środa, 23 września 2015

Flądrywciemnościachbijąsięzwerwą.

Swój urlop zacząłem od włączenia Tindera, wjeżdżając pociągiem do centrum Wrocławia. Jak wygląda Wrocław- się zapytałem. Wszystkie pedały wyglądają tak samo. Ale w dwóch wariantach. Albo szczupli szpakowaci z długimi zaczesanymi włosami, a Ci drudzy to bardziej pucowaci z wąskimi oczami w wieku 25-30. Koniecznie z brodą. W ogóle większość ma tu brodę. Kasia 26 też. Drugą rzeczą jaka mi wpadła w oko to to, że ludzie na dworcu są ze stowarzyszenia dziwnych kroków. Przynajmniej dziesięć ewenementów mi przecięło drogę na trasie peron-Starbucks. Wypiłem kawę. Zjadłem crossainta. Posłuchałem mojego ukochanego Skubasa. Wypiłem Chai Tea. Poszedłem na spacer. O siódmej  rano. Wrocław taki do Gdańska podobny. Pierwsze co mi się w oczy rzuciło to NOT, i pełno budynków architektonicznie podobnych analogicznie do Gdańskich. Nawet jest PGE w wersji biurowej. I żółty zamek zamiast dworca. He. A! I Polish Lody mają. Takie różnice. I widziałem stacje kontroli pojazdów która była chyba restauracją bo od razu pod plastikowymi literami z info o tym co to za miejsce była gablota z wielkim menu. Swoją drogą było by miło z ich strony. Wpadasz na coroczne badania diagnostyczne autka i przy okazji zjadasz coś, co cały rok za Tobą chodziło. Ja na diagnostykę auta nigdy jakoś specjalnie nie czekałem, a w takim wypadku czekałbym jak na świąteczny barszczyk babuni. Brak światła? No problemo. Idź Pan utłucz trzy schabowe to Panu podbijemy. Albo kilo kartofli jako łapówkę. Wszędzie mogło by tak być. Na egzamin prawa jazdy jechalibyśmy z czym. Z workiem węgla. Albo z czym tam sobie wyobrazicie. Chętnie poczytam co Wam wpadnie do głowy.  In comments below.
Po spacerku wokół Starego Miasta utwierdzając się w tym, że jest za wcześnie na większość miejsc typu Muzeum Sztuki Nowoczesnej i jego kawiarnia na dachu czy inne parki rozrywki i kluby gdzie puszczają dobre techno przy którym dałoby się potańczyć, koniec końców wróciłem się drugi raz na ulicę Świętego Antoniego do lokalu, który nazywał się Szynkarnia. Tam też zeżarłem omlet a jak kelnerka zaproponowała mi do picia koktajl o nazwie Detox stwierdziłem, że to znak, że tak miało być, oraz że obsługa jest tak jak i ja wyczulona na krzywdę ludzką. No i poznają osoby zmęczone weekendem na przykład. No nie wiem. To tylko domysły. Dwanaście nalewaków z piwkami rzemieślniczymi kusiło ale nie chciałem zepsuć tak zdrowego śniadania. Zjadłem, wypiłem, poszedłem na autobus. Jadąc na lotnisko zasnąłem. Autobus potrącił jakąś babcię. Obudziłem się. Zastanowiłem się nad sobą. Odrzuciłem czarnowidztwo i wsiadłem do samolotu razem z resztą cebulaków i makaroniarzy. Sfrustrowany dantejskimi scenami z kolejki do bramki oczywiście. Krzyk, żal i łzy.
I się zaczęło. Bolonia. Miasto, do którego, jak się domyślacie zjeżdżają wszyscy z lotniska, i z którego na to lotnisko się wesoło wybierają. Ledwo dotarłem- przypomniałem sobie, że Włosi mają dużo wolnego. Naprawdę dużo. Ilość ludzi tutaj przyjeżdżających na liczbę miejsc otwartych, gdzie ludzie Ci mogliby się podziać jest... Mała. Ledwo usiadłem i zamówiłem sobie kawę a już byłem się stałem świadkiem samowolki na ulicach (i piesi i kierowcy) oraz kradzieży - weszło takich czterech ubranych w pstrokate lniane czy nie lniane szaty kontrastujące z ich kolorem skóry- if you know what I mean- wzięło cztery małe Heinekeny z lodówki, pokręciło się po lokalu, koszystając z kolejki przy barze w sposób konsumpcyjny, uprzednio otworzywszy sobie złotymi zębami owe browareczki przy okazji pozbywajając się kapselków na zasadzie- tu se plune, tam se kopne, onga onga salamalejkum- i co... I co? Usiedli. A potem? Zmarnowali trochę tegoż trunku bo się- oj- spieniło- jak się o stoliczek oparłem. Spieniło się, na stolik. A potem? No wyszli. Razem z jeszcze nie dopitymi Heńkami. Gdyby nigdy nic. Mogło chodzić o łapówkę. Zaraz jak tamci wyszli wlazło dwóch Carabiniero. Leniwym krokiem. I żadnych krzyków, gonitw. Nic. Chociaż nie. Bo jakby to chodziło o łapówki to by jeden z kradnących- ten najbardziej pstrokaty (widać, papa del mafia) nie chodził z browarkiem i dla zmyłki piędziesiąteczkom eurasków w papiereczku. A może ja po prostu czegoś nie chwytam? Nie czuję klimatu? Tak czy inaczej. Nie ingerując w tamtejsze relacje poszedłem szukać swojego pociągu da Bolonia, a Ancona. Zagadując raz na jakiś czas, do równie co ja zdezorientowanych włochów i nie-włochów- czyli, taka analogia, łysych. Tak czy inaczej. Mój tęgi umysł i niezawodny zmysł podróżnika poradziły sobie bez nich wszystkich i wcisnąłem swoją szanowną do odpowiedniego pociągu. Trudno nie było, bo- jak to się mówi- z(a) tłumem! I na pochybel.
Tak więc tkwię między Republikaninem Południowej Afryki, starym Francuzem, obywatelką Londynu oraz Włochem chińskiego i/lub koreańskiego - jak podejrzewam- pochodzenia na wzór tych czterech pięknych stron świata, no i tak siedzę i piszę. I chyba na tym na dziś skończę bo na korytarzu ciężko się bić jedną ręką. Poza tym powinienem dawkować Wam takie rzeczy bo no... bo mogę. Poza tym nie chcę redaktorki zmęczyć zbyt dużą ilością tekstu na raz. Ciao! Do następnego.

sobota, 8 listopada 2014

Stinkyfeetfeelthebeatnonsensnonses.

Jesteś tam gdzie jesteś i stoisz tam gdzie stoisz, chyba, że leżysz - albo siedzisz. Możesz też wisieć lub spadać, niejako zawieszony w mniej lub bardziej określonej przestrzeni. Tak czy owak, nie zmienisz tego. Zmienić się może sytuacja, a Ty bedziesz nadal w tym samym położeniu. Nie jestem do końca pewien tego co czuję to pisząc. Co dokładnie mam na myśli. Chyba, że dokładnie to co piszę.
Straszna noc w pracy minęła tak skrajnie jak dawno tego nie doświadczyłem. Ułamki sekund dzieliły momenty podskoków z nie opisanej radości i przypierdolenie komuś w ryj. Taka praca. Ludzie tacy. I złośliwości rzeczy nieżywych. Po pracy wracam do domu i pierwsze co, kładę się na łóżku a jedyne co może mi przeszkadzać, to śmierdzące skarpetki po całej nocy spędzonej w tanich butach z haemu czy innej wyspy. Rolety w wykuszu kołyszą się na ciepłym powietrzu z grzejnika. Falują równomiernie wpędzając mnie w ślepy zaułek zaciekawienia niczym ciekawym. Chociaż, jeśli chwilę dłużej nad tym pomyśl,  to fizyka wydaj ssię być ciekawa. Leżę i zadaję sobie pytanie, czy dam radę przedrapać się przez, jak wydawać by się mogło, średniowieczne tapety i tynk - oczywiście, że zdaję sobie sprawę, że w średniowieczu mogli w ten sposób nie wykańczać wnętrz - do pięknie rdzawych cegieł, mojego ulubionego w nowym domu - ryzalitu. Czy w moim łóżku mieszkają nieznane dotąd gatunki, gryzących mnie po nocach, owadów. Czy moje pranie już wyschło i czy gdy zasnę, obudzi mnie pierdolnięcie lustra o ziemię, bo rzem je pod tak dużym kątem pod ścianą oparł. Czy obudzę się na czas - czyli nie zaśpię do pracy dziś na czternastą. Pierdoły i wiewiórki. Przegrałem z dywizami [i z analfabetyzmem przyp. red.] . Pora spać. Miłego dnia.

niedziela, 2 listopada 2014

Oobejakjaniemoge.

Obudziłem się z głową pełną pomysłów. Chociaż mam wrażenie, że jednak trochę jeszcze spałem, bo aż nie możliwe. Miałem zamknięte oczy a przed nimi pojawiały się obrazy, które rozumiałem - mimo, że już prawie nic nie pamietam. Widziałem dwie drewniane albo ratanowe miski wypełnione bonami promocyjnymi. Na rzeczy. Nie pytajcie jakie. Pamiętam tylko duże 'co do kurwy nędzy?!' w moich myślach bo to nie były rzeczy, na które robi się bony promocyjne. Iks de. Widziałem też obraz z dużym plastikowym pudełkiem na płatki śniadaniowe, jak z amerykańskich filmów. Rzecz w tym, że było w lodówce - kto u licha trzyma płatki w lodówce?! Na dolnej półce, w prawym, tylnym rogu za czerwonymi, plastikowymi tubkami z ketchupem i sosem barbecue. Na pudełku była duża czarno-czerwona etykieta z wielkim napisem GAY CORN. Podobnym do logo strony Gazprom - o to też nie pytajcie - po prostu wiem. Myślę, że gdybym pospał jeszcze trochę to miałbym szansę na jakąś nagrodę. W dzidzinie. Rzeczowej. Nie wiem. Chyba jednak nie do końca się wyspałem. Odkreślam właśnie szóstą kreskę na ścianie więziennej celi. Szósta noc pod rząd w pracy i już zaczynam świrować. Starzeje się. To znaczy, że Ty też. Że kiedyś się spotkamy i będziemy sobie zmarszki wyliczać. Lubię zmarszczki, więc możesz do końca życia liczyć na mój uśmiech. I'm just saying. Albo selling. Myself.

poniedziałek, 27 października 2014

Killmetvkillmereality.

Doświadczyłem wczoraj niesamowitej retrospekcji z mojego ćwierćwiecznego żywota. Przeleciałem jakieś siedemset kanałów telewizyjnych. Przypomniałem sobie jak to jest robić coś, co kiedyś było dla mnie jak dzisiejszy odpowiednik przewijania facebookowej ściany. Tylko trochę lepsze. Przynajmniej się nie oklamywalem. Świat też mniej mnie chyba oklamywal. Wyborem szczęśliwych momentów z życia innych ludzi i masą wiedzy bezużytecznej, która w większości wypadków bywa wyssana z palca. Sprałem sobie mózg przy polskim, zrobionym dla jaj, serialu Bartka Kędzierskiego- La Maviuta- udającym latynoską telenowelę- polecam. Uroniłem łzę w trakcie dokumentu o Eboli, a wcześniej- stojąc w oknie z mentalna fajka w ustach. Leżałem na sofie, wpieprzalem popcorn i głaskałem koty. Przesiedzialem kilka godzin, jak ta cma barowa, tym razem z herbatą, podpierajac o łokieć ciężką głowę zawieszona nad drewnianym blatem jednego z gdańskich lokali. Wróciłem do domu obzerajac się hot dogami ze stacji benzynowej, którą mam zawsze po drodze. Obejrzałem stary odcinek mojego ulubionego serialu i katujac jedną piosenkę z tej serii- na koniec tego pięknego dnia, przesiedzialem kilka minut w oknie paląc ostatniego dziś papierosa. Gapiac się przy tym w głuchą przestrzeń niebosklonu rozposcierajacego się między koronami drzew i blokami z na przeciwka, a dachem kamienicy, w której mieszkam. To był spokojny i miły dzień. Dużo myślałem o tym jak teraz wyglądają moje dni. O tym, że troszkę chyba uciekam w alkoholizm blokując procesy myślowe. Lubię pić. Napierdolic się i następnego dnia obudzić się z efektem uczucia zerwanego filmu. Nie lubię wymiotowac. Ale to chyba dobry objaw. Przekonałem się, że nie jestem sam na tym świecie, że są jeszcze ludzie, których interesuję i którymi sam potrafię się zainteresować. Dzisiaj pakuję toboły do wyprowadzki i zastanawiam się czy nowe miejsce cokolwiek we mnie zmieni. Zazwyczaj chyba tak powinno to działać. Przynajmniej jeśli chodzi o jakieś wewnętrzne poczucia. A nóż zacznę w końcu częściej Wam tu płodzic czasozabijacze do czytania. Już czuję, że zacząłem troszkę lepiej się dogadywać ze swoim pustym od pewnego czasu łbem. Wish me luck!

poniedziałek, 22 września 2014

Shaveyourbrain.

Ogoliłem sobie jaja a świadomość tego, że faktycznie jest tak, że przepadam za młodymi i pięknymi chłopcami ciągnie mnie do podejrzeń, że skończę jak Hank Moody w Californication, z jedną ręką w gaciach szesnastolatka i drugą, w sądzie- ze sprawą o gwałt na nieletnich- oczywiście nie świadomy. Na pewno jest trochę takich, którzy polują. Ale co ja mogę poradzić, że się boję dużych, owłosionych panów po trzydziestce. A inni mnie nie chcą. W każdym razie, każdemu nie doświadczonemu polecam golenie a potem starania puszczenia tego w niepamięć. I jakoś nie chce mi się wierzyć, że potem jest lepiej, że się skóra przyzwyczaja. Moje włosy mają twardość kwarcu i wiem jak to wygląda na twarzy. Nie, nie i nie. Jeszcze raz. Aczkolwiek nie powiem. Przez chwilkę nawet się sobie podobałem. Tak. Ogoliłem się, zdałem sobie sprawę z wielu istotnych rzeczy w moim życiu. Nie wyciągnąłem wniosków. Upiłem się kolejnych kilkanaście razy. Kilka razy urwał mi się film, kilka razy skończyło sie na rzyganiu pod blokiem, a pozostałe kilka zapijałem smutki w towarzystwie innych smutnych. Stworzyłem kilka przyzwoitych ścieżek dla MONO i dla siebie. Potem się troszkę przyczyniłem do rozpadu projektu. Nie zrobiłem nic więcej. Zacząłem lepiej sprzątać w pracy. I więcej oszukiwać samego siebie. Ale tak jest 'fajnie'. Oglądam Przyjaciół i filmy akcji drugiej kategorii. Słucham techno. Jem bez glutenu. Czasem. Oraz namiętnie strzelam selfie na insta i tonę w radości, że w końcu udało mi się coś napisać. Pomimo, że to w większości żale. Do zobaczyska!

I bym zapomniał- #niedlaciechana

piątek, 7 lutego 2014

Wetbreastcrashtest.

Sezon, ciągłej, wzajemnej masturbacji oralnej, nadrabiania rocznych zaległości filmowych, leżenia i grzania dupy w domu pod kocem wciąż jakby trwa. Doskonale świadczy o tym utrzymujący się śnieg- łamane na, lód- na ulicach. Zwierzyna wychodzi na polowanie tylko nocą, że to niby w ciemności na białym gorzej się w oczy rzuca. Liczydła sępów z energii i wodociągów ścigają się na klatce spółdzielni mieszkaniowej o pobijanie rekordów, co z kolei odbija się na naszych i tak już nadszczerbionych kontach bankowych przez zakupy rozgrzewających atmosferę specyfików- gdzie oczywiście mam świeczki na myśli. Oraz ciepłe i cieplejsze koce między innymi. Tymczasem mi, z nocnym trybem życia, w dodatku na gdańskiej starówce, cisną się na synapsy wielkie rozkminy, co za tym idzie- kilka konkluzji z wczorajszej nocy w pracy. Papier do dupy jest dobrym zagłówkiem, Pan Filip gra głośno, a homoseksualiści szybko się upijają i wygadują niestosowne rzeczy. Ale to pewnie nie wszystko. I nie wszyscy. Mróz spowalnia lub wręcz uwstecznia pracę moich szarych komórek, więc na większe powiązania, płynne przejścia między wątkami tu poruszanymi nie macie co liczyć. Kontynuując, chciałbym poruszyć kolejnych kilka mało istotnych aspektów egzystencji w korycie brodzika niedorozwojów ewolucji. Ostatnio jest tak zimno, że jak robię to co wiadome, opuszczam spodnie tylko do połowy ud. Na szczęście takiej skrajności doznałem jak na razie tylko w pracy jak nam klimatyzacja się wzięła i się zepsuła. Najgorsze mrozy podobno już minęły, co uważam, że dzielnie przetrwałem, więc jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej- jak to mawia Pan Grzegorz. Zima sprowokowała mnie do ryzykowania życia ukracając sobie podróż, na przełaj drogi szerokości pasa startowego dla modelu Airbus 380, przemierzając niejednokrotnie zaspy jak na Uralu. Kojarzycie film Coyote Ugly, co w oczywisty sposób tłumaczy się na polskie jako Wygrane marzenia? Epickie imprezy z tańcem na barze, tłuczeniem szkła i ogólną rozpierduchą na sali? Tak mi mniej więcej mija każdy weekend, czy to w pracy czy poza nią, ale w tym samym miejscu. Tyle tylko, że za barem nie robimy sobie zbyt często zawodów miss mokrego podkoszulka. Częściej na zapleczu. Ale pisząc więcej, musiałbym Was wytropić i zabić. Taka sytuacja. Dni uciekają jak woda między palcami, noce się dłużą, a ja już mylę beton suchy z jeziorem okalającym moje auto ze stron wszelakich. Na szczęście po ciemku. Także zwierzyno, bierz przykład z natury i chowaj się gdzie? W kałużach.

środa, 8 stycznia 2014

DIY.

Otworzyłem oczy. Przypomniałem sobie o Czajkowskim, oraz o tym, że wczoraj wracając samochodem do domu nie zmieniłem przez całą drogę, o ani jedną w przód czy w tył, stacji radiowej. Czemu? Bo leciało chiliZET. I chyba zaczynam rozumieć Stiga z TopGear. Muzyka klasyczna jest jedyną słuszną i pasującą zawsze nie zważając na okoliczności. Podniosłem się, wziąłem prysznic, pojechałem na kawę. Chodząc po dość szarym w tych dniach Gdańsku stwierdziłem, że nigdy nie zwracałem chyba uwagi na detale. Może tylko te najbardziej rzucające się w oczy jak dziewczyny z klubu GoGo, czy zaczepiający żule. Tyle wygrać. Tyle mieć pod ręką piękna. Na prawdę, nie wiem czy, którekolwiek z Was ma podobne odczucia, ale przechodząc na ten przykład nad Motławą, i obserwując dokładnie fasady budynków restauracji i saloników z bursztynem można zabłądzić wzrokiem na tyle, żeby ocknąć się przy Hiltonie- idąc od Długiej. W międzyczasie przegapić i dużo się spóźnić na odwiedziny Józefa K. w nowej lokalizacji. Polecam. Ej. Na prawdę. Polecam. Zarówno Józka jak i Fliska (Cafe Flisak 76). Wracając do płodności Uakari i ich czerwonych ryjców. Znowu zrobiłem przemeblowanie w pokoju. Ewolucja mojego umysłu nie zna granic. Przemeblowanie - ze słownika języka polskiego - to, uwaga- "zmiana ustawienia mebli", nie rozkręcanie ich i chowanie pod łóżkiem bo psują odczucia estetyczne mojego zboczonego mózgu. Niedługo moje przemeblowanie sięgnie przestawiania ścian. Chociaż to już remont. Także przearanżowałem moją wrzeszczową przestrzeń, zacząłem trochę więcej pisać, jeszcze nie zacząłem grać i utrudniać życia sąsiadom ale do tego też dążę i nie jestem już czynnym pedałem w związku. Tyle u mnie. Napisze przy kolejnym kacu. À propos! Usłyszałem przy barze ostatnio bardzo mądre zdanie. Czekaj, czekaj, jak to szło. Coś o piciu i pisaniu.

czwartek, 17 października 2013

Knockknockwhosthere.

Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo mi tu Ciebie brakuje. Skłamałbym pisząc, że jest wszystko w porządku. Skłamałbym też gdybyś o to zapytał. Wiedząc jak bardzo Ci zależy na tym, żeby zaspokoić swoje potrzeby, wiedzy o tym, że jest dobrze. A może piszę o sobie. Nigdy nie wiesz. Zadaje sobie pytanie, czemu nigdy nie myślę o takich rzeczach poza domem. Może myślę. Ale czemu nie tak gruntownie. Chodzi o rozproszenie? Zamiast spędzać czas na jakimś wzgórzu za miastem, siedząc na trawie, popijając jakiś dobry trunek, siedzę na dupie, mając pod nią twarde krzesło i wpierdzielam suszone śliwki wykopane z czeluści szuflady z tak zwanymi pierdołami- typu ryż, makaron, mąka. Została tylko resztka tego ostatniego. Zadaje sobie też pytanie, czemu nigdy nie myślę o pozytywnych rzeczach i nie podsumowuję sobie ich w tej zgorzkniałej niedorzecznymi i absurdalnie irracjonalnymi wyobrażeniami, lub bardziej marzeniami jak to świat nie powinien funkcjonować i wyglądać, głowie. Wspominałem już o rybce? Albo psie? Jest pies. Rybka zdechła. Coś za coś, bo tak to chyba działa. Nie to, żebym chodził o szukał. Sam się przypałętał. Nazwałem go Trefl jak zawsze chciałem, chociaż i tak zazwyczaj moje bardziej lub mniej artykułowane "Eeeeee" działa i przychodzi jak na zawołanie po imieniu. Może to dlatego, że tu nigdy nikogo innego nie ma, chociaż sam do siebie przecież też gadam. Może po prostu jest wścibski. Albo ciekawy. Często mi się tu wydaje, że słyszę pukanie do drzwi, albo przekręcanie kluczykiem w zamku. Mam tu kilka starych rur przy suficie, a ściany nie są najgrubsze więc może to to. Podbiegłbym do drzwi, otworzyłbym je energicznie po czym zacząłbym wołać, tak jak w momencie kiedy byś wyszedł nagle bez słowa. Ale chyba już się przyzwyczaiłem. Tak jak do tłuczonych talerzy. Czasem mam jakiś taki dziwny niedowład lewej dłoni, biorący się totalnie z dupy, lub znikąd. Z "Nudów, takich wysp" - jak to kiedyś mój kumpel trafnie stwierdził. Co by było gdyby rzeczy martwe lub bardziej zależne od Nas niż od woli własnej miały takową i nudziłyby się czasem ciągle wykonywanymi tymi samymi czynnościami. Nogi odmawiałyby posłuszeństwa, woda przestawała by lecieć w połowie namydlania się, a samoloty spadałyby z nieba. Cóż. Mogłoby to być całkiem zabawne.

czwartek, 10 października 2013

Anotherdayinparadise.

Nigdy się tak nie wyspałem jak dziś - pomyślałem, i zasnąłem na nowo zakupionej pościeli. Po kilku miesiącach w końcu zebrałem się do tego, żeby wybrać się do sklepu z artykułami sypialnymi. Niby to tylko kilka ulic dalej a tak ciężko było się zebrać. Kac. Kolejnego poranka obudziłem się jak zwykle, z lekko zmierzwionym umysłem przez alkoholizację wieczora poprzedzającego dzień, na który mam zaplanowane miliardy rzeczy. Jak zwykle, nie w porę. Chciałbym w końcu się obudzić, jak we snach, które mnie nawiedzają. Spokojny o przyszłość, przy kimś kogo oddech daje powietrze na cały dzień. Tymczasem gniję w tym cudownym aczkolwiek pogłębiającym moją samotność mieszkaniu, któregoś tam piętra któregoś budynku na którejś z ulic miasta snów. Dziś przynajmniej pogoda zapowiada się obiecująco. Boleśnie obudziły mnie promienie słońca wpadające przez sczerniały od dymu szare z natury zasłony. Kawa, papieros. Półtorej godziny rozmyślania i wypatrywania nie wiadomo czego w oknie, kolejny papieros, kawa, i papieros przed wyruszeniem w pogoni za amerykańskim snem podbijając galerie miasta sukcesu. Niech to szlag. Muszę zacząć później wstawać, przynajmniej na spotkaniach o prace nie będę może tak walić knurem. Galerie to tylko marzenia. Tak na prawdę snuję się od pośrednictwa do pośrednictwa starając się znaleźć sobie jakąś wygodniejszą od stania na ulicy w przebraniu jakiegoś głupiego pluszaka i namawiania ludzi, nawet nie wiem na co posadę. Za biurkiem chociaż. Nie mówię, że chce od razu wystawiać swoje prace w największych galeriach kolekcjonujących prace pokazujące największe osiągnięcia, największych artystów. Chciałbym przestać moknąć i móc pokazać komukolwiek twarz. Czy to wiele. Pewnie wiele. Szczególnie z taką facjatą. Powinienem iść do fryzjera. Mój, u którego zwykle bywałem, swoją drogą jeden z najcenniejszych ludzi z tych, których kiedykolwiek miałem okazję poznać, strzygący mnie nielegalną w owych czasach brzytwą, pewnie już dawno temu zapomniał moja twarz. Nic dziwnego. Wygląda jakby starsza o jakieś dwadzieścia. Dziwne, że trzeźwiejący młodociani poznają mnie o poranku wymykając się z mieszkania. Wymykając się. To chyba mówi samo za siebie. Może nie poznają. Może dlatego uciekają zamiast zostać na śniadanie. Gdybym chociaż miał cokolwiek na śniadanie w lodówce poza energetykiem i słoikiem suszonych pomidorów w zalewie.

sobota, 13 kwietnia 2013

Thepainting.

Nowy Jork. Godzina dwudziesta z minutami. Ósme piętro zarzyganej kamienicy przy Melsrow Street 487 . Dochodzę do wniosku, że chyba tylko te smutne zdarzenia dają mi wenę twórczą, która wylewa się przez ruchy moimi rękoma trzymającymi pędzel i deskę z rozlanymi i wymieszanymi farbami. Całe płótno pokryte różnymi odcieniami szarości przekładającymi się warstwami jak wzburzone deszczowe chmury nad szczytami wielkich pomników współczesnej cywilizacji. W lewym dolnym rogu brudna, rozmazana żółta mgła pokazująca chyba miejsce, do którego po latach walki o swoje dotarłem i nie wiem gdzie ruszyć dalej. Jeżeli za sto lat dzieciaki w szkołach plastycznych będą się zastanawiać "co autor miał na myśli" to przyrzekam, że jeśli się tylko o tym dowiem, będąc w urnie zmaterializuję siłą woli z prochów gnat i strzelę sobie nim w wyimaginowany łeb. Choćbym nie wiem ile się zastanawiał, tyle miałbym swoich własnych interpretacji obrazów, które namalowałem. Czy gdzieś dzięki temu doszedłem? Tak. Do kolejnego rozdroża. Siedzę w wymarzonym stylistycznie mieszkaniu z zimnymi betonowymi ścianami i wsłuchuję się w syreny radiowozów i szum tysiąca innych aut za oknem, wpatrując się w gęstą zawiesinę dymu papierosowego przesłaniającego widok na okno i na to co za nim. Powietrze jest gęste. Na zewnątrz pada deszcz. Mimo to jest ciepło. W mieszkaniu jeszcze cieplej. Duszno. Aż dziwne, że w takim powietrzu moje synapsy przekazują sobie jakiekolwiek impulsy produkujące myśli w mózgu.
Godzina dwudziesta trzecia. Dalej wpatrzony w szary obraz wypalam kolejnego papierosa popijając ohydną i mdłą coca-colą kupioną dziesięć metrów od wejścia do tego bloku. Swoją drogą to chyba najokrutniejszy sklep w jakim miałem w życiu okazję cokolwiek kupować. A mimo to jakoś uzależniłem się od niego. To chyba kwestia bliskości. Wydaje mi się, że mamy coś takiego, że uzależniamy się od bliskości.
Godzina trzecia nad ranem. Dźwięki na zewnątrz jakby ciągle identyczne. Czy na prawdę aż tyle ludzi cierpi, choruje, umiera , popełnia zbrodnie i podpala meble we własnym mieszkaniu, żeby non-stop było można słyszeć syreny? Musiałem wyjść. Do sklepu po kolejną paczkę papierosów. Nie żebym spalił całą przez siedem godzin. Była w połowie pełna. Albo pusta. Zależy kim jesteś Ty. Obraz powinien wisieć na ścianie. Tam gdzie jego miejsce. Dopiero tam powinienem na niego patrzeć. Pytanie, czy jest w tym mieszkaniu miejsce na deszczowe chmury. Jakby za oknem ich było mało. Nigdy wcześniej nie wyobrażałem sobie, że w Nowym Yorku pada deszcz. Wszystko. Ale nie deszcz. Nie wiem czemu.

niedziela, 27 stycznia 2013

Mowdomniejeszcze.

Po pierwsze. Nigdy nie proś swojej babci o dany rodzaj ciasta. Może bowiem runąć całe Twoje przeświadczenie z dzieciństwa o babci potrafiącej ugotować wszystko i pysznie słysząc odpowiedź "ale mi to nie wychodzi najlepiej" czy "nie lubię tego robić". Po drugie- chyba się robię tak już na serio stary. Problemy z oddychaniem- szczególnie po tak zwanym sprincie na uciekający autobus, rozbierając się żeby wejść pod prysznic muszę się czegoś podpierać, pod prysznicem patrząc w dół widzę tylko pół chuja z racji rosnącego brzucha a jak już wyjdę i stanę mokry przed lustrem to przez moje doświadczenia z fryzurą wyglądam trochę jak Maria Peszek. Gdzie się podział młody bóg drzemiący niegdyś we mnie. Powrót do zdrowia przy przeziębieniu zajmuje mi wielokrotność tego czasu, który potrzebowałem kiedyś. Swoją drogą. Zastanawia mnie czy każdy miał w dzieciństwie coś takiego co w niewyjaśniony i cudowny sposób pomagało mu wrócić do zdrowia. Ja sobie ostatnio przypomniałem o takiej rzeczy. Tak samo jak magiczne były jej właściwości tak samo też w niezrozumiałych okolicznościach to po prostu znikło. Żółty dres. Ot co. I nie, że jakiś nie kompletny. Spodnie i bluza. Komplet. Żółty jak most, o którym śpiewałem gdy jeszcze istniał mój zespół Scream City Scream- zakończyliśmy działalność, co prawda kilka dni temu, ale to chyba nie przeszkadza w tym, żebym mógł o tym pisać jak o wydarzeniu z roku czterdziestego dziewiątego. Nie mam nawet już psa w domu, z którym mógłbym pogadać, czego wynikiem jest, że gadam sam ze sobą. I powiem Wam, że nawet w domu zdarza się sytuacja, że muszę jakoś z tego wybrnąć- na przykład zacząć coś śpiewać pod nosem, albo zacząć udawać, że ćwiczę przemówienie na potrzebę przygotowywanego przeze mnie poruszenia ludowego- przez to, że ktoś mnie przyłapał na gorącym uczynku przerywając takie zdanie jak na przykład- "akurat, że jakbym do czegoś w życiu doszedł to postawili by mi pomnik." Pomniki są w porządku. Zawsze obszczane. Chyba wolałbym żeby o mnie piosenkę napisano. Idąc dalej tą drogą- chyba zdecyduję się na zakup rybki, albo traszki. Takie mało to inwazyjne a jest z czym pogadać przynajmniej. Minęło sporo czasu od ostatniej publikacji moich wypocin, ale chyba musiałem wrócić do trybu- funkcja OGAR:ON. Mój telefon też do tego potrzebował pół roku czasu po wakacjach - pokłony dla firmy HTC produkującej samonaprawiające się smarfony. Tyle, że on się zasolił w wodzie morskiej, a ja się zasoliłem słonymi doświadczeniami, które po części wynikały z moich jakichś pierdołowatych głupot. Chyba powinienem się położyć spać. Kończąc powoli karierę absyntowego ogarniacza zmywaka i szatni oraz kolejnego pracowniczego mebla zmęczenie pracą potęguje się z dnia na dzień wraz ze zbliżaniem się ostatniego dnia pracy. Miłej niedzieli. Podobno ma się powoli ocieplać.

piątek, 21 września 2012

Borntobreathe.

Dziwny poranek. Godzina dziewiąta rano. Słońce ogrzewa czarną papę na dachu mieszkania z którym się już żegnam, siedząc na ów dachu, marząc o kawie na dobry początek dnia cudownie uzupełniającą porannego kapcia w otworze gębowym dzierżącym papierosa. Widok zatoki Gdańskiej z perspektywy Gdyni. Skarj lasu. Cicho przygrywająca temu wszystkiemu Pj Harvey skłania ku cisnącym się łzom w oczodoły. Angelene. Zieleń drzew, które za chwile za sprawą jesiennej pory nabiorą żółci, pomarańczu i krwistej czerwieni. Zawsze kochałem liściaste lasy. Pamiętam każdą chwilę, w której rzucałem się z kimś liśćmi. Z niektórymi nie zdążyłem i zastanawiam się czy będzie mi to jeszcze dane. Zupełnie inaczej będzie wyglądać zejście z tej cholernej góry na dworzec główny w Gdyni, zupełnie inaczej będę patrzył w okno pociągu szybkiej kolei miejskiej relacji Gdynia Główna - Główny Gdańsk. Zupełnie inaczej będzie wyglądać starówka, inaczej pachnieć będzie powietrze. Są takie poranki, kiedy zastanawiamy się co dalej. To jeden z nich.

niedziela, 2 września 2012

Tranquility.

Dwa domy, perkusja w garażu, azyl w samochodzie z radiem ustawionym na fali Eska Rock, na antenie Kazik z dwunastoma groszami, a zaraz za nim nowy Red Hot Chilli Peppers z Brendan's Death Song, słoneczne popołudnie, nogi w górze na otwartych na oścież drzwiach auta, fajka w pysku i pies leżący zaraz obok. Pomijając jego smród, smród tlących się petów i przepoconych butów- żyć nie umierać. No i w końcu zrobiłem te cholerne zdjęcia turkusowego kredensu. Jeszcze tylko ogarnąć uczelnię i dobrą płacę i można by było z czystym sumieniem tak siedzieć olewając całą resztę świata wraz z doborowym towarzystwem brata z Poznania, rozmyślając o otwarciu wymarzonej knajpy na którymś ze starych rynków. Albo nowych. Licho Ci to wie czy kiedyś nie będzie tak, że zostaną tylko te nowe. Po kilku miesiącach pracy w samym centrum Gdańska na starówce zacząłem cholernie doceniać piękno tego miasta. Zacząłem też doceniać delikatność dłoni, własnych i tych, które im najczęściej towarzyszą. Myśli uciekają, czas goni, a słońce zachodzi. Trzeba się kurwa ruszyć.

czwartek, 9 lutego 2012

Imeenlove.


Zasnąłem w fotelu. Obudziłem się, zobaczyłem pusty pokój, usłyszałem chrapanie psa. Zdałem sobie sprawę z tej pauzy. Życie stanęło. Za oknem cicha noc. Zdałem sobie sprawę, że jestem częścią tego zabieganego świata, i tego co mnie otacza. Zdałem sobie sprawę z tego, że mimo tego wszystkiego czym żyjemy na co dzień musimy pamiętać i zdawać sobie sprawę z tego, że są małe z pozoru rzeczy, ale piękne, które napędzają to życie. I że każdego z nas w końcu czeka chwila, w której czujemy spełnienie. Każdy z nas ma swoje pasje, większe lub mniejsze. Ich wzloty i upadki. Znalazłem odzwierciedlenie swojego życia szmat czasu temu. Mam swoją ukochaną dziewczynę, dla której wiem, że gdybym tylko był w stanie poświęciłbym wszystko. Tak, tak, wiem, wzięło mnie na rozkminy nocne, ale to prawda. Święta prawda. Siedzę w środku nocy tak na prawdę, i piszę to co wy kiedyś przeczytacie. Dla niektórych taka godzina to środek dnia w pracy, w natłoku obowiązków. Dla mnie, tak na prawdę nie najlepsza środa kończy się dopiero teraz. Szybki poranek, utrata dokumentów od auta, zapierdziel w pracy, świadomość nagromadzenia wydatków, z czystej głupoty i zaniedbania. Powrót do domu, nie spełniony wieczór, który tak na prawdę miałem spędzić z rodziną- gdzie mam a myśli Madzię, moją kuzynkę, jej chłopaka i psa, przy filmach, odrobinie alkoholu i kilku filmach. Środa, udana z myślą o tym, że jest coś, dla czego żyję i dla czego warto się budzić kolejnego poranka. Chciałbym napisać coś więcej, coś co byście czytali dłużej i wyciągnęli z tego jeszcze więcej, ale chyba tyle starczy, żeby odzwierciedlić to co we mnie dzisiejszej nocy siedzi. I kumuluje się od jakiegoś czasu. Mam nadzieję, że trafi to do was prędzej czy później i pojawi się w pewnej chwili na waszej twarzy szczery uśmiech, dla którego żyję. Nie tylko ja. Dobranoc! I do kolejnego wpisu. Greets! A teraz, niech ja znajdę obrazek odpowiedni to tego. Eh ;)

wtorek, 24 stycznia 2012

sspeedaway.


Myślę, że nastały niesamowicie szybkie czasy. Osobiście mam tak, że wolę napisać notkę na laptopie niż na telefonie albo na kartce papieru przeciągając ten moment na za dzień lub za parę godzin, tłumacząc to sobie oszczędnością czasu. I nawet jeśli moment, w którym pomysł na pisanie wpadnie mi do głowy, jest wtedy kiedy jadę pociągiem albo siedzę na kiblu, odruchowo myślę- nie, teraz nie, na laptopie, później, będzie szybciej. Wszyscy się teraz wkurwiają na opóźnienia, na spóźniającego się kumpla czy chłopaka, na spóźniający się pociąg czy autobus, spóźniający się przelew z wypłatą co z drugiej strony przelewa się na spóźnionego płatnika względem zaciągniętego długu. Opóźniające się terminy oddania mieszkać do użytku, coraz dalej opóźniające się finalizacje inwestycji w infrastrukturę komunikacyjną, spóźniający się śnieg, czy to drugie, fala ciepłego letniego powietrza. Ostatnio doszedłem do wniosku, że jak już sobie na to zapracuję, to będę niezwykle tego świadomym, ale bardzo szybko żyjącym człowiekiem. Połączenie życia koncertującego muzyka z projektowaniem ogrodów i ostatnie a najważniejsze z utrzymaniem zdrowych relacji rodzinnych i interpersonalnych graniczyłoby z cudem dwadzieścia lat temu, ale myślę, że teraz za kwestią ewolucji połączenia oczy-uszy-mózg to nie będzie problemem. Grunt to świadomość. Mam nadzieję. A jeśli nie to niech ktoś mnie w pewnym momencie porządnie- przez ostatnie kilka lat chyba już każdego o to prosiłem- kopnie w dupę, żebym wrócił do rzeczywistości- zakładając oczywiście, że z niej wypadnę, bo jeśli nie to wara od mojego tyłeczka. W ryj dać możecie dać, ale nie w tyłek. Ziszczeniem moich marzeń byłoby się wyspać, a z obolałbym zadem ciężko się zasypia. To kolejna kwestia, zaliczana do opóźnień. Chyba nie znam już osoby, która by się normalnie kładła spać i na co dzień by się wysypiała. Jedyną rzeczą, która się teraz spóźnia i jest to naturalne, chociaż nadgorliwi i tak się denerwują, jest okres naszych kobiet. W tych czasach regularna miesiączka to mit, perpetuum mobile i zaginiona Atlantyda- w jednym.

wtorek, 3 stycznia 2012

Headsup.


Nie wiem czy jest to zależne od mojego łóżka, które mam w domu czy nie, ale wydaje mi się, że tu w Poznaniu gdzie obecnie przebywam, wystarczają mi trzy godziny snu. Codziennie budzę się chwilę po godzinie czwartej rano, potem dosypiam do godziny szóstej, żeby mi czas zleciał, witam się z ciocią i kuzynem wychodzącymi do pracy, potem jeszcze dogorywam co by za długo się nie nudzić, i jestem pełen sił i energii wstając. Faktem jest, że moje przebudzenia mogą mieć wiele wspólnego z większą intensywnością syren policyjnych i karetek, które tu słychać przez całą noc, albo z dziećmi mieszkającymi- jak się spodziewam- piętro nad nami, które to od godziny szóstej zaczynają wyrównywać posadzkę, biegając i tupiąc co sił w piętach, ale to tylko podejrzenia. Mamy nowy rok, jak pewnie większość też mam kilka poważnych postanowień noworocznych. Chciałbym napisać o dwóch, które potwierdziło obejrzenie wypowiedzi Will'a Smith'a dzisiaj na kanale youtube. Na pewno zacznę biegać, i czytać książki- co planowałem już pod koniec minionego roku. Polecam każdemu. Nawet największemu leniowi wszechświata. Dzisiaj pękło niebo. Mamy śliczną pogodę z racji świecącego w pełni słońca i prawie bezchmurnego nieba. Co jeszcze bardziej mnie nastawia do trzymania się postanowień. Z racji wszystkiego co się ostatnimi dniami działo- chciałbym Wam wszystkim życzyć wytrwałości, uśmiechu i beztroskiego szaleństwa w granicach rozsądku. To chyba najlepsze co mogę życzyć tak w kierunku ogółu społeczeństwa. Głowa do góry i do przodu! Nota może nie najlepsza, ale w pełni szczera. Pozdrawiam, i do następnego ;)

wtorek, 20 grudnia 2011

Roadrage.


Dacie wiarę? Znalazłem sposób na uliczny gniew. Wyobraźcie sobie. Stoicie w korku, zajmujecie wygodną pozycję w swoim aucie, stoją oczywiście na lewym, tym szybszym, lepszym, mniej dziurawym pasie, nagle po waszej prawicy pojawia się identyczny samochód z identycznym gościem za kierownicą. Robi te same miny, warczy silnikiem w tym samym momencie co wy, i nie tworzy niebezpieczeństwa pod postacią zobaczenia środkowego palca mówiącego grzeczne pieprz się palancie. Nie robi głupich min, nie udaje kozaka, w jego oczach widać ten sam płomień rywalizacji z w waszych. Nie ustępuje wam na krok. Podjeżdżacie metr, on z wami. Po jakimś czasie oboje zajmujecie już bardziej sportową pozycję za kierownicą, każdy z was zamienia się w Stiga. Fotel ustawiony trochę bardziej pod skosem, wyżej, kierownica ląduje bliżej, wyostrzają się wszystkie zmysły. Podjeżdżacie do semaforów, pod samą linię, jak na torze Ferrari. Czekacie na zielone, teraz będzie okazja zmierzenia się. Nadeszła chwila prawdy. Czerwone światło gaśnie w waszych oczach z każdym mignięciem zielonego symbolu ruchu pieszego. Zielone piesze gaśnie, ryk silnika robi się coraz głośniejszy, wrzucasz pierwszy bieg, zapala się pomarańczowe, adrenalina rośnie, zielone! Start! Idzie łeb w łeb przez pierwsze dwa metry... Po czym samochód rywala znika i pojawia się kabina rozweselonych kierowców samochodu dostawczego rozwożącego lustra w pozycji pionowej na przyczepie ciągnącej się za kabiną... Nie było by ciekawiej? :D

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Fishmarket.


Dzień jak co dzień, wstałem za późno, cały obolały, spóźniony na pierwszy mało ciekawy wykład z socjologii. Mam straszliwie nie wygodne łóżko, którego jak najszybciej muszę się pozbyć. Całe niedospanie, spóźnienia i tym podobne zwalam na łóżko jakby co. Standardowo przez spóźnienie zdążyłem wypić świętą rodzinną kawę o świętej godzinie jedenastej przegryzając pewnie święcone za sprawą mojej babci z rana w kościele drożdżówki. Potem sprint na autobus. Cóż za miła niespodzianka zobaczyć po latach znajomą twarz płci żeńskiej. I teraz kwestia standardowa- co słychać? Macie jakieś ciekawsze zwroty na przywitanie znajomej sprzed lat, o której de facto nie wiele w ogóle wiecie? Problem polega na tym, że w Polsce w większości wypadków po zadaniu pytania co słychać pada odpowiedź, a nic w sumie, albo po staremu, albo wszystko w porządku. I co dalej. Jak tam, gdzie jedziesz? (;P) Wiadomo, poniedziałek, godzina przed południowa, praca albo uczelnia. Jak praca to się jeszcze rozmowa jakoś dalej kula. Gorzej z uczelnią. Bo co, o oceny mam pytać? Sam ambicjami nie grzeszę i szczerze przyznając nie mam wielkiego pola do popisu w tej kwestii chyba, że zacząłbym wymieniać dziesiątki wygranych bardziej lub mniej pomyślnie walk i pojedynczych bitew z wykładowcami. Nigdy nie zapomnę jak kiedyś jak jeszcze studiowałem ten sam kierunek tyle, że na studiach zaocznych walczyłem o zaliczenie i wpis w McDonaldzie na dworcu w Gdańsku Głównym, przy kawie i gazecie z Panią doktor specjalizującą się w naukach ekologicznych i przyrodniczych. O dziwo nie musiałem wchodzić pod stół ani nic takiego. Może jednak nie jestem tak przystojny jak to sobie na kacu przed lustrem wmawiam na podstawie wiary w autosugestię (;]). Wracając do autobusu. Rozmowa skończyła się po obgadaniu pracy i uczelni. Resztę drogi każde z Nas zajęło się odpisywaniem prezydentowi na sms'a albo analizowaniem planów urbanistycznych miasta spoglądając przez okno autobusu. Na koniec magiczne pa pa, powodzenia i do zobaczenia za dziesięć lat w tym samym miejscu i czasie, słuchawki na uszy i jadym dalej. Czasem się poważnie zastanawiam nad sensem zawracania dupy komuś znajomemu, podkreślam znajomemu, z którym w gruncie rzeczy nie wiele się miało do czynienia zamiast poświęcenia się kontemplacji wizji lokalnej i analizy zapachów kanibalistycznej kuchni świata, kończącej się zazwyczaj wnioskami rzędu- nie, nie, nikt tu jednak nie wiezie nic dobrego na świąteczny obiad, to ten za Tobą, pochodzi z miejscowości gdzie trzy lata temu odcięli wodę. Oczywiście. Aha, i z autopsji- siadajcie juz do kogoś siedzącego jak jest wolne miejsce. Nigdy nie wiadomo kto się obok dosiądzie. Dzisiaj miałem szczęście dać okazję korzystania z siedzenia obok mnie chińskiemu, europejskiego pochodzenia, sprzedawcy ośmiornic na targu rybnym. Takie było moje pierwsze wrażenie. Potem sprzedawca ryb zmienił się w rzeźnika, pracownika kwiaciarni- ale nie wiem, czy to nie za sprawą wysiadającej młodej kobiety nas mijającej, potem było już tylko coraz ciekawiej. Wracając niejako do świątecznego szaleństwa, a raczej do samych zakupów. Zauważyliście, że w tym roku męska część społeczeństwa jest strasznie dyskryminowana? Włóczyłem się po kilku galeriach handlowych i do takiego właśnie wniosku doszedłem. Dział męskiej odzieży zazwyczaj zamyka się na obszarze dziesięciu metrów kwadratowych w którymś ze ślepych zaułków sklepu a cała reszta- czytaj najczęściej półtora piętra to dział kobiecy. Chyba zacznę się ubierać w damskie ciuchy. Większy wybór, lepszy design i większa praktyczność. Nie rozumiem czemu projektanci mody bardziej rozczulają się nad kobietami, szczególnie w czasach kiedy mężczyźni bardzo często lubią się dobrze ubrać. Szczyt ignorancji i niesprawiedliwości. Tak na prawdę to nawet na allegro już nie ma takiego wyboru. Ostatnio próbowałem znaleźć ciepły gruby sweter. Zastrzelcie tych, którzy dodają aukcję z tytułem Japan Style. Kiedyś pod tym hasłem, nie daleko jak rok temu można było znaleźć coś oryginalniejszego od narzucanego na siebie worka po kartoflach, teraz jest wszystko, i wszystko jest takie samo. Teraz prosta para skarpetek potrafi mieć takowy dopisek. Niektóre rzeczy mają po 40 identycznych aukcji tego samego sprzedawcy. Na jaki grzyb ja pytam? Mówię wam, jak tylko się dokształcę to zrewolucjonizuje sprzedaż internetową. I nie tylko. O! Jakieś pomysły co można było jeszcze ulepszyć i zmienić? Knock, knock, any body out there?

niedziela, 18 grudnia 2011

Somegoodtitle.


Tak omijam okazje i omijam i końca a raczej początku kolejnej notki z cyklu jak to Rabit śmieje się światu w oczy nie widać. Zbliżają się święta. Takiej okazji już nie mogę przegapić, w szczególności, że jak co roku jest o czym pisać. Chociażby świąteczne szaleństwo w sklepach wszelkiej maści, galeriach handlowych i tym podobnych. Nawet u mechaników specjalizujących się w wulkanizacji, ale to chyba ma jednak związek bardziej z nieuniknionym acz rychłym ''zima zaskoczyła kierowców''. Żartuję, żal mi by tyłek ściskał jakbym miał o tym pisać. Z racji, że długi czas nie zwracałem za bardzo na siebie uwagi swoją twórczą spuścizną to może najpierw co u królika. Nic ciekawego, tak w sumie. To teraz do sedna. Wprowadzenie miliardów emotikonek do komunikatorów, poczty e-mail, czy nawet na forach internetowych okazuje się naturalną reakcją obronną naszego organizmu. Od zawsze komunikacja niewerbalna jest najważniejszym elementem kontaktów społecznych. W czasach nowoczesnych, kiedy to komunikacja przechodzi w wirtualność doskonałym pomysłem było wprowadzenie ikonek symbolizujących gesty mimiczne. Zawsze uważałem, ze wysyłanie tego typu symboli w każdym jednym sms'ie i mailu czy wiadomości na gadu-gadu czy innym komuni-katem-spokoju i ciszy to istne zło, ale okazuje się, że jest wręcz przeciwnie. Czuje się kompletnie zmieszany, bo często byłem nie ugięty pod tym względem, ale taka jest prawda, ponieważ, jak się dowiedziałem, ponad pięćdziesiąt procent skutecznej komunikacji między ludźmi stanowi właśnie mimika i mowa ciała. Reszta to intonacja, sytuacja, a same słowa stanowią zaledwie marne, ostatnie z tych stu, kilka procent. Macie jakieś odczucia co do emotikonek? Ktoś może zmienia podejście razem ze mną? ;)
Kolejną i zupełnie odrębną kwestią stanowi skrajność. Czyli wysyłanie czegoś w stylu ;):);*:D[lol][sex][zygi] - tu chciałbym złożyć pokłony mojej mamusi, która to, powinna dostać w tej dziedzinie tytuł mistrzowski. Wiadomo. Nadgorliwość bywa gorsza od faszyzmu. Pomimo to myślę, że byłoby tryliard razy mniej kłótni i niedomówień, gdyby każdy po każdym zdaniu w sms'ie czy innego rodzaju wiadomości dodawał emotikonę. Naprawdę tak uważam. Poza tym, nie piszę tego bezpodstawnie. Ile razy było tak, że dostałem porządnie w ryj za to, że coś nie „zabrzmiało” tak jak powinno w zdaniu napisanym zamiast wypowiedzianego. Wesołego bigosu przy- w miarę możliwości- rodzinnym stole.

niedziela, 2 października 2011

Jakjedzieszpalancie?!


Wpadło mi do głowy, że nigdy nie trafiłem na treściwy tekst przywołujący skojarzenia osób z samochodami, lub wręcz na odwrót, samochodów z ich właścicielami. Spędzając popołudnie na mieście, chodziłem i się przyglądałem. Ot co mi w oczodoły powpadało. Zaczynając od tych sławniejszych i bardziej oczywistych. Audi i Bayerische Motoren Werke- zarówno pierwsze jak i drugie raczej kojarzone jest z przypakowanymi, łysymi dresami, z tym, że w przypadku audi mam wrażenie, że nieco lepiej ubrani kosztem ujemnych zdolności intelektualnych a w BMW te przypakowane to wersja miniaturka tych większych uzyskana sposobami domowymi- wiadro z betonem, ciężki tapczan i noszenie worków z kartoflami.
Z Audi rzadko kiedy coś słychać zza opuszczonych szyb, jak już, to są to tak zwane manieczki. Z BMW podobnie, ale głośniej, z nutką bardziej popularnego techno. W modelach z szyberdachem częstą przypadłością jest komin lokomotywy, tak jakby chcieli dać wszystkim na około do zrozumienia, że w środku siedzi Snoop Dog z ekipą po odbiorze dostawy towaru.
Volkswagen- w tym wypadku w większości wypadków spotykam się z Golfami od pierwszej do czwartej generacji, często bardzo, ale to bardzo odpicowane wiejskimi sposobami podobnymi do tych, które stosowały osoby nazywane w latach dziewięćdziesiątych mianem ''panie majster'' w celach konserwacyjnych budynków i mieszkań. Zza szyb bardzo często tłusty bas polskiego hip hopu z wybrykami tego co w dwóch poprzednich przykładach. W środku na siedzeniu kierowcy raczej skromnie ubrane dresidła z klapkami na nogach i daszkami letnich czapek ustawionymi równolegle do osi pionowej ciała. Dym papierosowy ulatnia się zarówno przez dyskretnie- mniej lub bardziej lub w ogóle nie dyskretnie- uchylone szyby jak i z wystającej z tyłu rury wydechowej wraz z donośnym dźwiękiem wskazującym na stosowanie durszlaka zamiast tłumika.
Honda- auta dla mózgojebów- pomijając Ciebie Bartosz- wtajemniczeni zrozumieją. Zza szyb trance, psychodelic trance, alternatywny trance i acid-uplifting-goa-dupa [czyt. dwa ostatnie: goła dupa] trance. Szybcy i wściekli. I głośni. Zawsze. Jak nie za sprawą tłumika to za sprawą zestawu audio znajdującego się wewnątrz. Zakup lepszego audio i tak nie wiele daje, z racji troszeczkę gorzej spasowanych elementów... Hm. Wszystkich elementów- gorzej niż w bawarskich z pochodzenia samozwańczych władców świata motoryzacji wyżej wymienionych. W czego efekcie często nie jestem w stanie określić jakiej muzyki słuchają w środku. Jedno wiem na pewno. W rytm każdej z piosenek karoseria pulsuje w równym w miarę tempie.
Nissan Micra- młode damulki lubiące zawrotną prędkość, zawrotne manewry, zawrotną zawrotność nieprzewidywalności zachowań płci pięknej, oraz raczej młodzi, dobrze ubrani, często w garniturku, zadbani, ładnie uczesani kandydaci na wielkich biznesmenów.
Wszelakie małe tańsze od Micry- Fiaty i inne fiaty- zazwyczaj należą do studentów płci zarówno męskiej jak i damskiej, ale jak mam tylko okazję i szczęście odnotować to, że w środku siedzi to drugie to staram się trzymać z daleka. Sam gdybym kupował córce pierwsze auto- kupiłbym nie potrafiące za szybko jeździć auto, wywołujące wśród innych kierowców strach i obawy o własny lakier. Nie wiem jak was, ale małe usterki najbardziej mnie bolą jeśli chodzi o mojego pół-terenowego i ćwierć-wyścigowego Peugeota sto sześć. Przy czym- tym bardziej mi szkoda tak zwanej szkody całkowitej aut zestresowanych młodych padawanów w ruchu ulicznym. Z drugiej strony- tak czy inaczej trzymałbym się z daleka od tych małych szakali drogowych. Często widzę w nich za kierownicą starszych, przyślepawych i niedowidzących z umiejętnością szybkiej reakcji na poziomie dorównującym reakcji ślimaka- emerytów. Zauważyliście, że jak się podnosi ślimaka w górę to robi coś takiego co można by było przełożyć powolnie, a nawet bardzo powolnie wymówione sformułowanie:
"Czekaj, czy ja kurwa lubię poziomki..?"
A dopiero po dłużej chwili coś w stylu- ej, postaw mnie z powrotem na ziemię bo... Bo... Bo, bo pójdę do domu.
Kolejną tym razem- grupą samochodów jaka mi się rzuciła w światło reflektorów gdzieś po drodze jest banda aut służbowych. Sic! Istni szaleńcy. Mają w dupie Ciebie, siebie, swoje pojazdy i to czy droga jest prosta, kręta, dziurawa czy pod górkę, z górki i czy w ogóle nią powinni jechać czy nie. Auta są oszczędne, ale jednocześnie szybkie ale nie zawsze nadają się do sprytnych manewrów rzędu slalomu na podobieństwo najlepszych scen z Tokio Drift. Można? Można. Nawet, wielkim jak dupa słonia, dostawczakiem.
Ostatnia banda. oldschool'owe oldsmobile z oldtimer'owymi kierowcami. Samochody wyciągnięte z czasów walki ze smokami i szukania skarbów na bezludnych wyspach, niektóre doprowadzone do stanu- w miarę ok- niektóre nie- ale wszystkie jeżdżą. W środku albo zamiłowani w swoim pierwszym zakupie tryliard lat temu długowieczni dziadkowie, nie zamierzający umrzeć w naturalny sposób, albo studenci, którzy:
a- znaleźli i ukradli oldsmobila na skupie złomu,
b- wydali bezpodstawnie majątek za nie w stanie grata,
c- jak wyżej, ale z uzasadnieniem- bo doprowadzono go wcześniej do dobrego stanu albo jest dobrze zachowanym wykopaliskiem archeologicznym,
d- dostali w spadku po dziadku pradziadka,
e- stwierdzili nieświadomi zła ekonomicznego, które z czasem miałoby nadejść dla ich portfela, że oldschool'owe auto będzie w pytę,
f- są zwariowanymi wariatami z zamiłowaniami do klasyki archeomotoryzacji.
Jeszcze motocykliści i Ci na małych popierdółkach zwanych skuterami. Ci pierwsi to dobra i zgrana ekipa sprawiająca wrażenie cwaniaczków między samochodami- z całym do tego prawem. Dwa. Dwa! Nie cztery- koła. Trzykrotnie więcej mocy od standardowego auta przeciętnego Kowalskiego, trzykrotnie większe przyśpieszenie, i trzykrotnie większy lans w odniesieniu do oczu zarówno kobiet jak i mężczyzn. Co do tych drugich- krótki komentarz. Na przeciwko mojego podwórka na szycie słupka od ogrodzenia wisi kask jednego z nich- jak się domyślam, osrany przez ptactwo i podrapany przez koty. Bez odseparowanej od reszty ciała głowy w środku- sprawdziłem- ale wisi.
To chyba tyle. I bez urazy- szczęśliwi właściciele swoich dóbr kultury na czterech kółkach- tych mniej lub w ogóle nie wpasowanych w wyżej przytoczone schematy. Całuski.