewerbalna jest najważniejszym elementem kontaktów społecznych. W czasach nowoczesnych, kiedy to komunikacja przechodzi w wirtualność doskonałym pomysłem było wprowadzenie ikonek symbolizujących gesty mimiczne. Zawsze uważałem, ze wysyłanie tego typu symboli w każdym jednym sms'ie i mailu czy wiadomości na gadu-gadu czy innym komuni-katem-spokoju i ciszy to istne zło, ale okazuje się, że jest wręcz przeciwnie. Czuje się kompletnie zmieszany, bo często byłem nie ugięty pod tym względem, ale taka jest prawda, ponieważ, jak się dowiedziałem, ponad pięćdziesiąt procent skutecznej komunikacji między ludźmi stanowi właśnie mimika i mowa ciała. Reszta to intonacja, sytuacja, a same słowa stanowią zaledwie marne, ostatnie z tych stu, kilka procent. Macie jakieś odczucia co do emotikonek? Ktoś może zmienia podejście razem ze mną? ;)
Kolejną i zupełnie odrębną kwestią stanowi skrajność. Czyli wysyłanie czegoś w stylu ;):);*:D[lol][sex][zygi] - tu chciałbym złożyć pokłony mojej mamusi, która to, powinna dostać w tej dziedzinie tytuł mistrzowski. Wiadomo. Nadgorliwość bywa gorsza od faszyzmu. Pomimo to myślę, że byłoby tryliard razy mniej kłótni i niedomówień, gdyby każdy po każdym zdaniu w sms'ie czy innego rodzaju wiadomości dodawał emotikonę. Naprawdę tak uważam. Poza tym, nie piszę tego bezpodstawnie. Ile razy było tak, że dostałem porządnie w ryj za to, że coś nie „zabrzmiało” tak jak powinno w zdaniu napisanym zamiast wypowiedzianego. Wesołego bigosu przy- w miarę możliwości- rodzinnym stole.
niedziela, 2 października 2011
Jakjedzieszpalancie?!

Wpadło mi do głowy, że nigdy nie trafiłem na treściwy tekst przywołujący skojarzenia osób z samochodami, lub wręcz na odwrót, samochodów z ich właścicielami. Spędzając popołudnie na mieście, chodziłem i się przyglądałem. Ot co mi w oczodoły powpadało. Zaczynając od tych sławniejszych i bardziej oczywistych. Audi i Bayerische Motoren Werke- zarówno pierwsze jak i drugie raczej kojarzone jest z przypakowanymi, łysymi dresami, z tym, że w przypadku audi mam wrażenie, że nieco lepiej ubrani kosztem ujemnych zdolności intelektualnych a w BMW te przypakowane to wersja miniaturka tych większych uzyskana sposobami domowymi- wiadro z betonem, ciężki tapczan i noszenie worków z kartoflami.
Z Audi rzadko kiedy coś słychać zza opuszczonych szyb, jak już, to są to tak zwane manieczki. Z BMW podobnie, ale głośniej, z nutką bardziej popularnego techno. W modelach z szyberdachem częstą przypadłością jest komin lokomotywy, tak jakby chcieli dać wszystkim na około do zrozumienia, że w środku siedzi Snoop Dog z ekipą po odbiorze dostawy towaru.
Volkswagen- w tym wypadku w większości wypadków spotykam się z Golfami od pierwszej do czwartej generacji, często bardzo, ale to bardzo odpicowane wiejskimi sposobami podobnymi do tych, które stosowały osoby nazywane w latach dziewięćdziesiątych mianem ''panie majster'' w celach konserwacyjnych budynków i mieszkań. Zza szyb bardzo często tłusty bas polskiego hip hopu z wybrykami tego co w dwóch poprzednich przykładach. W środku na siedzeniu kierowcy raczej skromnie ubrane dresidła z klapkami na nogach i daszkami letnich czapek ustawionymi równolegle do osi pionowej ciała. Dym papierosowy ulatnia się zarówno przez dyskretnie- mniej lub bardziej lub w ogóle nie dyskretnie- uchylone szyby jak i z wystającej z tyłu rury wydechowej wraz z donośnym dźwiękiem wskazującym na stosowanie durszlaka zamiast tłumika.
Honda- auta dla mózgojebów- pomijając Ciebie Bartosz- wtajemniczeni zrozumieją. Zza szyb trance, psychodelic trance, alternatywny trance i acid-uplifting-goa-dupa [czyt. dwa ostatnie: goła dupa] trance. Szybcy i wściekli. I głośni. Zawsze. Jak nie za sprawą tłumika to za sprawą zestawu audio znajdującego się wewnątrz. Zakup lepszego audio i tak nie wiele daje, z racji troszeczkę gorzej spasowanych elementów... Hm. Wszystkich elementów- gorzej niż w bawarskich z pochodzenia samozwańczych władców świata motoryzacji wyżej wymienionych. W czego efekcie często nie jestem w stanie określić jakiej muzyki słuchają w środku. Jedno wiem na pewno. W rytm każdej z piosenek karoseria pulsuje w równym w miarę tempie.
Nissan Micra- młode damulki lubiące zawrotną prędkość, zawrotne manewry, zawrotną zawrotność nieprzewidywalności zachowań płci pięknej, oraz raczej młodzi, dobrze ubrani, często w garniturku, zadbani, ładnie uczesani kandydaci na wielkich biznesmenów.
Wszelakie małe tańsze od Micry- Fiaty i inne fiaty- zazwyczaj należą do studentów płci zarówno męskiej jak i damskiej, ale jak mam tylko okazję i szczęście odnotować to, że w środku siedzi to drugie to staram się trzymać z daleka. Sam gdybym kupował córce pierwsze auto- kupiłbym nie potrafiące za szybko jeździć auto, wywołujące wśród innych kierowców strach i obawy o własny lakier. Nie wiem jak was, ale małe usterki najbardziej mnie bolą jeśli chodzi o mojego pół-terenowego i ćwierć-wyścigowego Peugeota sto sześć. Przy czym- tym bardziej mi szkoda tak zwanej szkody całkowitej aut zestresowanych młodych padawanów w ruchu ulicznym. Z drugiej strony- tak czy inaczej trzymałbym się z daleka od tych małych szakali drogowych. Często widzę w nich za kierownicą starszych, przyślepawych i niedowidzących z umiejętnością szybkiej reakcji na poziomie dorównującym reakcji ślimaka- emerytów. Zauważyliście, że jak się podnosi ślimaka w górę to robi coś takiego co można by było przełożyć powolnie, a nawet bardzo powolnie wymówione sformułowanie:
"Czekaj, czy ja kurwa lubię poziomki..?"
A dopiero po dłużej chwili coś w stylu- ej, postaw mnie z powrotem na ziemię bo... Bo... Bo, bo pójdę do domu.
Kolejną tym razem- grupą samochodów jaka mi się rzuciła w światło reflektorów gdzieś po drodze jest banda aut służbowych. Sic! Istni szaleńcy. Mają w dupie Ciebie, siebie, swoje pojazdy i to czy droga jest prosta, kręta, dziurawa czy pod górkę, z górki i czy w ogóle nią powinni jechać czy nie. Auta są oszczędne, ale jednocześnie szybkie ale nie zawsze nadają się do sprytnych manewrów rzędu slalomu na podobieństwo najlepszych scen z Tokio Drift. Można? Można. Nawet, wielkim jak dupa słonia, dostawczakiem.
Ostatnia banda. oldschool'owe oldsmobile z oldtimer'owymi kierowcami. Samochody wyciągnięte z czasów walki ze smokami i szukania skarbów na bezludnych wyspach, niektóre doprowadzone do stanu- w miarę ok- niektóre nie- ale wszystkie jeżdżą. W środku albo zamiłowani w swoim pierwszym zakupie tryliard lat temu długowieczni dziadkowie, nie zamierzający umrzeć w naturalny sposób, albo studenci, którzy:
a- znaleźli i ukradli oldsmobila na skupie złomu,
b- wydali bezpodstawnie majątek za nie w stanie grata,
c- jak wyżej, ale z uzasadnieniem- bo doprowadzono go wcześniej do dobrego stanu albo jest dobrze zachowanym wykopaliskiem archeologicznym,
d- dostali w spadku po dziadku pradziadka,
e- stwierdzili nieświadomi zła ekonomicznego, które z czasem miałoby nadejść dla ich portfela, że oldschool'owe auto będzie w pytę,
f- są zwariowanymi wariatami z zamiłowaniami do klasyki archeomotoryzacji.
Jeszcze motocykliści i Ci na małych popierdółkach zwanych skuterami. Ci pierwsi to dobra i zgrana ekipa sprawiająca wrażenie cwaniaczków między samochodami- z całym do tego prawem. Dwa. Dwa! Nie cztery- koła. Trzykrotnie więcej mocy od standardowego auta przeciętnego Kowalskiego, trzykrotnie większe przyśpieszenie, i trzykrotnie większy lans w odniesieniu do oczu zarówno kobiet jak i mężczyzn. Co do tych drugich- krótki komentarz. Na przeciwko mojego podwórka na szycie słupka od ogrodzenia wisi kask jednego z nich- jak się domyślam, osrany przez ptactwo i podrapany przez koty. Bez odseparowanej od reszty ciała głowy w środku- sprawdziłem- ale wisi.
To chyba tyle. I bez urazy- szczęśliwi właściciele swoich dóbr kultury na czterech kółkach- tych mniej lub w ogóle nie wpasowanych w wyżej przytoczone schematy. Całuski.






