wtorek, 20 grudnia 2011

Roadrage.


Dacie wiarę? Znalazłem sposób na uliczny gniew. Wyobraźcie sobie. Stoicie w korku, zajmujecie wygodną pozycję w swoim aucie, stoją oczywiście na lewym, tym szybszym, lepszym, mniej dziurawym pasie, nagle po waszej prawicy pojawia się identyczny samochód z identycznym gościem za kierownicą. Robi te same miny, warczy silnikiem w tym samym momencie co wy, i nie tworzy niebezpieczeństwa pod postacią zobaczenia środkowego palca mówiącego grzeczne pieprz się palancie. Nie robi głupich min, nie udaje kozaka, w jego oczach widać ten sam płomień rywalizacji z w waszych. Nie ustępuje wam na krok. Podjeżdżacie metr, on z wami. Po jakimś czasie oboje zajmujecie już bardziej sportową pozycję za kierownicą, każdy z was zamienia się w Stiga. Fotel ustawiony trochę bardziej pod skosem, wyżej, kierownica ląduje bliżej, wyostrzają się wszystkie zmysły. Podjeżdżacie do semaforów, pod samą linię, jak na torze Ferrari. Czekacie na zielone, teraz będzie okazja zmierzenia się. Nadeszła chwila prawdy. Czerwone światło gaśnie w waszych oczach z każdym mignięciem zielonego symbolu ruchu pieszego. Zielone piesze gaśnie, ryk silnika robi się coraz głośniejszy, wrzucasz pierwszy bieg, zapala się pomarańczowe, adrenalina rośnie, zielone! Start! Idzie łeb w łeb przez pierwsze dwa metry... Po czym samochód rywala znika i pojawia się kabina rozweselonych kierowców samochodu dostawczego rozwożącego lustra w pozycji pionowej na przyczepie ciągnącej się za kabiną... Nie było by ciekawiej? :D

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Fishmarket.


Dzień jak co dzień, wstałem za późno, cały obolały, spóźniony na pierwszy mało ciekawy wykład z socjologii. Mam straszliwie nie wygodne łóżko, którego jak najszybciej muszę się pozbyć. Całe niedospanie, spóźnienia i tym podobne zwalam na łóżko jakby co. Standardowo przez spóźnienie zdążyłem wypić świętą rodzinną kawę o świętej godzinie jedenastej przegryzając pewnie święcone za sprawą mojej babci z rana w kościele drożdżówki. Potem sprint na autobus. Cóż za miła niespodzianka zobaczyć po latach znajomą twarz płci żeńskiej. I teraz kwestia standardowa- co słychać? Macie jakieś ciekawsze zwroty na przywitanie znajomej sprzed lat, o której de facto nie wiele w ogóle wiecie? Problem polega na tym, że w Polsce w większości wypadków po zadaniu pytania co słychać pada odpowiedź, a nic w sumie, albo po staremu, albo wszystko w porządku. I co dalej. Jak tam, gdzie jedziesz? (;P) Wiadomo, poniedziałek, godzina przed południowa, praca albo uczelnia. Jak praca to się jeszcze rozmowa jakoś dalej kula. Gorzej z uczelnią. Bo co, o oceny mam pytać? Sam ambicjami nie grzeszę i szczerze przyznając nie mam wielkiego pola do popisu w tej kwestii chyba, że zacząłbym wymieniać dziesiątki wygranych bardziej lub mniej pomyślnie walk i pojedynczych bitew z wykładowcami. Nigdy nie zapomnę jak kiedyś jak jeszcze studiowałem ten sam kierunek tyle, że na studiach zaocznych walczyłem o zaliczenie i wpis w McDonaldzie na dworcu w Gdańsku Głównym, przy kawie i gazecie z Panią doktor specjalizującą się w naukach ekologicznych i przyrodniczych. O dziwo nie musiałem wchodzić pod stół ani nic takiego. Może jednak nie jestem tak przystojny jak to sobie na kacu przed lustrem wmawiam na podstawie wiary w autosugestię (;]). Wracając do autobusu. Rozmowa skończyła się po obgadaniu pracy i uczelni. Resztę drogi każde z Nas zajęło się odpisywaniem prezydentowi na sms'a albo analizowaniem planów urbanistycznych miasta spoglądając przez okno autobusu. Na koniec magiczne pa pa, powodzenia i do zobaczenia za dziesięć lat w tym samym miejscu i czasie, słuchawki na uszy i jadym dalej. Czasem się poważnie zastanawiam nad sensem zawracania dupy komuś znajomemu, podkreślam znajomemu, z którym w gruncie rzeczy nie wiele się miało do czynienia zamiast poświęcenia się kontemplacji wizji lokalnej i analizy zapachów kanibalistycznej kuchni świata, kończącej się zazwyczaj wnioskami rzędu- nie, nie, nikt tu jednak nie wiezie nic dobrego na świąteczny obiad, to ten za Tobą, pochodzi z miejscowości gdzie trzy lata temu odcięli wodę. Oczywiście. Aha, i z autopsji- siadajcie juz do kogoś siedzącego jak jest wolne miejsce. Nigdy nie wiadomo kto się obok dosiądzie. Dzisiaj miałem szczęście dać okazję korzystania z siedzenia obok mnie chińskiemu, europejskiego pochodzenia, sprzedawcy ośmiornic na targu rybnym. Takie było moje pierwsze wrażenie. Potem sprzedawca ryb zmienił się w rzeźnika, pracownika kwiaciarni- ale nie wiem, czy to nie za sprawą wysiadającej młodej kobiety nas mijającej, potem było już tylko coraz ciekawiej. Wracając niejako do świątecznego szaleństwa, a raczej do samych zakupów. Zauważyliście, że w tym roku męska część społeczeństwa jest strasznie dyskryminowana? Włóczyłem się po kilku galeriach handlowych i do takiego właśnie wniosku doszedłem. Dział męskiej odzieży zazwyczaj zamyka się na obszarze dziesięciu metrów kwadratowych w którymś ze ślepych zaułków sklepu a cała reszta- czytaj najczęściej półtora piętra to dział kobiecy. Chyba zacznę się ubierać w damskie ciuchy. Większy wybór, lepszy design i większa praktyczność. Nie rozumiem czemu projektanci mody bardziej rozczulają się nad kobietami, szczególnie w czasach kiedy mężczyźni bardzo często lubią się dobrze ubrać. Szczyt ignorancji i niesprawiedliwości. Tak na prawdę to nawet na allegro już nie ma takiego wyboru. Ostatnio próbowałem znaleźć ciepły gruby sweter. Zastrzelcie tych, którzy dodają aukcję z tytułem Japan Style. Kiedyś pod tym hasłem, nie daleko jak rok temu można było znaleźć coś oryginalniejszego od narzucanego na siebie worka po kartoflach, teraz jest wszystko, i wszystko jest takie samo. Teraz prosta para skarpetek potrafi mieć takowy dopisek. Niektóre rzeczy mają po 40 identycznych aukcji tego samego sprzedawcy. Na jaki grzyb ja pytam? Mówię wam, jak tylko się dokształcę to zrewolucjonizuje sprzedaż internetową. I nie tylko. O! Jakieś pomysły co można było jeszcze ulepszyć i zmienić? Knock, knock, any body out there?

niedziela, 18 grudnia 2011

Somegoodtitle.


Tak omijam okazje i omijam i końca a raczej początku kolejnej notki z cyklu jak to Rabit śmieje się światu w oczy nie widać. Zbliżają się święta. Takiej okazji już nie mogę przegapić, w szczególności, że jak co roku jest o czym pisać. Chociażby świąteczne szaleństwo w sklepach wszelkiej maści, galeriach handlowych i tym podobnych. Nawet u mechaników specjalizujących się w wulkanizacji, ale to chyba ma jednak związek bardziej z nieuniknionym acz rychłym ''zima zaskoczyła kierowców''. Żartuję, żal mi by tyłek ściskał jakbym miał o tym pisać. Z racji, że długi czas nie zwracałem za bardzo na siebie uwagi swoją twórczą spuścizną to może najpierw co u królika. Nic ciekawego, tak w sumie. To teraz do sedna. Wprowadzenie miliardów emotikonek do komunikatorów, poczty e-mail, czy nawet na forach internetowych okazuje się naturalną reakcją obronną naszego organizmu. Od zawsze komunikacja niewerbalna jest najważniejszym elementem kontaktów społecznych. W czasach nowoczesnych, kiedy to komunikacja przechodzi w wirtualność doskonałym pomysłem było wprowadzenie ikonek symbolizujących gesty mimiczne. Zawsze uważałem, ze wysyłanie tego typu symboli w każdym jednym sms'ie i mailu czy wiadomości na gadu-gadu czy innym komuni-katem-spokoju i ciszy to istne zło, ale okazuje się, że jest wręcz przeciwnie. Czuje się kompletnie zmieszany, bo często byłem nie ugięty pod tym względem, ale taka jest prawda, ponieważ, jak się dowiedziałem, ponad pięćdziesiąt procent skutecznej komunikacji między ludźmi stanowi właśnie mimika i mowa ciała. Reszta to intonacja, sytuacja, a same słowa stanowią zaledwie marne, ostatnie z tych stu, kilka procent. Macie jakieś odczucia co do emotikonek? Ktoś może zmienia podejście razem ze mną? ;)
Kolejną i zupełnie odrębną kwestią stanowi skrajność. Czyli wysyłanie czegoś w stylu ;):);*:D[lol][sex][zygi] - tu chciałbym złożyć pokłony mojej mamusi, która to, powinna dostać w tej dziedzinie tytuł mistrzowski. Wiadomo. Nadgorliwość bywa gorsza od faszyzmu. Pomimo to myślę, że byłoby tryliard razy mniej kłótni i niedomówień, gdyby każdy po każdym zdaniu w sms'ie czy innego rodzaju wiadomości dodawał emotikonę. Naprawdę tak uważam. Poza tym, nie piszę tego bezpodstawnie. Ile razy było tak, że dostałem porządnie w ryj za to, że coś nie „zabrzmiało” tak jak powinno w zdaniu napisanym zamiast wypowiedzianego. Wesołego bigosu przy- w miarę możliwości- rodzinnym stole.

niedziela, 2 października 2011

Jakjedzieszpalancie?!


Wpadło mi do głowy, że nigdy nie trafiłem na treściwy tekst przywołujący skojarzenia osób z samochodami, lub wręcz na odwrót, samochodów z ich właścicielami. Spędzając popołudnie na mieście, chodziłem i się przyglądałem. Ot co mi w oczodoły powpadało. Zaczynając od tych sławniejszych i bardziej oczywistych. Audi i Bayerische Motoren Werke- zarówno pierwsze jak i drugie raczej kojarzone jest z przypakowanymi, łysymi dresami, z tym, że w przypadku audi mam wrażenie, że nieco lepiej ubrani kosztem ujemnych zdolności intelektualnych a w BMW te przypakowane to wersja miniaturka tych większych uzyskana sposobami domowymi- wiadro z betonem, ciężki tapczan i noszenie worków z kartoflami.
Z Audi rzadko kiedy coś słychać zza opuszczonych szyb, jak już, to są to tak zwane manieczki. Z BMW podobnie, ale głośniej, z nutką bardziej popularnego techno. W modelach z szyberdachem częstą przypadłością jest komin lokomotywy, tak jakby chcieli dać wszystkim na około do zrozumienia, że w środku siedzi Snoop Dog z ekipą po odbiorze dostawy towaru.
Volkswagen- w tym wypadku w większości wypadków spotykam się z Golfami od pierwszej do czwartej generacji, często bardzo, ale to bardzo odpicowane wiejskimi sposobami podobnymi do tych, które stosowały osoby nazywane w latach dziewięćdziesiątych mianem ''panie majster'' w celach konserwacyjnych budynków i mieszkań. Zza szyb bardzo często tłusty bas polskiego hip hopu z wybrykami tego co w dwóch poprzednich przykładach. W środku na siedzeniu kierowcy raczej skromnie ubrane dresidła z klapkami na nogach i daszkami letnich czapek ustawionymi równolegle do osi pionowej ciała. Dym papierosowy ulatnia się zarówno przez dyskretnie- mniej lub bardziej lub w ogóle nie dyskretnie- uchylone szyby jak i z wystającej z tyłu rury wydechowej wraz z donośnym dźwiękiem wskazującym na stosowanie durszlaka zamiast tłumika.
Honda- auta dla mózgojebów- pomijając Ciebie Bartosz- wtajemniczeni zrozumieją. Zza szyb trance, psychodelic trance, alternatywny trance i acid-uplifting-goa-dupa [czyt. dwa ostatnie: goła dupa] trance. Szybcy i wściekli. I głośni. Zawsze. Jak nie za sprawą tłumika to za sprawą zestawu audio znajdującego się wewnątrz. Zakup lepszego audio i tak nie wiele daje, z racji troszeczkę gorzej spasowanych elementów... Hm. Wszystkich elementów- gorzej niż w bawarskich z pochodzenia samozwańczych władców świata motoryzacji wyżej wymienionych. W czego efekcie często nie jestem w stanie określić jakiej muzyki słuchają w środku. Jedno wiem na pewno. W rytm każdej z piosenek karoseria pulsuje w równym w miarę tempie.
Nissan Micra- młode damulki lubiące zawrotną prędkość, zawrotne manewry, zawrotną zawrotność nieprzewidywalności zachowań płci pięknej, oraz raczej młodzi, dobrze ubrani, często w garniturku, zadbani, ładnie uczesani kandydaci na wielkich biznesmenów.
Wszelakie małe tańsze od Micry- Fiaty i inne fiaty- zazwyczaj należą do studentów płci zarówno męskiej jak i damskiej, ale jak mam tylko okazję i szczęście odnotować to, że w środku siedzi to drugie to staram się trzymać z daleka. Sam gdybym kupował córce pierwsze auto- kupiłbym nie potrafiące za szybko jeździć auto, wywołujące wśród innych kierowców strach i obawy o własny lakier. Nie wiem jak was, ale małe usterki najbardziej mnie bolą jeśli chodzi o mojego pół-terenowego i ćwierć-wyścigowego Peugeota sto sześć. Przy czym- tym bardziej mi szkoda tak zwanej szkody całkowitej aut zestresowanych młodych padawanów w ruchu ulicznym. Z drugiej strony- tak czy inaczej trzymałbym się z daleka od tych małych szakali drogowych. Często widzę w nich za kierownicą starszych, przyślepawych i niedowidzących z umiejętnością szybkiej reakcji na poziomie dorównującym reakcji ślimaka- emerytów. Zauważyliście, że jak się podnosi ślimaka w górę to robi coś takiego co można by było przełożyć powolnie, a nawet bardzo powolnie wymówione sformułowanie:
"Czekaj, czy ja kurwa lubię poziomki..?"
A dopiero po dłużej chwili coś w stylu- ej, postaw mnie z powrotem na ziemię bo... Bo... Bo, bo pójdę do domu.
Kolejną tym razem- grupą samochodów jaka mi się rzuciła w światło reflektorów gdzieś po drodze jest banda aut służbowych. Sic! Istni szaleńcy. Mają w dupie Ciebie, siebie, swoje pojazdy i to czy droga jest prosta, kręta, dziurawa czy pod górkę, z górki i czy w ogóle nią powinni jechać czy nie. Auta są oszczędne, ale jednocześnie szybkie ale nie zawsze nadają się do sprytnych manewrów rzędu slalomu na podobieństwo najlepszych scen z Tokio Drift. Można? Można. Nawet, wielkim jak dupa słonia, dostawczakiem.
Ostatnia banda. oldschool'owe oldsmobile z oldtimer'owymi kierowcami. Samochody wyciągnięte z czasów walki ze smokami i szukania skarbów na bezludnych wyspach, niektóre doprowadzone do stanu- w miarę ok- niektóre nie- ale wszystkie jeżdżą. W środku albo zamiłowani w swoim pierwszym zakupie tryliard lat temu długowieczni dziadkowie, nie zamierzający umrzeć w naturalny sposób, albo studenci, którzy:
a- znaleźli i ukradli oldsmobila na skupie złomu,
b- wydali bezpodstawnie majątek za nie w stanie grata,
c- jak wyżej, ale z uzasadnieniem- bo doprowadzono go wcześniej do dobrego stanu albo jest dobrze zachowanym wykopaliskiem archeologicznym,
d- dostali w spadku po dziadku pradziadka,
e- stwierdzili nieświadomi zła ekonomicznego, które z czasem miałoby nadejść dla ich portfela, że oldschool'owe auto będzie w pytę,
f- są zwariowanymi wariatami z zamiłowaniami do klasyki archeomotoryzacji.
Jeszcze motocykliści i Ci na małych popierdółkach zwanych skuterami. Ci pierwsi to dobra i zgrana ekipa sprawiająca wrażenie cwaniaczków między samochodami- z całym do tego prawem. Dwa. Dwa! Nie cztery- koła. Trzykrotnie więcej mocy od standardowego auta przeciętnego Kowalskiego, trzykrotnie większe przyśpieszenie, i trzykrotnie większy lans w odniesieniu do oczu zarówno kobiet jak i mężczyzn. Co do tych drugich- krótki komentarz. Na przeciwko mojego podwórka na szycie słupka od ogrodzenia wisi kask jednego z nich- jak się domyślam, osrany przez ptactwo i podrapany przez koty. Bez odseparowanej od reszty ciała głowy w środku- sprawdziłem- ale wisi.
To chyba tyle. I bez urazy- szczęśliwi właściciele swoich dóbr kultury na czterech kółkach- tych mniej lub w ogóle nie wpasowanych w wyżej przytoczone schematy. Całuski.

piątek, 23 września 2011

Everyday normal guy.


Gdyby tak w jednym dniu zawrzeć cały ten okres od kiedy napisałem ostatnią notę zabrzmiałoby to mniej więcej w ten sposób. Zacząłbym dzień od spojrzenia w najpiękniejsze oczy jakie kiedykolwiek w życiu miałem okazję widzieć, potem na uśmiech, który powoduje, że każdy dzień rozpoczęty od takowego zyskuje kwalifikator wyjątkowo dobrego dnia. Potem spakowałbym się do pracy prasując sobie kolejną wyjętą świeżo z prania białą koszulę- nigdy nie miałem w zwyczaju często prać a tym bardziej prasować białych koszul. Co do prasowania- to nie tylko koszul. Raczej wolałem pozostawiać koszule w stanie nienaruszonym- zaraz po wyjęciu wymiętolonej, zwiniętej w kulkę, wcześniej wrzuconej w takiej postaci koszuli do szafy- ubierałem ją na siebie. Wracając do meritum. W trakcie prasowania pochłonąłbym pół tosta lub małą kanapkę popijając łykiem kawy z gęstą śmietanką w rogu ust trzymając odpaloną fajkę, którą wcześniej odpaliłbym z braku wolnych rąk prawą stopą albo o gazowy palnik kuchenki, odpalony łokciem. To coś na wzór sięgania po coś z drugiego końca łazienki w czasie grubszej sprawy na kibelku. Pełna konspiracja. Potem usiadłbym przy laptopie, włączył kilka energetycznych piosenek na tyle głośno, co by ktoś z domowników zwrócił uwagę na to, że już wstałem (przy okazji- miałem epizod grania na perkusji o dziesiątej rano, pewnego ranka, kilka dni temu- też zdało egzamin jeśli chodzi o przyciąganie uwagi). Następnie zszedłbym na dół do samochodu, wsiadłbym nie do końca wyspany wcześniej rzucając na tylnią kanapę plecak i skórę, której nie zdążyłem bardziej założyć niż tylko na jedną rękę. Po kilku próbach odpalenia tygrysa zwieńczonych sukcesem po rytualnym wyprzedzającym przekręcenie kluczyka wyłączeniem radia, nawiewu i świateł- czyli odcięciu wszelkich zasysaczy prądu z akumulatora- ruszyłbym w drogę do pracy. Skoczyłbym po drodze do sklepu po butelkę wody, jogurt i jakiegoś wypieka a 'la pączek, którego potem skonsumowałbym w czasie sprintu obwodnicą pobijając kolejne rekordy prędkości mojego samochodu. Wychodząc ze sklepu z gracją zjechałbym w dół schodów podjazdem dla inwalidów. Pierwszych kilka minut trasy od sklepu do pracy poświęciłbym ustawianiu częstotliwości odpowiadających radiach Trójce albo Czwórce. Potem w czasie drogi śmiałbym się sam do siebie słuchając audycji Wojciecha Manna wyobrażając sobie jego kocie i zgrabne ruchy w rytm od metalowych aż do rodem z epoki disko piosenek. Dojechałbym do pracy w czasie mieszczącym się między piętnastoma a dwudziestoma minutami. Dzień w pracy spędziłbym na skręcaniu mebli, przenoszeniu tapicerki i projektowaniu w międzyczasie kuchni dla mojej babci. Wracając do domu zgarnąłbym Madzię z jej pracy z ulgą, że znów mogę patrzeć na jej uśmiech i dawać jej swój własny uśmiech, żeby się uśmiechnęła. Dojechałbym do domu, wpadłbym do pokoju zdejmując jedynie kurtkę, odpaliłbym piecyk gitarowy, włączył muzykę i zacząłbym grać na gitarze nagrywając kolejne pomysły na ścieżki dla zespołu. Potem bym wyłączył wszystkie światła, i zapaliłbym fajkę przy oknie słuchając jakiejś melancholijnej muzyki odkrywając przed sobą to swoje bardziej wytłumione ja. Spod okna bardzo szybko wylądowałbym na placach na łóżku patrząc w ciemny sufit i myśląc o tym jak piękny potrafi być świat i jakim szczęściarzem jestem, że otaczają mnie tacy ludzie jakich mam przy sobie na co dzień. Z butelką Jack'a Daniels'a w jednej ręce, książką Wojciecha Manna w drugiej i papierosem w pysku powoli pozwalałbym rozluźniać się każdemu mięśniu po kolei. Pstryk. Gaszę papierosa i idę spać.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Trampolinos part I.


Czas na trip. Planowany przyjazd mojego kuzyna do trójmiasta okazał się poważnym logistycznym przedsięwzięciem. Rzecz imałaby się zupełnie inaczej gdyby nie fakt, że zdecydował przyjechać trabantem. Jako, że dobry ze mnie człowiek, zdecydowałem się jakoś go wspomóc. Plan wyjazdu. siódma czterdzieści trzy- autobus z Pruszcza do Gdańska. Ósma trzydzieści osiem- pociąg z Gdańska Głównego do Poznania. Dwudniowy pobyt na miejscu i powrót istnym wehikułem czasu w historii motoryzacji- albo modelarstwa. Zwieńczenie wyprawy w postaci dotarcia z punktu a, do punktu b, znajdujących się od siebie w odległości przekraczającej trzysta kilometrów. Już sam początek zapowiedział, że będzie ciekawie. Kupując bilet na autobus z kabiny kierowcy dobiegała skoczna melodia disco polo. Na tym nie koniec. Ów kierowca w połowie drogi zdecydował, że się z pasażerami podzieli tą wesołą muzyką i włączył głośniki wzdłuż całego autobusu. Mało tego. W refrenach postanowił podzielić się swoim niewątpliwie wielkim talentem wokalnym podśpiewując sobie do mikrofonu. W ciekawo. Szczęśliwy i rozbawiony dojechałem do Gdańska. Wyszedłem z autobusu, doszedłem do dworca, wcisnąłem się przez drzwi do budynku i stanąłem słupem. Co prawda mogłem, mimo zapewnień kuzyna, że będzie mało ludzi, przygotować się psychicznie na widok długich wężyków prowadzących do kas, ale jakoś tego nie brałem pod uwagę. Zanim zdecydowałem się rzucić w ten wir rozwścieczonych pasażerów pożądających biletu na swój własny, prywatny pociąg, zauważyłem pewną niejasność na tablicy z rozkładem. Siódma trzydzieści cztery- Gdynia, siódma pięćdziesiąt sześć- Kołobrzeg, ósma dwadzieścia trzy, ósma trzydzieści osiem, ósma trzydzieści osiem po raz drugi, ósma pięćdziesiąt sześć- gdzie do jasnej cholery jest mój Bachus? Przy żadnej godzinie nie mogłem się dopatrzyć znanego mi kierunku na Zieloną Górę- przez- Poznań, pociąg tanich linii kolejowych, odjeżdżający z peronu pierwszego. Podszedłem do informacji, dowiedziałem się, że nastąpiły zmiany, podszedłem do kolejki po bilet, i tu zaświeciła się mała jasna żaróweczka nad moją wielką łepetynom. Bogu dzięki, w Gdańsku Głównym są dwa miejsca gdzie można nabyć bilet. Na głównej hali, oraz (!)- o czym mało kto wie w klimatyzowanym pomieszczeniu na końcu dworca po lewej stronie, gdzie dwie, przemiłe panie przyjmują zainteresowanych na wygodnym krzesełku w miłej bezstresowej atmosferze- od godziny ósmej rano. Polecam. Byłem na dworcu o ósmej piętnaście, kupując bilet byłem ich pierwszym klientem. Mówimy o tej samej w chwili, w której przy kasach na hali były długie, na prawdę długie kolejki do kas. Zakupiłem bilet, udałem się do sklepu po butelkę wody żywiec, zapaliłem papierosa, wszedłem na peron- i znów to samo- zniechęcenie i zmęczenie podróżą na widok przeładowanego- jeśli można tak powiedzieć- peronu. Poszedłem na sam koniec- skąd miałem później możliwość wskoczyć do interesujących mnie wagonów. Spotkałem dobrego kumpla i po przyjeździe pociągu zająłem z nim wygodne miejsca w w miarę miłej atmosferze, w ostatnim przedziale ostatniego wagonu. Sześć osobnych foteli z podłokietnikami na przedział- wagony intercity. To będzie dobry weekend.

sobota, 25 czerwca 2011

Orange Warsaw Festival.


Orange Warsaw Festiwal. Sam festiwal zapowiadał się od samego początku bardzo ciekawie. Dzięki takim gwiazdom jak Moby, Jamiroquai czy The Streets już można było uznać spędzenie tych dwóch dni w tym miejscu za interesujące, widowiskowe i godne polecenia wydarzenie. Wyobraźcie sobie samo miejsce. Stadion, przestrzeń prawie zamknięta, jak koncert w gigantycznym namiocie- w namiotach zazwyczaj mają miejsce jedne z najbardziej klimatycznych koncertów- doskonałe oświetlenie podświetlające boki sklepienia na około płyty widowni, nagłośnienie- szczególnie bas- odbijające się od ścian, zrównujące murawę z ziemią. Kilka tygodni temu ogłoszono ostatniego z zagranicznych artystów- My Chemical Romance. Do tego czasu można było by myśleć- postawili na ambitnych w jakimś stopniu słuchaczy i dobry smak perfekcjonizmu i w jakimś sensie klasyki. Samo ogłoszenie tego artysty, niczym bas na próbach dźwięku na, których właśnie przebywam, zrównało moje wyobrażenie o tym event'cie z ziemią. Zespół, który spowoduje, że na murawie stadionu Legii w Warszawie pojawi się dodatkowe kilka tysięcy widowni w postaci rozwścieczonych, małych, długowłosych, szałowo wymalowanych istot płci głównie damskiej, przekrzykujących piskiem każdy wspaniały dźwięk dobiegający ze sceny. Miałem nadzieję na ograniczenia wiekowe- jak się dowiedziałem, zniesiono. Od piętnastego roku życia te istoty będą mogły bez dorosłego opiekuna odpowiadającego za ich postradanie umysłowe wejść na teren stadionu i- rozpierdalać całą zabawę nieco dojrzalszym słuchaczom. I nie chodzi mi wcale o to, że nie widzę siebie skaczącego pod samą sceną, o ile nie ograniczają tego barierki, na koncercie takiego zespołu jak My Chemical Romance, ale w takiej sytuacji staje się to po prostu nie racjonalnie głupim zamiarem. To tyle jeśli chodzi o komentarz względem samego wydarzenia i warstwy społeczeństwa, z którym przyszło mi obcować. Teraz do rzeczy. Dzień pierwszy. Vox- potężne tranzystorowe basowe brzmienie połączone ze zgrabnym rapem w wykonaniu niesamowicie zdolnej wokalistki. Trzy utwory, dodaje do listy ''słuchane''. Dalej- Piotr Lisiecki. Zdenerwowany, aczkolwiek zdolny chłopak z gitarą, i zespołem. Zalatuje trochę country, trochę liryką śpiewaną. Życzę im jak najlepiej, po oswojeniu się ze sceną mieliby czym się popisać. potem gwiazda wieczoru, mentalny zwycięzca programu xFactor- Michał Szpak. Gdyby się urodził w latach panowania Guns N’ Roses- byłby w stanie zapisać się na kartach historii tego typu muzyki i stylu bycia. Niesamowita charyzma i oryginalna jak na te czasy prezencja na scenie niestety we współczesnych, dodajmy- polskich, dość ograniczonych pod względem tolerancji realiów niestety nie umknęła wyśmiewczej krytyce. Chciałbym go widzieć na zagranicznej scenie, z inną publiką, najlepiej na początek jako support zespołu pokroju wyżej wymienionych Guns’ów, Aerosmith czy Van Halen. Dalej. My Chemical Romance. Podejrzenia co do tego jaka będzie publika spełniły się w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach. Było troszkę osób, których sylwetki odbiegały od fanatyzmu względem tego zespołu, spokojnych słuchaczy, ale zdecydowana większość niestety pojawiła się taka o jakiej pisałem wcześniej. Do tego wszystkiego doszedł fakt zależny nie wiem czy od samych organizatorów, czy od zespołu techników zajmujących się nagłośnieniem ichnego zespołu, ale ktoś poważnie dał dupy. Koncert był świetny, Gerard z zespołem dali niesamowite show, ale co z tego, skoro nie można było się w pełni cieszyć ich oryginalnym brzmieniem. Szczególnie mam tu na myśli wokal, którego ni w ząb często po prostu nie było zupełnie słychać. To tak w skrócie. Potem zagrało Skunk Anansie. Jeśli pojęcie- zagrało jest adekwatne. To był zdecydowanie najlepszy koncert na tym festiwalu. Rozpieprzyli wszystko. Nagłośnienie powaliło mnie na obie łopatki, aczkolwiek martwię się czy procent ludzi głuchoniemych nie wzrośnie. Pierwszy raz w życiu tak intensywnie czułem na sobie dźwięk gitary basowej. Miażdżące. Niesamowicie energetyczny początek połączony z psychopatycznym zachowywaniem się wokalistki stworzyło odpowiedni klimat i zadziałało orgazmogeneratywnie. Potem było troszkę spokojniej, potem znowu mocniej. Tak więc wszystko tak, jak być powinno. Następny zagrał Moby, mocno elektroniczny, z setlistą ukierunkowaną bardziej na dyskotekę niż na koncert, ale dał radę. Na prawdę było dobrze, mimo tego, że osobiście, troszkę porównując- bardziej podobał mi się jego koncert na Heineken Open'er Festival 2009. To tyle. Drugiego dnia na scenę wróciło po pięciu latach Sistars- i dobrze, nawet bardzo dobrze, bo zaprezentowali przepyszną porcję starego materiału poruszając prawie pełny już stadion. Publiczność tak pozytywnie ich przyjęła, że zespół sam do końca chyba w to nie mógł uwierzyć. Oby więcej takich polskich zespołów. Koncert bardzo dobrze nagłośniony- i znów- jako jedyny tego dnia, niestety. Nie dość, że odwołano koncert The Streets, to jeszcze późniejsze występy PlanB i Jamiroquai'a brzmiały jak siki opadające do klozetu. I to takie przerywane, jak w przypadku przerośniętej prostaty, z dokładką stęków powodowanych bólem. pomijając. PlanB- wokalista sprawił wrażenie mocno aroganckiego i mało zachwyconego szalejącym tłumem. Moim zdaniem zagrali bardziej dla siebie samych niż dla ludzi. Początek koncertu był spokojny i melodyczny, za to końcówka poszła zupełnie w odwrotność. Szaleństwo i rozpierdol. Pogo na scenie, rzucanie statywami, drum and base'owe, ciężkie aranżacje kilku ostatnich piosenek. Cząstkowy sukces sceniczny, podobało się, ale całokształt wyszedł słabo. Kolejny i ostatni już, Jamiroquai. Szczerze powiem, że nie spodziewałem się tam tylu tak młodych ludzi. Chodzi o tych poniżej osiemnastego roku życia. Sam zespół zagrał bardzo dobrze, ale ciężko mi jest cokolwiek więcej powiedzieć, bo, primo- byłem wkurwiony na przypadki patologii i chamstwa- w tym drugim przypadku chodzi właśnie o rozwydrzonych małolatów, a raczej małolatki, wśród widowni, secondo- nagłośnienie tego koncertu wyprowadzało z równowagi nawet wokalistę. To nie był dobry koncert. Komuś się oberwie.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Mrmistake.


Jesteśmy nacją błędu. Nasze rodziny coraz częściej reprezentują doskonale formułę błędu. My się uczymy na ich błędach, zapierając się rękoma i nogami, żeby sami tych błędów nie popełniać, tymczasem tworzy się błędne koło, chmara dymu, napuszczona pod szklankę z toksycznych ust nadinterpretacji rzeczywistości, a my w środku. Coraz więcej słyszy się z ust młodego pokolenia przekleństwa niegdyś, jak można by było pomyśleć, normalnego życia. I nie chodzi mi o słowa rzędu kurwy czy pierdolenia. Chodzi o rzędy sytuacji i złych świadectw starych wzorców. Wzięło mnie na kolejne przemyślenia z cyklu- nienawidzę społeczności, przy czym słowo nienawidzę mógłbym raczej zastąpić- boję się- przy okazji Dni Pruszcza Gdańskiego. Czemu? Dni oficjalnego przyzwolenia na ujawnianie się najgorszych patologii, których miejsce raczej powinno być ograniczone progami pijackich melin- takie, choć dość rozwinięte nazewnictwo, by mi bardziej pasowało do tego gminnego święta. I tu, doskonale widać setki przykładów wyżej wymienionego ścierwa. I za przeproszeniem- za chuj, nie mogę pojąć gdzie się podziewa świadectwo rozumu, na co dzień inteligentnych, pracujących w poważnych instytucjach, doskonale wpasowanych w spierdolony system chorej organizacji państwa dorosłych i dojrzałych ludzi. Wszyscy co "lepsi" o tym wiedzą i to widzą. Osobiście- wybaczcie jeśli zanudzam- ale nie potrafię zamilczeć. Do dna!

czwartek, 9 czerwca 2011

Ilostmyhat.


Po kilkunastu ostatnich eskapadach dochodzę do wniosku iż troszkę inaczej postrzegam stwierdzenie ''Bóg nas nienawidzi''. Na każdym kroku można spotkać tyle ścierwa, że nie jeden Chrystus Zbawiciel nie byłby w stanie tego udźwignąć. Dużo osób mi wiele razy mówiło, że to całe życie jest do dupy, że żyć nie warto. Nie pamiętając o tym, że w jakimś jednak celu się urodzili. Większym czy mniejszym. Każdy z nas ma jakiś swój cel. Sednem jest stu procentowa świadomość tego co nas otacza. Często jesteśmy kompletnie nie świadomi tego, że jesteśmy cząsteczką powodującą kogoś uśmiech na twarzy, albo wywołującą myśl: ''jednak są zajebiści ludzie na tym świecie, żyć warto''. I tu znów przywołam, ''dobrze jest''. I tak właśnie jest. Albo inaczej. Bo powinno być tak, jak chcemy żeby było- oczywiście w granicach rozsądku. Przy okazji pisania ostatniej notki zgubiłem czapkę. Po prawie godzinie, wróciłem w to miejsce kompletnie nie świadom zguby i ją znalazłem. Właśnie o tym mówię. Ktoś pewnie przechodził obok niej i myślał- ''oho, dobra impreza była''. No chyba, że inaczej- ''no tak, jakiś menel zgubił czapkę''- czego nie brałbym za negatyw. W końcu, robi się coraz cieplej, trzeba chwytać słońce a nie w czapce, zimowej, po nocy chodzić- nie pytajcie co robiła zimowa, wełniana czapka w mojej tylnej, dość luźnej kieszeni. O takich nieświadomych dla nas samych przypadkach można by było gdybać bez uwagi na przemijający czas, ale myślę, że warto o tym pamiętać. Wiele rzeczy się dzieje, rzeczy, które dla nas nie koniecznie są dobre, a dla reszty otaczającego nas świata są w jakiś sposób korzystne, i po prostu trzeba iść dalej.

środa, 8 czerwca 2011

Cheapestwaytobecool.


Nie równy start. Tematyka dość powszechna, bo w końcu jest sporo osób nowobogackich, które są w porządku mimo tego, że nagle- albo i nie nagle- doznają napływu pieniędzy. Chociażby takim osobom nigdy nie sprawia kłopotu kwestia powrotu do domu z melanżu. jak się domyślam, nie jestem jedyną osobą, której zdarzyło się, że gdyby nie kasa, wsiadłyby, albo spełnieniem marzeń byłaby taksówka prosto pod dom instead of czekanie pół godziny na autobus, który nie dość, że nie dojeżdża tam gdzie potrzeba to na dodatek przepełnia go społeczeństwo stwarzające potencjalne problemy nazywane powszechnie chuligaństwem. Siedząc na murku jakiegoś oddziału bankowego we Wrzeszczu i wspominając słowa mojego dobrego przyjaciela Dominika naszła mnie takowa rozkmina na ten temat. Od dłuższego czasu planowałem napisać coś o koncercie na którym byłem, albo o samotności jaka mnie zastała po rozstaniu się z moją ukochaną, ale padło w końcu na temat bardziej przyziemny i nieobcy prawie każdemu z nas. Znając życie, jutro jak będę chciał publikować tę notkę będę o niej myślał dość sceptycznie i z wielkim dystansem, ale ciul tam. Wszak w końcu powinniśmy żyć aktualnie trwającą chwilą, według doktryn sławetnego carpe diem. Abstrahując, po ulicach Wrzeszcza nocą biegają szczury, bez jaj, albo bez żartów, z jajami- o ile mi dobrze wiadomo. Tęsknie za swoim już nie egzystującym szczurem. Ostatnio często sam sobie wspominam o zamiarze nabycia własnego psa, w chwili kiedy już się wyprowadzę na swoje. I tu wracając do wątku mamony- życzę z całego serca każdej przejawiającej inteligencję i zaradność osobie sukcesu. Zauważyłem, że ostatnimi czasy przejawia się atmosfera sprzyjająca nagłemu wzrostu majątku debilom. Kto z nas do nich nie należy? Wiecie jak uzyskać papier toaletowy z tych wszystkich pierwiastków go tworzących? No właśnie. Co my byśmy zrobili gdyby nie ta banda mądrych ludzi, którzy to wszystko wymyślają. Do boju! I mimo, że to nie jedyna trosk jakie się we mnie zatliły w tę noc- bo w końcu widziałem ludzi śpiących na prawdę pod mostem i przewracających się o godzinie trzeciej trzydzieści z boku na bok- taki tam trip, w oczekiwaniu na upragniony autobus- ale też to, że o tej godzinie świat na prawdę, jeśli tylko ktoś potrafi otworzyć oczy, mimo upojenia alkoholowego, wygląda zupełnie inaczej. Z jednej strony gorzej, a z drugiej... Czy to nie lepsze rozwiązanie na obecną teraźniejszość? Nietrzeźwy i zamglony wzrok patrzący na to wszystko? Teraz wiem chyba tylko jedno- nie myśląc już o nowobogackich skurwysynach- nikim innym, tylko o skurwysynach- marzy mi się ciepły tost, herbata i jajecznica z 4 jajek, z ketchupem i ewentualnym ze srem (plus szczypiorek dla bardziej wymagających). I papieros. Światła przy ulicach gasną, poranek wita. Tymczasem- pozdrawiam wszystkich z Pruszcza wracających z Gdańska późną porą, tak poranną w charakterze o tej porze roku. Damy radę!

sobota, 4 czerwca 2011

Good morning California.

Wy też często macie przed oczami obraz, który chcielibyście w jakiś sposób opisać ale po prostu się nie da, a jedynym słusznym określeniem takiej chwili staje się słowo "zajebiście"? Począwszy od swoistej wy-chill-ki wieczorem, siedząc na plaży w Brzeźnie, poprzez całą noc rozmów o wszystkim i o niczym, o życiu, o sprawach mniej ważnych, ważnych i bardzo ważnych, aż do momentu magii kalifornijskiego poranka, kiedy to już po wielu piwach wypitych przez noc, po doprowadzeniu ciała do stanu totalnego zgnojenia jeśli chodzi o zmęczenie, i po wytrwałej całonocnej walce z komarami poranek raczy nas przywitać przezajebistym wschodem słońca. W takiej chwili zaczyna szybciej bić serce, aż chce się milczeć i tylko i wyłącznie wpatrywać w to zjawisko- oczywiście przy dodatkowym acz odpowiednim podkładzie muzycznym puszczanym z telefonu. Takie chwile są tak piękne, że już po wszystkim, zaczynamy się śmiać, biegać, wygłupiać, wbiegać do morza, rzucać ubraniami, skakać. Większość przyziemnych rzeczy traci resztki poświęconej im za dnia uwagi. Nic nie jest ważne, poza tą chwilą, tu i teraz. Oddałbym wszystko za to, żeby wszyscy się wtedy tak czuli. Jak powiedziałem, tak też robię. Dziękuję za chwilę wartą przejścia przez największą patologię tego popieprzonego świata. Dla takiej jednej chwili mógłbym się tylko urodzić i umrzeć zaraz po niej. Szczególnie przy takich ludziach jak Wy. Powiem wam, że jak tak siedzieliśmy w ciszy, patrzeliśmy jak powoli zza horyzontu wznosi się słońce, słuchając jakiś klimatycznych piosenek z telefonu- czułem się jak w jakimś totalnie odjechanym filmie. Takim wiecie- rasowo kalifornijskim. I kto powiedział, że trzeba pół świata przemierzyć, żeby coś takiego przeżyć. Kilka piw, trochę wytrwałości, dobre towarzystwo i duży koc, żeby mieć na czym leżeć- tak nie wiele, a równe spełnieniu marzeń.

czwartek, 5 maja 2011

The Road.


Chciałem pisać o psychologicznych rozmowach w trakcie wspierania przyjaciół, w chwilach totalnej załamki. Chciałem pisać o wyjeździe na majówkę. Chciałem pisać o tym jak mobilizująca do mojego pisania była publikacja Maćka Barzowskiego. Nic z tego. Nie mogłem się za to zabrać porządnie.
Mam wrażenie, że każdy z nas ma momenty, kiedy wczuwa się w jakiś film i wyobraża sobie jak to by było żyć tak jak w obejrzanym przed momentem filmie, albo to tylko wrażenie. Prawdopodobne? Chodzi mi o możliwości. Możliwości, z których większość z nas nie korzysta. Jestem młody, ambitny, zdolny- co z tym robię? Nie za wiele. Mogę się założyć, że wielu z was ma chwile poczucia nic nie robienia, ze sobą samym. Dlaczego tak jest? Dlaczego nie wykorzystujemy tylu możliwości? Ja najnormalniej w świecie rzadko kiedy myślę o tych możliwościach, albo raczej nie pamiętam. Pomyślcie chwilę. Czy nie wystarczyłoby po prostu wziąć się za siebie, wziąć się w garść i robić to wszystko o czym się marzy? Prawda prawdą, to zazwyczaj kosztuje wiele pracy. Stąd też doceniam bliskie mi osoby nie mające dla mnie za wiele czasu, z powodu nadmiaru pracy na uczelni czy nadmiaru obowiązków związanych z ich pracą. Chcę tylko aby każdy z was po przeczytaniu tej notki poczuł skalę możliwości działania. Mam świadomość, że w większości wypadków realia, które nas otaczają nie sprzyjają działaniu. Beznadziejność systemu w którym przyszło nam żyć jest dobijająca i wręcz hamująca, ale czy taka piordoła powinna być przyczyną nie spełniania swoich marzeń? Małych szczęść, do których często wystarczy wyciągnięcie ręki w ich stronę? Brak pieniędzy, brak pracy, niewyspanie, nawet beznadziejna pogoda potrafi mnie zbić z tropu szlaku sukcesu, na który nie rzadko wpadam. Chodzi mi o pomysły na rozwój samego siebie. Nauka języków, wyjście z domu, poznawanie świata. Spoglądając na ludzi, którzy mimo przeciwności losu się realizują, czuję się zmobilizowany. Słyszeliście kiedyś o starszych osobach podróżujących po świecie i korzystających z życia pełnymi garściami szczęścia i radości? Mimo chorób, mimo tego, że przecież krąży idiotyczne wyobrażenie na ich temat. Pomarszczona skóra, siwe włosy, brak sił i energii na wyjście poza ogródek egzystencjalny zamykający się w kilku ścianach mieszkania, którego kiedyś za młodu się dorobili. Ostatnio czytałem artykuł o instytucjach zajmujących się organizowaniem wyjazdów dla takich osób. Często, bardzo niskim kosztem. Zalety są takie, że starsi ludzie znajdują tam towarzystwo z podobnymi pasjami, obawami, chorobami i tym podobnymi. Możliwość. Nauczmy się w końcu patrzeć, otwierać oczy na rzeczy przesłonięte zwykłym rytmem codzienności.
Konkluzja, jeśli chodzi o tę psychologię, o której pisałem na początku- zaczynajmy od rzeczy małych. Uśmiech. Podskok. Bezcelowe machnięcie rękoma. Pozytywna myśl. Uśmiech przede wszystkim. Wyrobiłem w sobie nawyk uśmiechu. Uświadomiłem sobie, że z takim wyrazem twarzy można o wiele dalej w życiu zajść. Powodzenia!

czwartek, 28 kwietnia 2011

Amble.


Miasto Sopot jaśnieje w oczach. Drzewa przebierają przepiękne odcienie czerwieni, żywej zieleni i promienistego koloru słońca. Że w sensie na żółto. Ciepły letni wiatr kołysze rzucany na ziemię cień miliona mieniących się liści. Wzrok rzadko kiedy wędruje wyżej ponad wysokość twarzy innych ludzi, chyba, że jest się cwaniakiem i ma się okulary przeciwsłoneczne, których od dłuższego już czasu pożądam. Ludzie już chodzą w krótkich rękawkach, przemierzając deptak Monte Cassino i robiąc sobie nawzajem zdjęcia jak wielkie zgromadzenie chińskich turystów w wakacje. Wycieczki dzieciaków, zapewne byle tylko urwać się z lekcji, wychodzą klasowo na lody, gofry, spacery, i wszystko to jedzą upieprzając się od czoła do koniuszka czubka butów. Zaiste. Wiosna bywa piękna. Nareszcie. Chociaż nastrój na zewnątrz zadarł nosa do góry, mój wyrżnął nosem w glebę i przejechał sto pięćdziesiąt metrów po asfalcie, sięgnął najgorszej doliny ever. Chyba tak już musi być. Nie wiem. Może kwestia jakieś równowagi w przyrodzie. Mimo, że uwielbiam zwierzęta, wolałbym, żeby jednak wiosenną chandrę załapał jakiś gołąb na Długiej, z resztą jeden z tryliarda tam krążących i nalatujących na przechodniów. Zamiast mnie tu męczyć. Tak serio. Przeżywam kryzys, więc prawdopodobnie nie będzie mnie tu jakiś czas- albo wręcz przeciwnie. Bądź co bądź, co by nie było i na jakie gówno bym jeszcze nie natrafił gdzieś po drodze- odrywającej od szarej rzeczywistości, przepełnionej małymi szczęściami majówki. Na razie. Papa. Au revoir, czy inne ci vediamo. Oddaje głos.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Sru.


Lany poniedziałek. Pobudka zimnym strumieniem wody skierowanym straight into my face. Ludzie idący do kościoła powinni iść i z każdej strony mieć poprzyczepiane kartki "kościół", a nie, że się awanturują, jak się na nich wyleci nagle z zaskoczenia z wiadrem wody. Dzień w czasie którego domofon do drzwi oznaczał najwyższy stopień gotowości obrony frontu i po otwarciu drzwi wylaniu hektolitrów wody w kierunku na-zewnątrznym, prosto w osobę, która to, właśnie zamierzała wejść. Piękne święto, tylko szkoda, że już tak mało ludzi w to się bawi. Tak na prawdę się bawi. Chciałbym się spotkać na ulicy ze starymi znajomymi mieszkającymi w s asiedztwie, biegając z woreczkami, wiadrami, garnkami, butelkami i wszystkim w co tylko dało się nalać choć trochę wody.
Dzisiaj wojna skończyła się jedynie stworzeniem małego wodospadu z klatki schodowej i zalaniem wszystkich potrzebnych materiałów na uczelnię. Mały Har Magedōn. Czuję niedosyt.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Senses


Po przeczytaniu tego zamknijcie oczy i odpłyńcie w krainę zmysłów. Głowa położona na ramieniu. Uczucie stania kogoś za Tobą i przytulającego Cię. Ciepły oddech, który możecie poczuć na szyi. Obejmujące Cię w pasie czule ręce, mówiące: jestem tu. Bliskość kogoś twarzy na odległość nosa wtulonego w kącik oka, ten bliżej nosa. Dłoń otulająca Twoją twarz tak,że kciuk delikatnie opiera się o ucho a reszta dłoni zaraz za i pod uchem na szyi, z wplątanymi końcówkami palców we włosy z tyłu głowy nad karkiem. Wtulona osoba w Twój bok, gdy leżycie razem, leżąca na Twoim ramieniu z położoną dłonią na splocie słonecznym. Splątane nogi pod kołdrą. Splątane palce u dwóch dłoni uniesione ku sufitowi tak jakby chciały sięgnąć gwiazd. Czuły szept do ucha. Delikatny dotyk palców jeżdżących po wewnętrznej stronie ręki między łokciem a nadgarstkiem. Pocałunek w sam środek czoła zaraz nad nosem. Pocałunek w szyję, w obojczyk, w oko, w środek wewnętrznej strony dłoni. Pocałunek w brzuch. Dłonie obejmujące Twoje kolana albo kostki. Wplątane palce obu dłoni we włosy towarzyszące zmysłowemu pocałunkowi gdzieś w cichym kącie pokoju z lecącą w tle ulubioną piosenką. A teraz odlot w chmury, w ciepłym wietrze owiewającym całe ciało.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011


Słowa pozostają słowami. Wyobraźcie sobie sytuację. Stoi przed wami tłum ludzi słuchający waszego monologu, do którego przygotowywaliście się przynajmniej tydzień. Produkujecie się, wylewacie przed nimi, starając się dobrać jak najdoskonalsze słowa określające wasz węzeł myśli. Po tym wszystkim, słyszycie w zamian- ciszę. Tak właśnie giną wielcy artyści, poeci, muzycy, twórcy dzieł na ogół podobających się. Nie mam pojęcia czy jest to kwestia wstydu czy jakichś dziwnych barier mających coś wspólnego z aspołecznością. Ale zauważyłem, że ludzie wolą pozostać w większości wypadków anonimowi. Zawsze tak było, że gdy tylko nauczycielka w klasie zapytała o coś, nigdy nie było chętnych do pierwszej odpowiedzi. Dopiero po pierwszych odzewach mogła odezwać się cała klasa. Czemu? Nie do końca rozumiem, pomimo tego, że sam w tym często uczestniczyłem jako milczące ogniwo. Tworząc całe to epickie gówno jakim jest ten blog często oczekuję wielu komentarzy i tym podobnych. Czemu? Wyjaśniłem na samym początku. Nie chodzi o to, że pożądam pewnego rodzaju sławy czy czegokolwiek takiego. Chodzi o sam odzew. Odbicie piłeczki. Czemu to wszystko pisze. Już mówię. Dlatego, żeby was zachęcić. Żyjemy w czasach maksymalnie społecznych. Kontakty międzyludzkie stały się takim łatwym do osiągnięcia elementem życia, że często przechodzi to moje najśmielsze oczekiwania i wyobrażenia. Sterta portali społecznościowych, miliardy zdjęć prywatnych krążących po sieci. Tak sobie myślę, że dzieci mają teraz przejebane. Na prawdę. Gdybym ja miał takie możliwości w wieku dziesięciu lat- przerażałoby to mnie i martwiłbym się o swoje zdrowie psychiczne. Pośrednio oczy, a bezpośrednio mózg człowieka też ma swoje granice. Tyczy się przede wszystkim możliwości na przyswojenie ilości informacji. Nie wiem jak wy, ale ja się wychowałem na tak zwanym podwórku. Biegając z dzieciakami "z ulicy", grając w krawężniki, podchody i skacząc po drzewach. Zupełnie odcięty od całego świata, który jest teraz w zasięgu kilku kliknięć myszką, dzieci ówcześnie rozkwitających życiem na tym przerażającym świecie. Można by było się doszukiwać dozy staroświeckości w moim podejściu, ale na Boga- czy kogośtam- wyobrażacie sobie wasze dzieciństwo z tym wszystkim co jest dostępne teraz? Prawdopodobnie wielu z nas nie dałoby sobie rady. I'm just saying. Tak oto płynnie przeszedłem z żalu do elementu krystalizującego sens istnienia tych wpisów. Zachęcam. Otwórzcie się. Jestem na prawdę ciekaw waszych opinii i przemyśleń.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Things goes sunny.


Niedziela. Trzeci kwietnia, za oknami piękne słońce, ludzie wygrzewający się na ławce przed domem, ptaszki śpiewają, przejechane żaby leżą na ulicach, z głośników płynie Beirut, czyli nic innego jak wiosna pełną gębą, a mnie oczywiście obowiązkowo dopada przeziębienie. Plan na dziś- leżeć w łóżku. Wolne żarty. Trzeba będzie nagiąć trochę narzucone przez fizjologię mojego organizmu powinności. Jeśli już o tym mowa. Drapanie się po tyłku, poprawianie spadających spodni, wyrzucanie kamieni z butów w trakcie spaceru po mieście, swędzące plecy, czyli rzeczy, przy których tak na prawdę często nie wiemy jak się zachować. Często spowodowane tylko i wyłącznie wybrykami funkcjonowania organizmu. Nigdy nie czytałem savoir-vivre'u aczkolwiek szczerze wątpię, że jest tam uwzględnione jak dyskretnie podrapać się po dupie- spowodowane jak choćby źle układającą się bielizną, żeby nie było nam głupio. Czemu nie może być to zaliczane we wszech ogólnej świadomości społecznej, do rzeczy naturalnych i każdemu człowiekowi się przydarzających. Spadające spodnie- niby uwarunkowane doborem rozmiaru spodni- guzik prawda. Osobiście posiadam kilka par spodni, które ledwo na siebie wciskam, a które, tak czy inaczej, ześlizgują mi się z tyłka pod- na przykład- ciężarem takich rzeczy, jak telefon komórkowy i portfel wypchany drobniakami. Może bardziej ogólnie. Jest wiele rzeczy, o których wstyd nam rozmawiać. W tych czasach coraz częściej przez różnorodność jakościową oferowanej przez producentów żywności produktów miewamy problemy żołądkowe. Chciałbym żeby kiedyś nastąpił moment, kiedy bez kozery mógłbym się pożalić na to, że musiałem spędzić godzinę na tronie w celu niby prostej czynności jaką jest defekacja. Potem zamartwiać się ze społecznością miasta w którym żyję o dalsze funkcjonowanie systemu kanalizacji naszej metropolii. Czasami na prawdę mam wrażenie, że wybryki mojego układu pokarmowego są w stanie zagrozić istnieniu planety. Myślę, że tego nawet słynna Godzilla by się nie powstydziła. Wiem, wiem. Ta notka jest kolejną, której nie musiałem publikować bo nie jest niczym ponadprzeciętnym. Tak tylko chciałem ponarzekać i jakoś przywitać ten wiosenny dzień. Pozdrawiam żaby. Te jeżdżące na kółkach też.

środa, 30 marca 2011

Among the others.


Ostatnio przy okazji włamania się kogoś z numerem ip pochodzącym z Chin na mojego maila znalazłem coś takiego jak profil konta google. Profil osobowy rzecz jasna. Teraz chyba wszystko krąży wokół kreowania swojego wirtualnego Ja. Swoją drogą dobrym pomysłem byłoby napisanie programu, który zebrałby wszystkie informacje, które umieściliśmy o sobie w sieci i stworzyłby na tej podstawie postać nas określającą. Z drugiej zaś strony mogłoby to przerażać. Wracając do meritum. Tworząc profil znalazłem rubrykę zatytułowaną "na tym się znam". Natchnęło mnie, dało trochę do myślenia i w jakiś sposób otworzyło. Na czym się znam- pojęcie względne. W jakimś sensie znam się na wszystkim z czym miałem do czynienia- bardzo ogólnikowo podchodząc do sprawy. Skończyłem liceum o profilu biologiczno-chemicznym, udało mi się pójść na studia, gram na gitarze i śpiewam- w zespole, uczę się grać na perkusji, grywałem na basie, jeździłem na deskorolce, szukałem gwiazd na niebie z mapą gwiazdozbiorów, stałem po ciemku przy oknie i analizowałem świat, śmiałem się bez przyczyny- i to nie raz, mówiłem do siebie, trzy razy upiłem się jak świnia do uzyskania stanu tak zwanego zgonu, przeszedłem przez rozwód rodziców, przetrwałem alkoholizm ojca, brałem antydepresanty, zdarzyło mi się dłubać w nosie, bawiłem się w podchody, grałem w krawężniki i korzystałem z dzieciństwa, próbowałem marihuany, próbowałem być z dziewczyną, próbowałem być z chłopakiem, jestem z dziewczyną, tuliłem się do drzewa, pływałem nago w jeziorze, zdarza mi się być głupim i robić głupoty, zaznałem szczęścia, próbowałem napisać książkę, zacząłem pisać książkę. Jestem człowiekiem- wiem, że tu nie wszyscy się zgodzą i powiedzą, że jestem królikiem, ale to bardziej gdzieś w głębi. Myślę, że to dobre streszczenie osobowości do jakiejś analizy psychologicznej. Jest tu jakiś psycholog? Proszę o wyprowadzenie wniosków. Bez ogródek. Krytykę przyjmę na klatę.

piątek, 25 marca 2011

Repeat after me: no, no, nooo. Good.


Posrane funkcjonowanie mojego dysku twardego zwanego mózgiem wraz z nagannymi zachwianiami zdrowia spowodowały, że ostatnimi czasy miałem w formie amnezji i nie udawało mi się nic wykrzesać, co by się nadawało na formę pisemną tu przeze mnie przedstawianą. Pamiętam tłusty czwartek- który to swoją drogą powinien przejść do historii, a potem długo długo nic, po drodze jakiś wyjazd do Gdańska z kuzynką, napisanie tekstu piosenki o większość ówczesnych młodych dziewczyn, sporo myśli o otaczającym nas świecie- głownie dotyczącym aury towarzyszącej Przewozom Regionalnym, znowu długo długo nic, bal architektury, który się odbył w Sfinksie w Sopocie, potem (chyba, albo przedtem) całonocne- nie do końca udane- próby z zespołem u mnie w garażu poprzedzające piątkowy koncert w Infinium i to chyba tyle.
Zaczynając od początku. Tłusty czwartek. Uczelnia- pączki. Po uczelni spotkanie ze znajomymi w celu ich dalszej konsumpcji. Gra we wspólne tworzenie śmiesznych historyjek na zasadzie dopisz ciąg dalszy od słowa ostatniego, pączki, oglądanie schizowatych filmów brata Emilii- kumpeli z roku, pączki, oglądanie zmutowanych krów na youtube, więcej pączków.
O wyjeździe do Gdańska z kuzynką nie wiele mogę napisać, poza tym, że po raz kolejny i nie ostatni spotkałem się na drodze ze spadającymi na łeb, na szyję umiejętnościami prowadzenia pojazdów osobowych osób poruszających się nimi po drogach miejskich. Twór w postaci tekstu piosenki powstał w bardzo uproszczonej formie i nic z nim dalej nie robiłem.
Coraz bardziej mnie przeraża i dołuje w jakiś sposób styczność z ludźmi- ogółem. Świat się stacza, albo już dawno się stoczył a ja to dopiero teraz zauważam. Problem alkoholu jest wszechobecny. Rano, wieczór, we dnie, w nocy, jest wszędzie i zawsze. Ja wiem, że ludzie z alkoholem problemów nie mają, a raczej bez niego, ale z drugiej strony czy alkohol jest rzeczą godną absorbowania sfery problemów normalnego człowieka? W komunikacji miejskiej syf, bród, smród i ubóstwo. Ciekaw jestem czy jest takie miejsce na ziemi gdzie to nie występuje. Jeśli tak, proszę o translokację, jeśli nie eksterminację ludu, którego ten problem się tyczy, albo masowe uzdrowienie. Głupocie i bezmyślności też by się coś takiego przydało.
Bal architektury- pierwsza tak liczna integracja osób z roku i nie tylko. Bo bardzo długiej przerwie wizyta w odmienionym niby Sfinksie- osobiście oczojebnych różnic nie zdołałem zauważyć. Po tamtym wieczorze wzięło mnie na słuchanie muzyki z rodzaju SebastiAn.
Powiadomiłem oficjalnie zespół, że od nich odchodzę, zaraz po nagraniu dotychczasowego materiału w przynajmniej zadowalającej mnie jakości. Chyba nie pomogło i dalej niektórym to wisi. Trudno. Decyzja podjęta i najwyraźniej słusznie. Przygotowania poszły tak jak się spodziewałem, i efekt był również taki jaki można było się domyśleć. I mimo tego, że ludu się podobało, ja uważam, że po raz kolejny osiągnęliśmy znakomite- dno. Jedno dobre- przenoszę się na półkę wyżej jeśli chodzi o sprzęt, którego używam. Sprzedaję wzmacniacz i kupuję- wzmacniacz. Lepszy, lżejszy, mniejszy, fajniejszy, bardziej kolorowy i chwalony przez ogół wtajemniczonych w temat osób. Po koncercie- kilka przydatnych mi osobiście wniosków, mały Armagedon w pokoju (przybyło kilka przestrzenio-chłonnych przedmiotów ściśle związanych z zespołem), kilka dobrych pomysłów i mobilizacja do działania i zrobienia czegoś z... Chyba ze sobą. Bo co innego mi pozostało.
Ach tak! Wiosna! Zastała nas wiosna! Hura! Yepee! Yeah! Ale długo to nie potrwało. Piąty dzień wiosny, za oknami śnieg, znowu zmarznięty nos i palce i rąk, gruba, cebulowa warstwa ubrań. Powtórka z rozrywki, a już myślałem, że po raz kolejny takowej nie będzie. No cóż. Co zrobić. Trzeba po raz kolejny jakoś to przetrwać.

wtorek, 1 marca 2011

Refreshing splash.


Woda. Nie wiem czy wam też, ale mi się na maksa kojarzy z dzieciństwem. Pamiętam jak zawsze za bachora, jeździliśmy z rodzicami do ich znajomych nad jezioro, gdzie domek znajdował się jakieś dwadzieścia metrów od jeziora. Zazwyczaj jak już wszyscy rano powstawali robiliśmy sprint do jeziora, żeby się umyć, opłukać czy cokolwiek z tych. Jako, że prawie przez całe życie w porach rannych mojej twarzy towarzyszyło nieziemskie zamulenie, w chwili kiedy się ona zderzała z taflą wody pojawiało się uczucie niesamowitego orzeźwienia. W ogóle, nie kończyło się to wszystko oczywiście tylko umyciem. Zazwyczaj potem była przynajmniej godzina zabawy w wodzie. Opryskiwanie się wodą, stawanie na rękach do góry nogami, rzucanie się w dal, podtapianie się i tego typu przykre rzeczy. Żartuje. To były jedne z najpiękniejszych chwil w życiu, których mi brakuje. Aczkolwiek uczucie orzeźwienia w zetknięciu twarzy z wodą o poranku nadal mi towarzyszy. Zazwyczaj pod prysznicem. W ogóle, dobrze jest zacząć dzień od prysznica, miłego zajęcia- jakim w moim przypadku jest puszczenie głośno skocznej i wesołej muzyki a 'la Plan B - Stay Too Long, czy Arctic Monkeys - From The Ritz To The Rubble. Polecam. Od razu ma się więcej siły na energiczne przeżycie dnia. Zawsze jak chodziłem do pracy w różnych godzinach w ciągu całej doby, strasznie mi się nie chciało, sytuacja się zmieniała jak rano słuchałem tego typu muzyki i zaczynałem skakać po domu. Wtedy to już czułem się na siłach, żeby góry przenosić. I tak jest do dziś. Świat się zmienia. Nie znowu aż tak bardzo.

środa, 23 lutego 2011

Ciało/body.


Z ciałem jest tak, że mamy je od samego początku. Ciągle coś z nim się dzieje, ciągle rośnie, wymyśla jakieś dziwne historie, choroby i tym podobne. Mamy je przez całe życie a tak w zasadzie w większości przypadków nie wiele na jego temat wiemy. Stroimy to ciało w jakieś dziwne ubrania zamiast biegać na golasa- podczas gdy większość ciał jest na prawdę piękna- dla znakomitej większości ludzi opinii. Czemu zatem nie chodzimy nago? Szczególnie biorąc pod uwagę, że ostatnimi czasu ciało staje się dla wielu przedmiotem kultu. Dbamy o nie, pielęgnujemy na wszelkie możliwe sposoby, staramy się zapobiec jego starzeniu. Czemu? Przecież stare pomarszczone ciało też ma swój urok. Osobiście chciałbym być na stare lata pomarszczony jak mops, albo chow-chow. I siwy. W każdym wypadku powinniśmy być godni i szczęśliwi z tego co mamy- oczywiście pomijając skrajne skutki nie dbania o zdrowie i tym podobne. Ciało jest w dechę. Z ciała wychodzą inne ciała, niektóre ciała nawet czasem w ciała wchodzą, żeby te wcześniejsze ciała wyjść mogły. Ciało przy ciele też się często znajduje, czy to w ubraniu czy bez. Ciał jest w pip, ciał jest wszędzie pełno. Cały ten świat jest przepełniony naszymi ciałami, i nie wiem jak to wszystko by miało funkcjonować bez nich. Ergonomia ewolucji. Ciało można pieścić, ciało można całować, ciało trzyma nas w kupie, i kupę trzyma też ciało. Tak to wszystko postrzegam, biorąc kilka myśli do kupy.

czwartek, 17 lutego 2011

Imaginative.


Smród psa wylegującego się całymi dniami w ojca warsztacie, w największym syfie jaki istnieje- jest czymś... No nie mogę w tym wypadku napisać cudownym. To tak w opozycji do ostatniego wpisu. Tak. Znowu pies mi chciał pokazać jak bardzo mnie kocha i jak bardzo lubi czuć moją pościel pod sobą zamiast jego wygodnego materaca. Niestety, przepiękna- acz ulotna- woń kobiecego ciała nie ma szans w starciu z Beti i jej legionem barw zapachowych. Moja senność chyba też wymięka.
Wczoraj miałem niezwykle twórczy dzień. W zasadzie to był ogółem udany i dobry dzień. Zaczął się od tego, że jadąc pociągiem na zaparowanej szybie napisałem słowo 'uśmiech!' a później miałem okazję podziwiać ludzi, którzy ulegając propagandzie zdecydowali pójść za tym ciosem i się promieniście zaczynali uśmiechać. Dowiedziałem się, że odzyskam szybciej niż się tego spodziewałem moje buty, które to byłem zmuszony oddać w celach reklamacyjnych. Zauważyliście, że w tych czasach już wszystko, totalnie wszystko, nawet, jeśli kosztuje kupę kasy- co niegdyś jednak znaczyło- a przynajmniej tak mi się wydaje- o jakości i trwałości- wszystko jest robione na opak. Rozpada się po jednej dziesiątej okresu gwarancji, co upoważnia nas oczywiście ze skorzystania z niej, ale kogo nie denerwuje konieczność jeżdżenia do sklepów w takim celu. W dodatku sklep, o którym myślę jest w Galerii Bałtyckiej- wielkim Koloseum w wydaniu współczesnym, miejscu walki tytanów- kobiet, i mężczyzn, zwykłych, słabych śmiertelników. Przynajmniej ja się tak czuję wchodząc do tego typu centrum handlowego na przykład z moim lokatorem Sławkiem, który chyba w tej relacji spełnia się w roli kobiety jednak. Poza tym nie lubię tego typu zatłoczonych miejsc.
Wracając po ciemku już z uczelni napisałem w pociągu kilka tekstów, albo raczej ich szkice, które mam zamiar użyć w procesie zdobywania sławy z zespołem Scream City Scream. Swoją drogą nie tylko wracałem po ciemku, a i pisałem po ciemku, bo chyba komuś w pociągu spodobał się stroboskopowy efekt wywołany przez zabawę włącznikiem światła. W domu grałem jakiś czas na gitarze i stworzyłem kolejne kilka szkiców, tym razem w sferze dźwiękowej (...) - tu zasnąłem, tym samym straciłem wątek. O czym to ja, ach tak, pościel o woni psa, kilka przydatnych mi rzeczy, bla bla bla, festiwalowe wydanie podróży pociągiem. Ok. Potem był ciężki poranek, nijaki dzień na uczelni, odebrane buty, obserwacja gołębi, i podróż do domu. Skończę na obiedzie i poczekam na kolejny przypływ weny. Dobry plan- to jego brak. Pozdrawiam.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Smells like spring spirit.


Pruszcz Gdański, miejscowość rozwoju kultury. Świetny koncert. Świetna kapela. Mistrzostwo chały, czempioni kiczu, potęga sceniczna, bezkonkurencyjny pod względem profesjonalizmu zespół. Musiałem chyba dojrzeć do wywleczenia tej opinii z głębi swoich skłębionych myśli. Totalnie zmiażdżonych na tym koncercie. El Polbud Zespół Max okazał się tworem, który przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Po powrocie przypomniałem sobie czasy z dzieciństwa. Jeszcze kilka dni temu wspominałem z Magdą to miejsce, jako kojarzące mi się z próbą ratowania mojego życia- przypominającą bardziej próbę morderstwa. Z uwagi na szacunek do śpiącego ojca i możliwości wymiotowania w nocy zdecydowałem spać w sypialni, w której to właśnie kiedyś, jak byłem jeszcze małym gówniarzem, pewnego razu spałem i ssałem Tymianek i Podbiał, wtem nagle zacząłem się dusić tą tabletką, co wywołało prawdziwie piekło- jeśli chodzi o reakcję moich rodziców. Nigdy nie miałem okazji podziwiać świata do góry nogami przez tak długi czas. Tym bardziej, że któreś z nich mnie trzymało nogami do góry za kostki i potrząsało. Ów pomieszczenie znajduje się na samej górze mojego domu, gdzie obecnie nikt nie urzęduje i panuje istna Syberia. Tę notkę po części pisałem cały pod kołdrą- w przerażeniu przed zimnem. Pomimo znaczącej zawartości promili we krwi.
Zobaczyłem słońce- zacząłem jeździć na rowerku do ćwiczeń. Poczułem temperatury dochodzące do minus dziesięciu stopni Celsjusza- przestałem jeździć na rowerku do ćwiczeń. Zaniedbałem oglądanie nowego- czwartego już- sezonu mojego ulubionego serialu- Californication. Udało mi się- troszkę skurczyć żołądek i dojść do wagi prawie mnie zadowalającej. Zżarłem pół pizzy, drugie pół zostawiłem na rano. Waga wróciła do swojego poprzedniego poziomu. Przeniosłem miejsce noclegu z łóżka na materac leżący tuż zaraz obok łóżka, na podłodze. Uzależniłem się od kolejnych piosenek. Poczułem oddech Pink Floyd'ów grając na gitarze. Poczułem oddech Led Zeppelin'ów grając na gitarze. Poczułem oddech Death Cab For Cutie grając na gitarze i basie. Poczułem swój własny oddech po papierosach. Poczułem, że spodnie nie nadają się do użycia po dwóch tygodniach walania się gdzieś po pokoju. Poczułem psa na moim materacu. Poczułem, że mojego psa zdecydowanie, definitywnie i jak najszybciej- trzeba wykąpać. Poczułem nową graniczącą z braterstwem przyjaźń. Poczułem motylki w brzuchu i łzy szczęścia w oczach. Poczułem wiosnę- ale chyba tylko i wyłącznie tu się pomyliłem, jeśli chodzi o czucie. Poczułem też zgrozę widząc plan zajęć na nowy semestr na uczelni. Poczułem wiedzę. Zaraz po tym poczułem jak szybko potrafi ulecieć. Poczułem dreszcze przy głośnej muzyce. Poczułem znowu ochotę na przemeblowanie i przemalowanie pokoju. Poczułem jak bardzo i jak często będzie mi wielu rzeczy brakować w tym roku. Po angielsku nazwałbym to pre missing, a po polsku? Przed-tęsknota? Mimo wszystko wierzę, że będzie dobrze. Musi być. Zawsze jest. Czujecie to?


czwartek, 10 lutego 2011

Early night.


Zapach kobiety jest czymś niesamowitym. Nie pierwszy raz kładę się, i pierwsze co, to zaczynam w panice wciągać głębokimi wdechami przez nos jej zapach, który został w pościeli, pod którą razem spaliśmy. Mógłbym co noc zapalać świeczkę czy kadzidełko o tym zapachu, albo wypełniać dymem, palącego się tytoniu o tym zapachu, pomieszczenie kompletnie pozbawione wentylacji i pływać w gęstwinie tej toni śniąc o nie do końca grzecznych czynnościach, ze skutkiem porannego pobudzenia pewnych okolic męskiego ciała. Pewnie męska część czytelników tego bloga doskonale rozumie o co mi chodzi. Zresztą podejrzewam, że damska część też tak ma, choć może troszkę inaczej. Nie powiecie mi chyba, że nigdy wam się nie zdarzyło obudzić się w stanie gotowości do uprawiania namiętnego seksu.
Ostatnimi czasy, korzystnie zmarnowałem sporo czasu na odświeżaniu mojego bytu w różnych miejscach, jak choćby pobliski pub Galeria, czy pomieszczenie z rowerkiem stacjonarnym do ćwiczeń w moim domu. Dalej. Spędziłem całą noc z dwojgiem bardzo dobrych kumpli grając w jakieś gry komputerowe. Byłem z wspaniałymi ludźmi we wspaniałym miejscu- mianowicie z Karolem, Kasią i Magdą w Red Light'cie w Gdańsku. Byłem też- chyba po raz ostatni- w kinie Krewetka w Gdańsku. Co skończyło się wypełniającym mnie żalem i zdegustowaniem w stosunku do ludzi, jak i miejsca, spowodowanym zachowaniem, co poniektórych, na wspaniałym filmie i stanem foteli oraz samym przebiegiem seansu, łącznie z poprzedzającymi go reklamami. Doszedłem też do wniosku, że znam bardzo mało osób, które mają nie posrane stosunki w rodzinie. Co rusz jakieś rozwody, kłótnie prowadzące do różnego rodzaju mniej lub bardziej patologicznego zachowania. Przy czym wyjaśnię, że patologią zwykłem nazywać wszelakie odstępstwa od normalności i logiki praworządnego postępowania. Sporo się posunęło pod względem twórczości w dziale 'muzyka' w moim życiu. Przybyło kolejnych kilka planów na różnorakie wydatki mniej lub bardziej potrzebne, praktyczne i tym podobne. Przeżyłem kolejne doświadczenia w sferze rozwoju aktorstwa w moim ja przy okazji kręcenia etiudy ze Środasem. Udoskonaliłem przy tej okazji również umiejętności rzutu szklanką o ścianę, co też podniosło o poziom wyżej stopień cierpliwości mieszkańców domu oraz sąsiadów. Zapoznałem się z oświetleniem, które powodowało, że po jego wyłączeniu u mnie w pokoju potykałem się o duże, ciężkie do nie zauważenia przeszkody typu mebel- przy zapalonym świetle, którego używam na co dzień, i które to zazwyczaj starcza, chyba, że poziom promili we krwi jest większy niż to dla mojego organizmu dozwolone. Nabrałem doświadczenia w dziedzinie kulinariów. Ugotowałem ciekawy obiad. Odkryłem, że ciekawe nie musi się równać z dobrym i smacznym. A przynajmniej nie w całości. Upiekłem z Magdą ciasto kokosowo-brzoskwiniowe, które wyszło wyśmienite, ale niestety zbyt kruche. I za szybko zniknęło. Za to ja dziś ze zniknięciem mam problemy. Troszeczkę za bardzo się rozbudziłem słuchając piosenki ''Gay Bar'' użytej w pierwszym, unikalnym klipie dotyczącym koncertu potęgi estrady, której logo jestem autorem, El Polbud Zespół Max. Ale przynajmniej dzięki temu powstała, na pewno przez wielu, oczekiwana notka. Planowałem ostatnio zmienić porę pisania na poranną, żeby choć raz móc napisać dzień dobry zamiast dobranoc, ale nie wyszło. Nie istotne. Mam złoty środek. Dobranoc- tym, którzy to czytają pod wieczór lub w nocy. Dzień dobry tym co czytają za dnia. Na żywo, ze słonecznej Kalifornii monolog z Państwem miałem zaszczyt poprowadzić ja, Piotrek aka Rabit Fiuk. Oddaję głos do studia.

sobota, 5 lutego 2011

This song is for u.


Dziś od końca. Totalna rozpusta. Wspólny oddech. Więcej, więcej, więcej. Energii. Choćbym padał na pysk, i tak znajduję w sobie tą iskrę, która rozpieprza wszechświat i powoduje, że potrafiłbym skakać do granic możliwości. Przypomniał mi się każdy koncert, na którym dawałem z siebie na prawdę wszystko. Dzień minął- podniosłem się z łóżka w środku nocy- szósta rano. Po raz kolejny poznałem uroki trójmiejskiego get up i w samochód, i na ulice, na 'trzy czte-ry'. O ósmej rano zacząłem ćwiczyć granie na gitarze- i nie to, żeby jakoś cicho i dyskretnie. Potem przeczytałem sporo informacji o tematyce muzycznej. The White Stripes, o których wspominałem, kończą działalność- co jest dość zrozumiałe i podzielam ich podejście. Jak najbardziej. Lepiej coś doprowadzić do stanu idealnego i to zostawić, niż to zużyć i sprowadzić do ruiny i zapomnienia. Open'er staje się coraz ciekawszy i mam wrażenie, że ogłaszając kolejnych wykonawców robią coś na kształt ciszy przed burzą. Potem nastąpi pierdolnięcie w postaci takich wykonawców na myśl których ludzie będą srać, rzygać, płakać i się ślinić ze szczęścia posiadania możliwości uczestniczenia w możliwości w ogóle zajścia czegoś takiego. Chciałem napisać o tym jak bardzo dziś już nie chce mi się pisać. Tak więc- nie wyobrażacie sobie jak kolosalnie, przeraźliwie i wręcz skrajnie nie chce mi się dziś już pisać. Ot co. Dobranoc. Uśmiech!

czwartek, 3 lutego 2011

Dream a little dream...


Siedzę i szukam moich myśli, które mi wpadały co jakiś czas w ciągu dnia i nic. Chodzę po domu. Nic. Patrzę przez okno i słucham muzyki. Nic. Nawet przejrzałem wszystkie wiadomości w skrzynce odbiorczej i nadawczej mojego telefonu komórkowego. Nic. Na szczęście po chwili skupienia się nad tym jak mi minął dzień przyszło olśnienie.
Jest coś takiego, co nazywamy american dream. Ja zauważyłem, że wyróżniam jeszcze coś co bym nazwał snem Nowego Jorku. Kojarzy mi się to z pozytywną stylistyką- szelki, kapelusze, szaleństwem, skocznym tańcem, wiecznymi imprezami. Takim kolorowym życiem. Coś co czuje jak słucham i oglądam teledysk do na przykład piosenki Barbara Straisand. Jest też coś takiego co nazywam kalifornijskim snem (teledysk do Billionaire). Pełen luz. Zero trosk i wolność wszystkiego, czego może dotyczyć. Udziela mi się klimat każdej piosenki którą słucham. Ma to swoje pozytywne i negatywne skutki. I pomimo tego, że powoli zaczynam się uczyć sterować własnym nastrojem poprzez dobór muzyki, którą słucham- tak to uzależnienie- to i tak bywa tak, że ulegam nastrojowi na tyle, że w sumie dobieram muzykę już do nastroju. Nie macie tak czasem, że lubicie podumać? Poużalać się nad sobą- czego nie pochwalam- w swoim kącie, w pokoju, na łóżku, pod kołdrą, czy przed dużym oknem z papierosem w ustach, późnym wieczorem w czasie deszczu?
Od pogańskiej godziny dziesiątej trzydzieści rano służyłem jako aktor w nagraniach etiudy na uczelnię, w wykonaniu Michała Środasa- który to zwalił mnie z łóżka w sumie. Przynajmniej charakteryzacji nie potrzebowałem. Miałem być zmulony- i taki też byłem. Nie przemyłem nawet twarzy. Zjadłem śniadanie- kawa z papierosem- co by za dużo energii nie mieć. Nagraliśmy wszystkie potrzebne elementy do sceny pierwszej z sześciu. Czas zleciał szybko. Pojechałem do Sopotu zaliczyć angielski, modląc się w duchu żeby tej kobiety już nie było na uczelni jako, że nie czułem się na zaliczenie ustne tego materiału- szczególnie zważywszy na moje nie-ogarnięcie. Czułem się jak przed wizytą u dentysty- a podobno jestem bardzo kontaktowym człowiekiem. Zaliczyłem. Brawo. Wróciłem, zjadłem obiadokolację. Odwiedziłem moją ukochaną i jej psa. Bawiłem się z psem. Z Madzią porozmawiałem, próbując przywrócić ten promienisty uśmiech, który tak mnie zawsze podnosi na duchu, i uciekłem. Pojechałem do mojego drogiego przyjaciela- Karola. I do jego dziewczyny. I psa. Tak. Główna atrakcja. Jak dojdę do wniosku, że u mnie w domu jest nudno- na pewno kupię sobie tego typu zwierzę. To zawsze urozmaica, nawet krępującą ciszę, którą zazwyczaj cholernie ciężko zabić. Polecam. Psy i inne takie. Dziś troszkę wcześniej niż zwykle- życzę spokojnej nocy, i psa w przyszłości. Nowojorskiego snu z nutką kalifornijskiego wyluzowania. To bardzo pozytywne. Amerykańskiego snu nie życzę bo to podobno nie zdrowe.


I na koniec, na dobranoc ;) brzmi troszkę jak stary winyl.

Day of discovery


Koszmarny poranek. Ciężko, oj ciężko było tyłek ruszyć nawet jeśli to faktycznie była godzina jedenasta, w co mój organizm chyba nie do końca wierzył. W miarę sprawnie przyodziałem pierwsze znalezione kompletne ubranie. Ruszyłem do Sopotu po zaległe prace grupy. Wróciłem bez zaległych prac. Po drodze wstępując do głównego gmachu Politechniki Gdańskiej, co by właśnie te prace oddać. Oddałem swoją. Po czym dostałem ją z powrotem. Co za niewdzięczność losu. Znowu trzeba poprawić. Odkryłem, że potrafię szybko jeździć samochodem. I łamię notorycznie coraz to więcej przepisów drogowych. Albo raczej ułatwiam sobie ich skutki komplikacji i tak już trudnego, zmotoryzowanego poruszania się po trójmieście. Odkryłem też, jak przyjemnie jest jeść bułkę popijając kefirem z polskim znakiem jakości, w samochodzie, w podziemnych parkingach galerii handlowej Madison. Wiele godzin nie do końca owocnej nauki- przewidując- ale się później okaże. Krótka przerwa w nauce w godzinach już nocnych. Skończyło się oczywiście zaskoczeniem. Krótka w zamiarze zamieniła się pod impulsem twórczości The White Stripes w trzygodzinne granie, wymyślenie dwóch piosenek, całej playlisty na koncert, łącznie z długim intro, przejściami pomiędzy utworami, i wieńczeniem w postaci dowartościowania moich piśmiennych rzygowin. Okryć końca nie widać. Jestem uzależniony od otaczającego mnie świata. Moje jestestwo kształtują kolory, muzyka, ludzie, których kocham, lubię i podziwiam i wiele innych. Stąd też wpadła mi do głowy kolejna materialna sprawa. Mianowicie zakup czegoś co mi się będzie podobać pod względem kolorów i duszy jaką mam nadzieję to coś będzie posiadać, czegoś w czym mógłbym pisać teksty- głównie pomysły na piosenki. Czarny okładką, mały, zlepek czystych kartek papieru. Pomijając już fakt, że ostatnio miałem w zamiarze kupować starą maszynę do pisania.
A teraz, z poczuciem zajebistości i ciepłymi skarpetkami na nogach biorę się za realizację marzenia o odpoczynku po dzisiejszym skomplikowanym dniu. Dobranoc.

środa, 2 lutego 2011

Addiction.


Silna motywacja, dużo optymizmu i energii, pozytywna myśl. Dobry początek dnia. I tak też było przez- on- cały. Energiczne zerwanie się z łóżka- jak zwykle spóźniony jeśli chodzi o wcześniej ustalone we własnej głowie zamiary. Wycieczka po sklepie z towarzyszącymi, do końca z resztą dnia, problemami z koncentracją, w celach zakupu składników na docelowo- smaczny, szybki i tani obiad. Nowe- udane- doświadczenia w dziedzinie kulinarnej- które de facto wyszły wspaniale. Wspaniały film, który wycisnął ze mnie łzy- Marley i Ja- który poniekąd stał się pchnięciem mojego umysłu do napisania tego co aktualnie piszę. Po którym również naszła mnie poprawka do myśli "prawdziwi faceci płaczą tylko gdy umiera Mufasa" - mianowicie, gdy umiera Mufasa i Marley. Analiza i obserwowanie dymu z osiedlowych kominów, stojąc przy kuchennych drzwiach balkonowych, które to z kolei przypominają mi o pozytywnych skojarzeniach mojego kuzyna z wizytami u mnie. Nie do końca udana próba posadzenia tyłka przy książkach w celach naukowych, oraz udany wieczór z trójką dobrych, na prawdę wspaniałych kumpli, pomimo rozmowy o motoryzacji, w której to musiałem udawać, że wszystko rozumiem i znam się na rzeczy, w miejscu gdzie dawno moje stopy nie witały- poza epizodem z odbioru sokowirówki zza baru- Galeria. Kocham samochody i ich piękno i moc, ale nie koniecznie się na tym znam- to samo względem teorii muzyki i jej części składniowych- sprzęt, zapis nut i tak dalej.
Pod sam koniec walka bez walki z uzależnieniami, z którymi czasem nie powinno się walczyć. A co. Uzależnienie od drugiej osoby, z którą jest nam w stukrotności stuprocentowości dobrze jest właśnie takim czymś. Czemu o tym? Bo właśnie zabieram się do tego, żeby próbować zasnąć, bez towarzystwa delikatnej skóry kobiecego ciała, powolnego oddechu, słodko przymkniętych powiek i spokojnego oddechu kobiety, od której jestem już totalnie i tragicznie wręcz uzależniony. Tragizm tej sytuacji też wydaje się niejako usprawiedliwiony i słuszny. Z lekkim zawianiem po spożyciu niewielkiej, acz wystarczającej dawki alkoholu- życzę dobrej nocy i spokojnych, miłych snów.

wtorek, 1 lutego 2011

Get up!


Zdecydowanie za ciemno, zbyt ponuro, i nie tak jak być powinno. Tak. Teraz jest lepiej. Chciałbym zacząć od tego, że mam dla was misję. Niech każdy z was dziś wieczorem znajdzie chwilę dla siebie. Co to znaczy? Usiądźcie wygodnie na piętnaście sekund, zatrzymajcie życie w miejscu. Powiedzcie na głos do siebie- weź się w garść, zacznij żyć, głowa do góry, uśmiech na twarz i do dzieła.
Nie orientuję się co się dzieje poza granicami tego państwa, ale wiem, że tu jest zimno, ponuro i nie do końca przyjemnie. Zima to czas melancholii, ciszy i zastoju. Zaraz będzie wiosna i trzeba się na to jakoś powoli przygotowywać. Na razie każdy poranek, przynajmniej dla mnie, zaczyna się podobnie. Nie wiele chęci, całe ciało drżące z zimna, przykurczona postawa w drodze do łazienki, ustawienie jak najcieplejszej wody i otrzeźwiające chlapnięcie wodą w twarz prowadzące do powolnego kojarzenia gdzie jestem, co dziś za dzień i co mam do zrobienia. Potem kawa, papieros, chwila przed kompem, zmiana stroju z pidżamy lub dresu na coś bardziej wychodnego i w drogę.
W ogóle. Już wiem skąd mój zastój twórczy. Po prostu muszę zacząć żyć, korzystać, wychodzić do ludzi i obserwować. Jestem z natury osobą towarzyską i chyba dlatego siedząc w domu nie dochodzę do żadnych sensacyjnych rzeczy, o których warto by było pisać, śpiewać, krzyczeć. Trzymajcie kciuki. Zaczynam nad tym pracować. Polecam.

niedziela, 30 stycznia 2011

Co my tu mamy.



Zauważyłem ostatnimi czasy, że społeczeństwo nas otaczające, robi się coraz to bardziej okablowane. Co najdziwniejsze i wręcz czasem oksymoronowe- różni ludzie mają taką tendencję. Ci, którzy chodzą po ulicach w garniakach z czarnymi, ekskluzywnymi teczuszkami i uniesionym podbródkiem, przez tych, którzy biegną ostatkami sił po ciężkiej nocy spędzonej nad książkami, na uczelnię aż po tych, którzy w poszukiwaniu swojej drogi i celu życia- zaglądają do śmietników. Gówna się trafiają. Chyba każdemu. Okablowanie to jedno z nich- piszę to, ze świadomością, że sam pewnie bym nie przeżył już bez takowego okablowania- chociażby jeśli chodzi o słuchanie muzyki w czasie podróży- krótszej czy dłuższej- nie istotne. W każdym bądź razie już nie raz się naciąłem na znajomego gdzieś na ulicy i zanim odpowiedziałem mu entuzjastycznie "cześć" musiałem najpierw obmacać swoją całą górną część ciała- i kawałek okolic tyłka i bioder- w poszukiwaniu telefonu- jakoś nigdy nie mogę zapamiętać gdzie go wkładam. Potem wyjąć go z najciaśniejszej dostępnej dziury- bo czemu sobie nie utrudniać życia, czemu- w ciasnych już i tak spodniach, po czym wcisnąć pauzę. Dopiero wtedy byłem gotowy na rytualne powitanie i krótką- krótszą niż czas oporządzenia się z grającym sprzętem- konwersację. Najzabawniejsze jest, jak na samym początku, przed wyjściem, albo już w trakcie pół-sprintu- na przykład na pociąg- wyciągam poplątane słuchawki z kieszeni i zaczynam przygodę z rozplątywaniem, podłączaniem, kamuflowaniem- jak zwykle za długiego kabla, co też nie jest odpowiednio rozwiązane, bo jak nie za długi to za krótki- osprzętu potrzebnego do rozkoszowania się nauszną i przenośną, spersonalizowaną specjalnie dla mnie stacją muzykodawczą. Jeśli każdy ma taki problem jak ja- apeluję, walczmy z tym i przerzućmy się na radiowe połączenia- i tak nam już kilka dodatkowych fal radiowych bardziej nie zaszkodzi. Jeśli natomiast, ktoś ten problem jakoś sprytnie rozwiązał- dajcie znać, bo nie mam już miejsca na nowe siniaki na piszczelach. Na mojej drodze na stację polskich kolei państwowych, przed wejściem na mostek nad Radunią- przy ulicy Mickiewicza- stoi na samym środku chodnika betonowy klocek, którego to często nie zauważam rozwiązując kostkę Rubika w wersji pajęczyny z kabla...
Na szczęście po każdym ciężkim dniu zwykłem sobie rezerwować chwilę dla relaksu,.Czy to w samotności, czy w towarzystwie- na przykład mojej ukochanej- przy gorącej, pysznej herbacie, przy czymś słodkim do przegryzienia, dobrej muzyce i- w przypadku towarzystwa Magdy- rozkoszy czerpanej z podziwiania uśmiechu, który potrafi rozświetlić najciemniejszą z ciemnych ciemnic. Tak też było ostatnio, gdy w gwoli przypomnienia sobie okresu dzieciństwa zajadaliśmy się kinder niespodziankami i podziwialiśmy upominki do nich dołączone- różowy pudel- który to trafił się Madzi, oraz zielona strzała- samochodzik, który to trafił się mi- za co Ci Magdo dziękuję. W końcu to Ty wybrałaś tą cięższą ;)

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Letter from Gabo.


Dziś, z braku natchnienia, bezczelnie wklejam słowa warte przypomnienia.

"Gdyby Bóg zapomniał przez chwilę, że jestem marionetką i podarował mi
odrobinę życia, wykorzystałbym ten czas najlepiej, jak potrafię.

Prawdopodobnie nie powiedziałbym wszystkiego, o czym myślę, ale na pewno przemyślałbym wszystko, co powiedziałem.

Oceniałbym rzeczy nie ze względu na ich wartość, ale na ich znaczenie.

Spałbym mało, śniłbym więcej, wiem, że w każdej minucie z zamkniętymi
oczami tracimy 60 sekund światła. Szedłbym, kiedy inni się zatrzymują,
budziłbym się, kiedy inni śpią. Gdyby Bóg podarował mi odrobinę życia,
ubrałbym się prosto, rzuciłbym się ku słońcu, odkrywając nie tylko me
ciało, ale moją duszę.

Przekonywałbym ludzi, jak bardzo są w błędzie myśląc, że nie warto się zakochać na starość. Nie wiedzą, bowiem, że starzeją się właśnie, dlatego,
iż unikają miłości!

Dziecku przyprawiłbym skrzydła, ale zabrałbym mu je, gdy tylko nauczy się latać samodzielnie.

Osobom w podeszłym wieku powiedziałbym, że śmierć nie przychodzi wraz ze starością, lecz z zapomnieniem (opuszczeniem).

Tylu rzeczy nauczyłem się od was, ludzi... Nauczyłem się, że wszyscy chcą żyć na wierzchołku góry, zapominając, że prawdziwe szczęście kryje się w samym sposobie wspinania się na górę.

Nauczyłem się, że kiedy nowo narodzone dziecko chwyta swoją maleńką dłonią po raz pierwszy palec swego ojca, trzyma się go już zawsze.

Nauczyłem się, że człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł.

Jest tyle rzeczy, których mogłem się od was nauczyć, ale w rzeczywistości
na niewiele się one przydadzą, gdyż, kiedy mnie włożą do trumny, nie będę już żył.

Mów zawsze, co czujesz, i czyń, co myślisz.

Gdybym wiedział, że dzisiaj po raz ostatni zobaczę cię śpiącego, objąłbym
cię mocno i modliłbym się do Pana, by pozwolił mi być twoim aniołem stróżem.

Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu. Być może, że dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Dlatego nie zwlekaj, uczyń to dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra, będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by przekazać im ostatnie życzenie.

Bądź zawsze blisko tych, których kochasz, mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz i bądź dla nich dobry, miej czas, aby im powiedzieć "jak mi przykro", "przepraszam", "proszę", "dziękuję" i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz.

Nikt cię nie będzie pamiętał za twoje myśli sekretne. Proś więc Pana o siłę i mądrość, abyś mógł je wyrazić. Okaż swym przyjaciołom i bliskim, jak bardzo są ci potrzebni.

Prześlij te słowa komu zechcesz.

Jeśli nie zrobisz tego dzisiaj, jutro będzie takie samo jak wczoraj.

I jeśli tego nie zrobisz nigdy, nic się nie stanie.

Teraz jest czas.

Pozdrawiam i życzę szczęścia!!!"

[Gabo]